Showing posts with label dream within a dream. Show all posts
Showing posts with label dream within a dream. Show all posts

Wednesday, 7 May 2014

Gwałtowny wzrost współczynnika WTF.

Śniło mi się dziś, że poszłam kupować bieliznę - taką, jakiej sama nigdy bym nie kupiła, bo ciało nie po temu - w towarzystwie mieszanym, mocno mnie dopingującym.
Po przebudzeniu, i uświadomieniu sobie "na trzeźwo" tożsamości moich towarzyszy, gapiłam się w sufit przez dobre pięć minut.
Podświadomość to straszna sprawa, moi drodzy.
(Z zupełnie innej beczki, zaczęłam oglądać Penny Dreadful, i w połowie odcinka nie wiem jeszcze, czy mi się podoba - choć obecność Evy Green stanowi ważny argument in plus.)

Monday, 2 July 2012

Wypada powiedzieć, że jutro wieczorem umykam do domu, i znikam na kolejny tydzień, nie przyjmując do wiadomości zmian zachodzących w mojej metryce.

Wypada również dodać, że onegdaj obejrzałam wreszcie The Best Exotic Marigold Hotel, i spłakałam się jak dzieciak, bo było to piękne doznanie. Wczoraj natomiast poszłam na Nietykalnych, i też było świetnie, mądrze i zabawnie i bez owijania pewnych rzeczy w bawełnę.

A poza tym: czytam Dukaja, śni mi się w te gorące, parne noce niejaki pan B. C. (bardzo niechętnie się wstaje z łóżka po takim śnie), a po powrocie ze Szkocji zamierzam zrobić własny aparat typu "pinhole". Z papieru. Nawet nie pytajcie... ;)))

Dobrego tygodnia, mili moi.

Saturday, 26 May 2012

Śniło mi się dziś, że okulary mi się kompletnie rozkręciły i musiałam kupić nowe (a nie jest to wydatek, który czynię lekką ręką), a Toroj napisała książkę o hodowli trolli w Norwegii.

Monday, 1 August 2011

Been dazed and confused for so long it's not true...

A bo źle mi dziś na świecie.

Pomijając te rzeczy, o których wiedziałam, że się skopią - skopało się jeszcze kilka takich spraw, które powinny były być w porządku.

Do rzyci z tym wszystkim.

Byłoby kompletnie nieznośnie, gdyby nie dieta. Owszem, wkurza mnie - zjadłabym lody z bitą śmietaną lub/i sosem czekoladowym na poprawę humoru, a tu lipa - ale 2,2 kg zgubione w tydzień - no, to już coś jest. A będzie lepiej - choćby dlatego, że przy depresji opuszcza mnie apetyt (z pominięciem słodkiego, a tego mi nie wolno).


Aha. Dziwne rzeczy mi się śnią. Zupełnie nie przystające do tego, co się wokół mnie dzieje. FTW?...

Wednesday, 29 June 2011

WSS, Irenka i Ludzie-Muchy

Nazbierało mi się nagle wiele przeróżnych rzeczy do opisania: trzeba je jakoś uporządkować, i rozdrobnić, zanim kompletnie mnie przygniotą.

Zatem: (Weekendowy) Syndrom Skandynawa, w skrócie: WSS, zdiagnozowałam u siebie po lekturze reportaży Tillmanna Bunza, niemieckiego korespondenta, który przez ładnych kilka lat mieszkał z rodziną w Szwecji, a zjeździł właściwie całą północ Europy, nie wyłączając Spitsbergenu i Grenlandii. Syndrom ów objawia się u mnie niemożnością zapadnięcia w sen przy braku absolutnej ciemności za oknem, i zauważyłam go u siebie już jakiś czas temu, ale dopiero teraz dowiedziałam się, że nie ja jedna się z nim borykam. Ciekawam tylko, czy ktoś jeszcze próbuje się zmusić do snu, słuchając "Chrztu ognia", w wykonaniu mojego osobistego znajomego, Rocha S. (który to dżentelmen świetnie robi Regisa: posłuchajcie, jeśli będziecie mieli okazję).

Aha: reportaże smakowite. Zwłaszcza ten o Astrid Lindgren i festiwalu swingowym na szkierach. Wielce sympatyczna lektura.

Kolejna sympatyczna książka czeka na mnie w domu - właśnie skończyłam powtarzać sobie pierwszą część przygód uwielbianej przeze mnie Irene Adler (Dobranoc, panie Holmes), celem zapoznania się z kupioną w ubiegłym tygodniu częścią drugą: Dzień dobry, Irene!. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, ale Irenka reprezentuje podobny typ osobowości co Alexia Maccon, nee Tarabotti (czy raczej odwrotnie, biorąc pod uwagę chronologię ukazywania się książek), a "gościnne występy", jakimi raczą nas w opowieściach o niej Holmes, Watson, Oscar Wilde czy Sara Bernhardt, są dla mnie jak dodatkowa warstwa polewy czekoladowej na torcie Sachera.

A potrzebuję obecnie, żeby mnie ktoś porozpieszczał, albowiem nadal leczę rany (te faktyczne i te na duszy) po niedzielnej wyprawie do parku linowego na Barbarce. Przejście tego typu trasy należało zawsze do moich marzeń: przy czym snując podobne marzenia, kompletnie nie brałam pod uwagę własnego lęku wysokości, ha, ha. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie pokonywania tak zwanej "niższej trasy" (2-2,5 metra nad ziemią), zawisłam malowniczo na giętkiej siatce i uznałam, że dalej się nie ruszę. Ostatecznie jednak zwalczyłam dzielnie wszystkie przeszkody, i na chwiejnych nogach odpełzłam w kierunku wodopoju - a na drugą, zawieszoną jeszcze o kilka metrów wyżej trasę już nie dałam się namówić. Po tym doświadczeniu pozostała mi duma przemieszana nieznacznie ze złością na własną słabość, jeden siniak na prawym przedramieniu, oraz dojmujący ból górnej połowy ciała, który udało mi się pokonać dopiero wczoraj, za pomocą dwóch dużych piw. Okazuje się, że chmiel w połączeniu z jęczmieniem fantastycznie rozładowuje pokłady kwasu mlekowego w mięśniach. Who knew...

Z tą oto rewelacją z pogranicza medycyny alternatywnej zostawiam Was, moi drodzy Potencjalni Czytelnicy, i rączym krokiem zmierzam do domu, gdzie czeka na mnie sprzątanie, kalafior - i dalsze przygody Irenki. Miłego popołudnia!



PS. Przedwczoraj śniło się trzydzieści minut filmu Harry Potter i Insygnia Śmierci - część II. Żadna ze scen nie wystąpiła w trailerze. Z wielkim trudem przyjdzie mi czekać kolejne 16 dni celem zweryfikowania moich "śniączkowych" zdolności...

Monday, 11 April 2011

...i tak się to zadzieja, wiosenny wieczór, niebieskość, kilka spojrzeń przed godziną i kieliszek zimnego porto właśnie teraz (an acquired taste), i rozszerzone źrenice, i wyjść, wyjść stąd, i iść, niedaleko, ale nie blisko, żeby znaleźć... co dokładnie? Tego chyba żadne z nas nie wie.

"...En ese momento intervino el gato (paseando por debajo del techo), y dijo que no teniamos ganas de salir, porque a las 10 empezaba nuestra telenovela prefirida. Los extraterrestres decidieron quedarse con nosotros para ver la peli. Les ofrecimos te y galletas..."

We're on fire when we're in this together.

Wednesday, 22 September 2010

Dieta proteinowa kompletnie wyzuła mnie z apetytu. Innymi słowy, obecnie jem, co chcę - ale ponieważ nie mam na nic ochoty, kończę z jogurtem naturalnym, jajkiem lub herbatą. Zwłaszcza herbaty pojawia się sporo w tym równaniu.

Cóż poza tym? Czytam I Shall Wear Midnight Pratchetta (dziwne), Galerię dla dorosłych Kresa (umiarkowanie interesujące, acz pouczające), i kilka innych rzeczy, których nie rejestruję głębszymi warstwami kory mózgowej. Kości nadal trzymają mnie mocno, i nie puszczają, natomiast jesienny powrót dwóch "starych" seriali pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. No bo doprawdy, czy ktoś zrozumiał ten odcinek Castle'a? Proszę mi wytłumaczyć, o co chodziło.

A nad ranem w nocy z poniedziałku na wtorek śniło mi się, że byłam w ciąży (co ciekawe, nie wiedziałam, kto jest ojcem, bo nie pamiętałam samego aktu poczęcia - this DOES sound like me), którą rodzina nakazywała mi usunąć. Po czym wieczorem dowiedziałam się, że z samego rana Dot urodziła Nelę. Moja podświadomość w kulki sobie leci.

Miłego popołudnia.

Tuesday, 13 July 2010

Ostatnio znowu śniła mi się L. - że się jakoś spotkałyśmy, po całym tym czasie; że wszystko było z nią dobrze, żadnej choroby, żadnego złego czegoś, co wisi teraz nad nami jak niewidzialna groźba. I było tak, jakbyśmy się nie widziały kilka godzin, i nic innego nie było ważne.

Matko kochana, jak mi się chciało wyć po przebudzeniu.

Friday, 11 December 2009

Naszło mnie na fanfiki LOTRowe, a że w tym fandomie jakoś nie przepadam za slashem, ani za większością kanonicznych pairingów het, wiadomo, czym się to skończyło. (A jeśli twierdzicie, że nie wiadomo, to znaczy, że mnie w ogóle nie znacie...)

Różne rzeczy czytałam wczoraj wieczorem, zwinięta pod kołdrą z netbookiem na kolanach - i najbardziej zapadł mi w pamięć niezamierzony błąd jednej z autorek, która, opisując królewskie komnaty w Gondorze, napisała, że meble w głównym pomieszczeniu były nieliczne, i okryte plastikiem.

Poszłam spać rozchichotana, obudziłam się zziębnięta na dwie godziny przed wschodem słońca. Pierwszy raz od dawna nie śniłam o pracy, ani o innych złych i strasznych rzeczach.

Sunday, 20 September 2009

Nie wiem, jakim cudem dotarłam w piątek do domu. W grę wchodzi jedynie siła woli.

Sypiam po 12 godzin, kiedy już uda mi się zasnąć. Albowiem, niestety - o ile sulfonamidy świetnie radzą sobie z anginą, o tyle z moją trzustką są permanentnie w stanie wojny.

Zabiję mojego szefa za ciąganie mnie w środę po spotkaniach służbowych (na których obecni byli także inni tłumacze), z gorączką rzędu 38,3. "To może weź dwa dni zwolnienia?" - zreflektował się po południu tego dnia. W końcu jutro muszę jechać do Pragi. Taak.

Wizje deliryczne towarzyszące anginie przeniosły się do świata realnego (choć skłonna jestem przypuszczać, że akurat wizyta Joanny M. do wizji nie należała...). Wczoraj pootwierałam maile z całego tygodnia (do tej pory stosowałam wybiórczą selekcję typu: od R. Singer - czytamy; reszta - potem). Spróbowałam przeanalizować treści z blogów i komentarzy, które podczytywałam, nieuważnie, w nielicznych chwilach niezawalenia pracą i niecierpienia z powodu przegrzewania się mózgu.

Doszłam wskutek tego do wniosku, że znowu coś mnie w życiu ominęło. Że pewne decyzje zostały podjęte za mnie, tak teraz, jak i zawsze, i broń Boże na wieki wieków, o nie.

I że nie zamierzam przepraszać za to, kim/czym jestem, i co w danym momencie robię. Ani za to, że nie mam siły pisać, rozmawiać, kontaktować się ze światem zewnętrznym, kiedy cierpię. I że tym cierpieniem nie lubię się dzielić z innymi.

Wczoraj posiedziałam na kanapie z Ulissesem i kotem na kolanach. Wzięłam głęboki oddech. Włączyłam komputer. Napisałam kawałek, który wreszcie mnie usatysfakcjonował jako początek Książki. I wzięłam sobie do serca radę Johnny'ego.





Drink up, me hearties, yo ho...

Thursday, 30 July 2009

Life's an evil bitch, and payback -- its cunning, red-haired twin.

Dying of a headache (it's starting to get old after over a WEEK). Off home.



ETA.
Zanim oddalę się w poszukiwaniu zimnego kompresu, pytanie Lilli, ze starego blogu:
1) Czy faktura i zapach książki mają dla was znaczenie? To czy jest ona drukowana/znajduje się na ekranie komputera, czy papier jest stary czy nowy, gladki czy nowy polski czy zagraniczny? Czy w jakikolwiek sposób wpływa to na przyjemność (lub jej brak) z odbioru?

Odpowiedź:
Jestem uzależniona od książek papierowych. Zawsze po zakupieniu nowej książki (czasami, wstyd się przyznać, również PRZED), otwieram ją na chybił-trafił, i wącham. Nic mnie tak nie uspakaja, jak zapach książki. Nie tylko nowej - dziś, w ramach codziennego relaksu (czytaj - przerwy w pracy), weszłam do antykwariatu naukowego na Nowym Rynku, i omal nie umarłam z radości. Nie powiem, co zostawiłam na półkach do kolejnej wizyty, coby mnie nikt nie ubiegł, o ;)
Jeszcze o fakturze, materii i właściwościach fizycznych książek: denerwuje mnie cienki, 'amerykański' papier, fałdujący się pod wpływem dotyku. Z drugiej strony, papier kredowy bywa... deprymujący. Szanowną Pytaczkę zapraszam do mnie przy najbliższej okazji - postaram się zaprezentować kilka przykładów moich ulubionych (organoleptycznie) książek.
Aha: książki czytane w komputerze nie sprawiają mi przyjemności, niestety. Nie te oczy, nie te oczy ;)


PS. Na wszystkie maile, domagające się odpowiedzi, odpowiem jutro rano, zanim głowa rozboli mnie na dobre ;)

Sunday, 19 April 2009

Nie mogłam wczoraj spać do pierwszej w nocy. Nad ranem śniła mi się babcia, wyrzucająca coś, z czym do niej przyjechałam - na pierwszy rzut oka brzydki, niepozorny drobiazg, w rzeczywistości cud techniki. Awantura w rodzinie. Smutno mi.
Reminiscencja z Wielkiejnocy, ani chybi.
Wstaję o ósmej, zarzucam skan komputera, czytam przez chwilę (Dubravka Ugresic), zasypiam znowu. Tym razem przychodzi do mnie postkomunistyczne mieszkanie, duża, obskurna kuchnia, szare szafki, kolor jak w mieszkaniu przy Zielińskiej. Następne ujęcie: mężczyzna i kobieta idą powoli w słońce; za plecami zostawiają płonące pomarańczowo blokowisko, po swojej lewej ręce - nasyp z piachu i żwiru. "Weź mnie tutaj," mówi ona, a on ją bierze - najpierw na ręce, żeby przenieść ją przez pas trawy dzielący ich od nasypu - a potem tak, jak prosiła.
-Wiesz, ilu dewiantów mieszka na tym osiedlu?
-Z nami, czy bez nas?

PS.
For all Alan Fans out there, especially the One Who Was. Wherever she may be.