Nazbierało mi się nagle wiele przeróżnych rzeczy do opisania: trzeba je jakoś uporządkować, i rozdrobnić, zanim kompletnie mnie przygniotą.
Zatem: (Weekendowy) Syndrom Skandynawa, w skrócie: WSS, zdiagnozowałam u siebie po lekturze reportaży Tillmanna Bunza, niemieckiego korespondenta, który przez ładnych kilka lat mieszkał z rodziną w Szwecji, a zjeździł właściwie całą północ Europy, nie wyłączając Spitsbergenu i Grenlandii. Syndrom ów objawia się u mnie niemożnością zapadnięcia w sen przy braku absolutnej ciemności za oknem, i zauważyłam go u siebie już jakiś czas temu, ale dopiero teraz dowiedziałam się, że nie ja jedna się z nim borykam. Ciekawam tylko, czy ktoś jeszcze próbuje się zmusić do snu, słuchając "Chrztu ognia", w wykonaniu mojego osobistego znajomego, Rocha S. (który to dżentelmen świetnie robi Regisa: posłuchajcie, jeśli będziecie mieli okazję).
Aha: reportaże smakowite. Zwłaszcza ten o Astrid Lindgren i festiwalu swingowym na szkierach. Wielce sympatyczna lektura.
Kolejna sympatyczna książka czeka na mnie w domu - właśnie skończyłam powtarzać sobie pierwszą część przygód uwielbianej przeze mnie Irene Adler (
Dobranoc, panie Holmes), celem zapoznania się z kupioną w ubiegłym tygodniu częścią drugą:
Dzień dobry, Irene!. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, ale Irenka reprezentuje podobny typ osobowości co Alexia Maccon, nee Tarabotti (czy raczej odwrotnie, biorąc pod uwagę chronologię ukazywania się książek), a "gościnne występy", jakimi raczą nas w opowieściach o niej Holmes, Watson, Oscar Wilde czy Sara Bernhardt, są dla mnie jak dodatkowa warstwa polewy czekoladowej na torcie Sachera.
A potrzebuję obecnie, żeby mnie ktoś porozpieszczał, albowiem nadal leczę rany (te faktyczne i te na duszy) po niedzielnej wyprawie do parku linowego na Barbarce. Przejście tego typu trasy należało zawsze do moich marzeń: przy czym snując podobne marzenia, kompletnie nie brałam pod uwagę własnego lęku wysokości, ha, ha. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie pokonywania tak zwanej "niższej trasy" (2-2,5 metra nad ziemią), zawisłam malowniczo na giętkiej siatce i uznałam, że dalej się nie ruszę. Ostatecznie jednak zwalczyłam dzielnie wszystkie przeszkody, i na chwiejnych nogach odpełzłam w kierunku wodopoju - a na drugą, zawieszoną jeszcze o kilka metrów wyżej trasę już nie dałam się namówić. Po tym doświadczeniu pozostała mi duma przemieszana nieznacznie ze złością na własną słabość, jeden siniak na prawym przedramieniu, oraz dojmujący ból górnej połowy ciała, który udało mi się pokonać dopiero wczoraj, za pomocą dwóch dużych piw. Okazuje się, że chmiel w połączeniu z jęczmieniem fantastycznie rozładowuje pokłady kwasu mlekowego w mięśniach.
Who knew...
Z tą oto rewelacją z pogranicza medycyny alternatywnej zostawiam Was, moi drodzy Potencjalni Czytelnicy, i rączym krokiem zmierzam do domu, gdzie czeka na mnie sprzątanie, kalafior - i dalsze przygody Irenki. Miłego popołudnia!
PS. Przedwczoraj śniło się trzydzieści minut filmu
Harry Potter i Insygnia Śmierci - część II. Żadna ze scen nie wystąpiła w trailerze. Z wielkim trudem przyjdzie mi czekać kolejne 16 dni celem zweryfikowania moich "śniączkowych" zdolności...