Wpis nawiasami stojący.
Pogoda się zmienia. W sumie - nic dziwnego, marzec i tak dalej, ale przyznam szczerze, że mam DOŚĆ. Potrzebuję ciepła, i słońca, i przyjemnej aury do jazdy. (Aczkolwiek pochwalę się, że już mi samochód nie gaśnie - przyczyna problemu leżała, jak się okazuje, w rozpirzonej skrzyni biegów pojazdu "ćwiczebnego", a nie w mojej wyjątkowej oporności. Ha!)
Z braku ciepła generowanego przez gwiazdę, wspomagam się herbatą. (Z mlekiem sojowym, które zimą czyni absolutne cuda na niwie mojego organizmu.) Nie dalej jak wczoraj wryło mnie w ziemię przed półką z herbatami, ponieważ - cud nad cuda! - rzucili Twiningsa, w tysiącu odmian i rodzajów. (Niestety, Jedynego Słusznego Naparu nie uświadczysz: szczęściem znalazłam w sieci sklep, w którym można zamówić i rumianek/miód/wanilię, i opcję rumiankową z jabłkiem i przyprawami, i Yorkshire Tea, w opakowaniach do 400 torebek nawet. Wszystko to w rodzimej walucie, i przystępne cenowo. Coś mi się widzi, że zostawię u nich pewną sumę.) Podobnie BioActive. Ostatecznie ograniczyłam się do trzech paczek, ale cóż to za rozpusta! Twinings Earl Grey z zielonej herbaty - czysty, orzeźwiający i aromatyczny, chyba nawet lepszy od czarnego. Pokrzywa z pigwą, której oczyszczające działanie zamierzam wypróbować na mojej cerze, przechodzącej nieustanny detoks. I wreszcie: melisa z Ulungiem i melonem. Brzmi smakowicie: zdam relację, jak się napiję. A że dziś zamierzam postawić na trunki alkoholowe, to już insza inszość...
Czytam sobie aktualnie opasły tom korespondencji mailowej pomiędzy Russellem T. Daviesem i Benjaminem Cookiem. Piękna analiza procesu twórczego, źródło inspiracji i dodatkowych informacji o moim ostatnio ulubionym serialu. Miód na moje serce.
Aha, i remont zaczęłam. Powoli, we własnym rytmie, z towarzyszeniem komputera na stołku i popatrywaniem kątem oka na ekran. Tak to ja mogę pracować...
Wiosny Wam życzę, mili moi.
Pogoda się zmienia. W sumie - nic dziwnego, marzec i tak dalej, ale przyznam szczerze, że mam DOŚĆ. Potrzebuję ciepła, i słońca, i przyjemnej aury do jazdy. (Aczkolwiek pochwalę się, że już mi samochód nie gaśnie - przyczyna problemu leżała, jak się okazuje, w rozpirzonej skrzyni biegów pojazdu "ćwiczebnego", a nie w mojej wyjątkowej oporności. Ha!)
Z braku ciepła generowanego przez gwiazdę, wspomagam się herbatą. (Z mlekiem sojowym, które zimą czyni absolutne cuda na niwie mojego organizmu.) Nie dalej jak wczoraj wryło mnie w ziemię przed półką z herbatami, ponieważ - cud nad cuda! - rzucili Twiningsa, w tysiącu odmian i rodzajów. (Niestety, Jedynego Słusznego Naparu nie uświadczysz: szczęściem znalazłam w sieci sklep, w którym można zamówić i rumianek/miód/wanilię, i opcję rumiankową z jabłkiem i przyprawami, i Yorkshire Tea, w opakowaniach do 400 torebek nawet. Wszystko to w rodzimej walucie, i przystępne cenowo. Coś mi się widzi, że zostawię u nich pewną sumę.) Podobnie BioActive. Ostatecznie ograniczyłam się do trzech paczek, ale cóż to za rozpusta! Twinings Earl Grey z zielonej herbaty - czysty, orzeźwiający i aromatyczny, chyba nawet lepszy od czarnego. Pokrzywa z pigwą, której oczyszczające działanie zamierzam wypróbować na mojej cerze, przechodzącej nieustanny detoks. I wreszcie: melisa z Ulungiem i melonem. Brzmi smakowicie: zdam relację, jak się napiję. A że dziś zamierzam postawić na trunki alkoholowe, to już insza inszość...
Czytam sobie aktualnie opasły tom korespondencji mailowej pomiędzy Russellem T. Daviesem i Benjaminem Cookiem. Piękna analiza procesu twórczego, źródło inspiracji i dodatkowych informacji o moim ostatnio ulubionym serialu. Miód na moje serce.
Aha, i remont zaczęłam. Powoli, we własnym rytmie, z towarzyszeniem komputera na stołku i popatrywaniem kątem oka na ekran. Tak to ja mogę pracować...
Wiosny Wam życzę, mili moi.