Showing posts with label books. Show all posts
Showing posts with label books. Show all posts

Tuesday, 24 March 2015

Ketlingowanie czas zacząć.

Mam wygodny dworek ku Mokotowu, który-m po wojnach zbudował.

Chodzi mi ten cytat po głowie, odkąd zaczęłam się układać w sprawie wynajmu mieszkania M.
I oto - wczoraj odebrałyśmy z Honey klucze, i za dni parę wbijamy się na Stary Mokotów, nad Żabką, naprzeciwko biblioteki publicznej, w bliskości szkoły jogi, którą zamierzam nawiedzać, i parku, w którym zamierzam czytać/pisać książki.
Mieszkanie zatrzymało się w czasie jakieś pół wieku temu, parkiet skrzypi, na ścianach wiszą talerze, a część wyposażenia komisyjnie trafiła do szafki roboczo nazwanej Mordorem - ale za to mamy wielką kuchnię z przytulnym stołem, i szafki pod oknem, na których można sobie usiąść z kubkiem porannej kawy, włączyć radio nastawione na RMF Classic, i pocieszyć się porankiem.
Honey, gwoli ścisłości, jest moją psiapsiółą z czasów szaleństw na japońskiej wiosce, wierną fanką majonezu Kieleckiego (TAK JEST!), i jedną z najbardziej ogarniętych, spokojnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Przyda mi się trochę jej ekwilibrium, szczególnie w fazie urządzania się w nowej przestrzeni (po miesiącu pomieszkiwania we wnętrzach tak ikeowskich, że bardziej już by się chyba nie dało...) i krzepnięcia w formie pod hasłem "nowa praca".
Ta ostatnia - nie jest zła. Owszem, gonię jak mały samochodzik, i czasami nie do końca wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół: ale wyzwania, wyzwania, wyzwania są dobre, i tego się trzymajmy.

Czytam ostatnio: głównie Pratchetta, powtórkowo. Ach, i Marsjanin Andy'ego Weira przeczytał mi się w dwa dni - polecam, proszę państwa, bardzo koniecznie!

Z najnowszych przemyśleń o celach życiowych, snutych późnym, niedzielnym wieczorem na przystanku autobusowym Dworzec Wileński: ja wiem, że w Warszawie nie ma szans na stworzenie dzielnicy teatrów w rodzaju West Endu, ale strasznie bym chciała, żeby istniało przynajmniej takie miejsce, do którego można przyjść po wyjściu z teatru, posłuchać muzyki, napić się kawy/herbaty/wina/whisky, i zjeść coś dobrego, i posiedzieć długo w noc, i porozmawiać o tym, co się właśnie obejrzało. Gdybym miała wściekle dużo pieniędzy, założyłabym całą sieć takich knajpek, i nazwałabym je zbiorczo "Didaskalia". O, taki pomysł.
(A wyszłam w tąż niedzielę z polskiej wersji RENT. Hmm... nie było źle? To już i tak duży komplement.)

I jeszcze piosenka na dziś.


Dobrego dnia!

Wednesday, 11 March 2015

Muszę się trochę wyładować, zanim eksploduję jak supernowa. Padło na internet - bój się, internecie...

Rok mi się zaczął od wypowiedzenia umowy o pracę. Firma postanowiła zwinąć skrzydła o wiele szybciej, niż przypuszczałam - wróciłyśmy z A. po świętach, i właściwie na dzień dobry poczęstowano nas informacją o likwidacji biura z końcem kwietnia. Nie muszę mówić, co było potem. Mroczne, mroczne dni i tygodnie. Ale schudłam przepięknie, panie i panowie. Potem przyplątał się do mnie wredny wirus zatokowy (nie polecam), w którego towarzystwie pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną do miasta rodzinnego (lub raczej - miasta urodzenia): i okazało się, że nie ma dla mnie konkurencji, i czy mogę zacząć od marca?...

Więcej szczęścia, niż rozumu, mówię Wam.

Tak się zatem złożyło, że mieszkam (tymczasowo) po jednej stronie rzeki, pracuję po drugiej, czytuję mnóstwo ebooków pełzając autobusami w tę i z powrotem, uczę się nowych rzeczy - trochę marketingu, trochę babrania się w HTML-u, sporo czytania między wierszami (NowaFirma ma bujną historię, której strzępki docierają do mnie z różnych stron, ale nikt nic nie mówi wprost), i - jak zwykle - walczę z wiatrakami. Dzisiejszym wiatrakowym okazał się lokalny (bo nie "nasz") informatyk, który zasugerował mi nauczenie się innego trybu edycji stron, ponieważ on nie zna tego, który właśnie zdążyłam opanować... ale nawet jak się nauczę, on i tak mi nie pomoże, ponieważ nie wie, jak się przerzuca pliki na home.pl. Trochę mnie teraz telepie. Zrobię sobie herbaty, żeby czymś zająć ręce i przypadkiem komuś nie przyłożyć.

Zatem - książki, książki są miłe, i pomagają zapomnieć o świecie jako takim. Nie wszystkie rzucają mnie na kolana - nie dalej jak wczoraj skończyłam Sprzedaj lodówkę..., i poczułam się jak śmieć, tudzież coś brzydkiego przyklejonego do podeszwy autora, albowiem nie jeżdżę po dzikich lądach na własną rękę, z pokaźnych oszczędności korzystając, nie biorę trzech miesięcy urlopu pod rząd, i nie uważam, że trzeba się kompletnie odciąć od cywilizacji, żeby NAPRAWDĘ odpocząć. Zdaniem śp. autora (zmarł w podróży, na zator płucny, w wieku niespełna 36. lat - jak mam to traktować?...) jestem więc lipnym podróżnikiem, o ile w ogóle zasługuję na ten dumny tytuł. Do tej pory myślałam, że tak - kajam się, kajam...
Z drugiej stron - myślałam również, że "jeżyna" pisze się przez "Ż" - a tutaj autor i redaktor książki (czy jest taka osoba na sali?!) udowadniają mi, że niekoniecznie... Hmm. Czepiam się? Być może.

Z jaśniejszych wieści okołoksiążkowych: nabyłam przez Allegro nowego Dukaja. Na moim malutkim, prościutkim czytniku mogę obcować tylko z pierwszą "warstwą" Samotności aksolotla, ale i tak jest pięknie. Ale chciałabym mieć kiedyś czytnik, przy użyciu którego można by budować holograficzne, trójwymiarowe modele opisywanych przez autora budynków, ludzi i robotów... za dużo Star Treka? Nie sądzę...

(Ach, bo i Voyager mną rządzi ostatnio. I podcasty. I oczekiwanie na nową Florence.)

Poza tym, z nowości - zostałam ciocią malutkiej Małgosi, mój brat się zaręczył, moja mama bierze kolejną serię zastrzyków w brzuch, otaczają mnie aspołeczne koty oraz ich ą-ę właściciele, mam na warsztacie trzy projekty (z czego tylko jeden jest fanfikiem, gasp!), a w ostatni weekend po raz pierwszy jeździłam samochodem Młodego po Warszawie, i przeżyłam. Ze spalaniem 4,8. Jestem dobra, prawda?

Czasami. Ewentualnie. Nie zawsze.

A teraz idę pomóżdżyć koncepcyjnie. Dobrego popołudnia, Drodzy.

Monday, 25 August 2014

Nie mówi się: "w cudzysłowiu"...

...bo nie mówi się: "w dupiu".

Takich mądrości życiowo-językowych może się człowiek nauczyć z lektury książki Wszystko zależy od przyimka. Serdecznie polecam (ale chwilowo nie pożyczam, gdyż obiecałam macierzy), łzy radości ocierając.

Weekend spędziłam w miłym towarzystwie panów profesorów, kapitana Picarda i spółki oraz garnków wypełnionych owocowymi dobrociami. Niniejszym wyprodukowałam zapas przetworów na jesień i zimę (nic, tylko smażyć naleśniki z tymi wszystkimi dżemami...), trochę odpoczęłam, i szykuję się psychicznie na kolejny tydzień okraszony krótkim wypadem delegacyjnym - tym razem tylko do stolicy, z opcją wcześniejszego powrotu do rodziców w piątek i ukulturalnienia się w sobotę. Ale wcześniej jeszcze trzeba zaliczyć Skyway, i - przy sprzyjających okolicznościach przyrody - partyjkę Abetto (planszówka z ruletką! Piękne!), i przestać się zamartwiać sprawami, na które nie mam wpływu.

A poza tym - trzeba się cieszyć, bo znowu będę ciocią! I w dodatku po raz pierwszy urodzi mi się siostrzenica! Kobiety górą, tego się trzymajmy!...

Monday, 5 May 2014

Dzień dobry, co panna czyta?

Poproszono/zaproszono mnie do wyspowiadania się z nawyków i nałogów czytelniczych. Proszęż uprzejmie, i zachęcam do podobnych wynurzeń tych, co jeszcze takowych nie poczynili (ale bądźmy szczerzy, czy ktokolwiek taki jeszcze tu zagląda? Nie zdaje mnie się.)

A zatem.
Jeśli o formę idzie - nie mam czytnika, wciąż biję się z myślami o zakupie takowego i pogłębiam skoliozę nosząc książki w torebce. (ZAWSZE mam książki w torebce. I pamiętnik. I ołówek. I temperówkę.) Zaczynam wiele książek na raz, przeskakuję między nimi i czasami tygodnie całe mijają między rozpoczęciem a zakończeniem lektury. Korzystam z bibliotek, pożyczam znajomym i od znajomych. Niedoczytane/niepolubione książki wystawiam na Allegro. Kupuję na zapas, co skutkuje posiadaniem dwóch podwójnie zastawionych półek z książkami własnymi, na które jeszcze nie miałam czasu. Czytuję pliki wordowskie w pracy, gdy czas na to pozwala - czasami po to, żeby "nadgonić" coś, co czeka na mnie w domu, czasami dlatego, że mam dostęp jedynie do wersji, khem, khem, zapożyczonej z sieci. Do tego dochodzi lektura fanfików: mam to szczęście, że w moich fandomach znalazłam kilkoro fenomenalnych autorów, do których wracam z dużą regularnością. Czytam w wannie, bo lubię. Czytam w środkach komunikacji miejskiej oraz samochodzie rodzinnym (we własnym, co właśnie się sprzedaje na części, słuchałam audiobooków). Po polsku, angielsku, japońsku, incydentalnie (znowu fanfiki) po hiszpańsku i rosyjsku. Rano, przed wyjściem do pracy lub w słoneczne sobotnie poranki, po południu przy herbacie, na balkonie z papierosem i kieliszkiem wina. Nie zaginam rogów, oduczyłam się bazgrania długopisem, ale we własnych książkach zakreślam cytaty ołówkiem i dopisuję własne komentarze na marginesach. Używam zakładek, które nabywam drogą kupna lub sama sobie robię, o, tak:
Nie kończę książek, które mnie nużą i/lub są źle (z gramatycznego, stylistycznego, fabularnego punktu widzenia) napisane. Do fantastyki, szczególnie polskiej, podchodzę z dystansem i długo szukam, zanim zdecyduję się coś przeczytać/kupić. Mam słabość do dzienników, biografii i listów. Reportaże - wybiórczo, ostatnio Theroux i Gimlette. Jestem wierna wybranym autorom, ale i otwarta na nowości: dla przykładu, w ubiegłym roku natrafiłam na Karpowicza i przeczytałam od ręki wszystko, co napisał. Felietony, satyry, fraszki, teorie translatorskie i językoznawcze. Na Weltschmerz Joyce, od niedawna w oryginale (z lekkim bólem głowy). Poezja: baaardzo rzadko. Horrory raczej nie, kryminały w drodze wyjątku. Tak zwana literatura kobieca, lekka, łatwa i przyjemna - proszę bardzo, najchętniej w chorobie, pod kakao i twarożek z cukrem i śmietaną. Steampunk, urban fantasy, sagi nordyckie, powieści dziejące się w dwudziestoleciu międzywojennym i wieku XIX. w Polsce i Anglii: zawsze. Clavell, odkąd po raz pierwszy przeczytałam "świadomie" Shoguna, i Noble House - dziękuję, L.
I, co chyba mówi o mnie najwięcej - jeżeli książka NAPRAWDĘ mi się podoba, będę przeciągać jej lekturę tak długo, jak tylko się da. Owszem, będę mogła przeczytać ją po raz kolejny - ale to nie będzie już PIERWSZE czytanie, jeśli wiecie, co mam na myśli...

To chyba tyle - mam nadzieję, Cintryjko, że nie zawiodłam Twoich oczekiwań :)

Pozdrawiam pourlopowo, w towarzystwie pamiątek przywiezionych ze świata.

Tuesday, 18 February 2014

Proszę mi pogratulować: ogarnęłam się ze sobą na tyle, że po pracy poszłam odwiedzić autę.

(Geneza formy gramatycznej: TA TARDIS, więc i TA auta.)

Auta stała sobie, nie niepokojona przez nikogo, od początków stycznia, albowiem rozjechała mi się ostatnio psyche z somą, toteż wolałam za kółko nie siadać. Poza tym, była zima. Cóż się okazało: auta odpaliła od pierwszego kopa, znaczy - mrozy nie zabiły akumulatora. Jedyny mankament stanowi fakt, że miejsce postoju auty wypadło pod drzewem, zamieszkanym (sądząc z efektów) przez trzy pokolenia gawronów z wybitnie regularną przemianą materii.

Wniosek?
Jutro spalamy kalorie na salsie, a w piątek: przy myciu auty, która w sobotę rano powinna pofatygować się aftostradą, a nawet dwiema, ku miejscowości rodzinnej. (Mojej, nie auty, boć ona z Pruszkowa.) Tymczasem - stoi jak stała, jeść nie woła, a takiej... ugawronionej, nikt przecież nie ruszy. (I tablic mi tym razem nie zajumali! Same plusy dodatnie.)

Ja natomiast przytargałam z biura książki empiczne (Deathless, Beksińscy, Zorkownia), zadałam piekarnikowi krojsanciki (znam osobę, która tak właśnie to wymawia), zrobiłam herbatę miętowo-miodową, i wpełzłam pod koc. Staram się o akredytację na festiwal jazzowy w przyszłym tygodniu, więc trzeba się cieszyć ciszą i spokojem, póki jest... co nie znaczy, że nie wymienię go skwapliwie na Karolaka i Dudziak.

A Fasola mówi mi ponadto, że koniecznie chce pójść ze mną do kina.

Kobietom (w tym Tildzie) (oraz Thomasowi W. H.) się nie odmawia...

Tuesday, 13 August 2013

Na Wyspach Owczych nie ma: twarogu, trolejbusów, reniferów, basenów geotermalnych (jak na sąsiedniej Islandii), hokeja na lodzie, sanktuariów, Dnia Dziecka, semaforów, barów mlecznych, sadów mandarynkowych, burdeli, fabryki samochodów, pelargonii, latryn, szamanów, meczetów, synagog, warsztatów plisowania spódnic, tartaków, zakładów kokso-chemicznych, klapek Kubota, planetarium, rewidentów kolejowych, plaży naturystów, bryczek, dyliżansów, ujęć wody oligoceńskiej, pszenicy, lokomotyw, skoczków narciarskich, biatlonistów, bobu, płazów (z wyjątkiem żab na Nolsoy), Dnia Walki na Poduszki, wiewiórek, macierzanki, piołunu, wielkiego zderzacza hadronów, farerskich gier komputerowych, pisemek z golizną (choć przez chwilę ukazywał się frywolny męski magazyn "D"), zoo, typów we flekach na pomarańczową stronę, metra, kolei linowej, wieżowców, bocianów, jagód, raftingu, oscypków, ikarusów, wierzbowych piszczałek, kirkutów, skeletonistów, cyprysów, izb wytrzeźwień, ulotkarzy, zakonów, tramwajów, występów drag queen, zbrodniarzy wojennych, maków, katedry antropologii, krokietów z kapustą i grzybami, kominiarzy, wind typu paternoster, tabliczek: "Uwaga, zły pies!", McDonalda, Ikei, Pizza Hut, muzeum naparstków, squatów, małpich gajów, ligi piłki wodnej, brzuchomówców, farerskich Hells Angels, pijaków pod sklepami, drezyn, loży masońskiej, jeży skarbu na krańcu tęczy, krajowego rejestru długów, fasolki szparagowej, i według moich obserwacji, ruchomych schodów.

W śladowych ilościach występują: antykwariaty, flash moby, znicze na grobach, tatuatorzy, pety na ulicy, raperzy, ksywki, ogniska, slamy poetyckie, leżaki.

M. Michalski, M. Wasilewski
81:1. Opowieści z Wysp Owczych

Monday, 25 February 2013

Szyk i Szpiegostwo

- albo: witamy z powrotem, panno Carriger.

W ubiegły weekend pożarłam najnowszą książkę panny C., Etiquette & Espionage (tłumaczenie tytułu moje, copyright etc.): w pewnym sensie prequel do Protektoratu Parasola, w którym napotykamy kilka znajomych postaci (Sidheag Maccon, przyszła Lady Kingair, w wieku lat trzynastu - urocze, bardzo urocze) i dowiadujemy się, że nie każda tak zwana finishing school edukuje młode damy wyłącznie w temacie eleganckiego dygania i wdzięcznego trzepotania rzęsami. Co to, to nie.

U panny Carriger, finishing school (ciekawie zresztą umiejscowiona, ale o tym sza!) naucza przede wszystkim tego, co sugeruje swą nazwą. Wykańczania.

Innymi słowy: nauczysz się tam, jak ładnie dygnąć, a przy okazji wbić swojemu adwersarzowi sztylet pod nerkę. (Sztylet z rękojeścią z kości słoniowej rzeźbioną w margerytki, rzecz jasna.) Dowiesz się również, jak zaplanować przyjęcie na dwadzieścia osób, biorąc pod uwagę nie tylko konieczność nabycia kotletów jagnięcych za w miarę przystępną cenę, ale również strychniny w ilości wystarczającej na wywołanie "lekkiej niestrawności" u ni mniej, ni więcej, tylko połowy zaproszonych gości. Przyznacie sami, że są to umiejętności, których posiadanie wybitnie wpływa na poprawę jakości życia każdej nowoczesnej kobiety.

Całość podana z odświeżającą nutką humoru, doprawiona mechanicznym jamnikiem na parę (świetnie się sprawdzającym jako alternatywa dla termoforu) i ciemnoskórym młodzieńcem wzbudzającym niespodziewane zainteresowanie głównej bohaterki. Polecam serdecznie. Kolejny tom w przyszłym roku - a w listopadzie powrót do przygód Prudence Maccon Akeldama, co również wybitnie mnie cieszy. Hej, ho!

Tuesday, 22 January 2013

Nie lubię, jak się na mnie krzyczy.

Nawet jeżeli krzyk odbywa się wyłącznie za pośrednictwem artykułu w internecie (za link dziękuję Toroj).

Właściwie nie mam się tutaj czego wstydzić: z listy "trzydziestu książek które każda kobieta musi bezwzględnie (sic!) przeczytać przed trzydziestką", zaliczyłam siedemnaście pozycji. Siedem odhaczam jako "książki autorów, których styl mi nie odpowiada". Jedną mam na półce, cierpliwie czekającą na swoją kolej, która może kiedyś wreszcie nadejdzie. A o pięciu w ogóle nie słyszałam, i nie jest mi z tym faktem jakoś szczególnie źle. Zastanawia mnie jednak absolutna kategoryczność i pewność własnej nieomylności, z jaką twórcy (twórczynie?) listy potępiają w czambuł osoby nie znające polecanych przez nich/nie książek; również rozmieszczenie takich a nie innych pozycji na szczycie rankingu trochę mnie zafrapowało - czyżby znajomość losów Emmy B. naprawdę świadczyła tak dalece o intelektualnym wyrafinowaniu kobiety czytającej?... No i wypraszam sobie nazywanie mnie "kobietą w średnim wieku"! Toż ja ledwie z białych podkolanówek wyrosłam...

(A wczoraj dostałam od Sepulki Jedenastego Doktora - ze śrubokrętem - i Płaczącego Anioła: z lego. Niech żyją przyjaciele z dostępem do Forbidden Planet!... Nie, zdecydowanie nie jestem kobietą w tak zwanym średnim wieku.)
(Od wczoraj chodzę na kurs na prawo jazdy. Dzisiaj zrobiłam sobie test, według nowych zasad: i prawie zdałam! To teraz zostało już 'tylko' opanować to urządzenie, i wyruszyć na szosy. Mieszkańcom mojej metropolii zaleca się ukrycie piesków pokojowych i małych dzieci w domu - do odwołania.)

Monday, 14 January 2013

Nie ma takiego miasta: Londyn

Tytuł bezczelnie pożyczony od Ali, jako że to Jej notka o metrze londyńskim zainspirowała mnie (w ten leniwy, zimowy weekend, wypełniony pieczeniem quasi-croissantów i piciem herbaty z mlekiem sojowym: genialny wynalazek na zimne dni, polecam!) do sięgnięcia na półkę z Książkami Zakupionymi Z Mocnym Postanowieniem Przeczytania Co Rychlej, i wyłuskania z otchłani pozycji autorstwa niejakiego Marka Masona.

Walk The Lines (który to tytuł upieram się tłumaczyć jako Chodzenie po lin(i)ach) jest zapisem projektu/wyzwania, które wziął na siebie autor: londyńczyk z urodzenia i przekonania, zapalony chodziarz i kolekcjoner osobliwych faktów. Mason przechodzi na piechotę trasy wszystkich londyńskich linii metra: łącznie z odcinkiem Paddington do Heathrow, co już zakrawa na obsesję - w ciągu dnia i w nocy, samotnie i w towarzystwie jemu podobnych zapaleńców, na trzeźwo i nie całkiem (dwadzieścia siedem drinków w dwudziestu siedmiu pubach przy kolejnych stacjach Circle Line), okraszając swoje notatki z podróży ciekawostkami z historii metra i miasta. Dla naprzykładu: czy wiedzieliście, że w latach 40. dziewiętnastego wieku delegacja rosyjskich inżynierów przybyła do Londynu celem dowiedzenia się tego i owego o kolejnictwie, została zaprowadzona na stację Vauxhall, po czym skopiowała jej nazwę - myśląc, że chodzi tu o generyczne określenie dworca kolejowego - skutkiem czego do dziś słowo "dworzec" brzmi po rosyjsku "wakzał?" Albo że ostatni pochówek samobójcy "na rozdrożach" miał miejsce w Londynie w roku 1823? Albo że otwartą w czasach Wielkiej Wojny stację Maida Vale obsługiwały początkowo wyłącznie kobiety? Lub że słoniom hodowanym przez Jakuba I w St. James Park przysługiwał w zimie galon wina dziennie, aby mogły przetrwać tę okropną porę roku?

Ha. Ja nie wiedziałam. (A teraz chcę być królewskim słoniem, ot, co.) Ale teraz wiem, i odczuwam przemożną potrzebę zużycia zaległego prezentu urodzinowego od T., i wyjazdu do Londynu. Planowany termin (o ile w międzyczasie dojdzie do skutku pewna wycieczka): 25-30 maja. Who's with me?...

(Ponadto: skończyłam Czarne - Anny Kańtoch, Leszku - i piękna to była podróż, trochę jak marzenie senne somnambulika, z poplątaną linią czasu i mocnym akordem na zakończenie: czyli to, co tygrysy lubią pasjami. Poleca się gorąco.)

Wednesday, 9 January 2013

Julia Dream

Za dużo (co?!) starych Floydów. Rzuca mi się na mózg, niestety.

Na wątrobę też mi się coś rzuci, lada chwilę, lada dzień: jedyna nadzieja w tym, że Sepulka pojedzie pijać Guinnessa w najbardziej temu zajęciu sprzyjających okolicznościach przyrody, w związku z czym przestaniemy zwiedzać nowe knajpy w Mieście T. W ubiegły piątek odkryłyśmy kuchnię kreolską i uznałyśmy, że jest bardzo dobrze. W niedzielę poprawiłyśmy naszą opinię (komu chciałoby się gotować w święto?...) i doszłyśmy do wniosku, że to jest Nasze Nowe Miejsce - po czym wczoraj wylądowałyśmy DOKŁADNIE po drugiej stronie ulicy, w knajpie meksykańskiej. Wystrój, muzyka, jedzenie, shoty z tabasco: tres żenial. I jak tu żyć, proszę państwa, jak?...

(W ramach ratowania domowych budżetów, dziś nie idziemy na obiad - tylko na bilard, i piwo Murphy's.)

Żeby nie było, że tylko jem i piję ostatnio (mam wielką nadzieję, że ta czarna dziura kiedyś się wreszcie zamknie): czytać też mi się zdarza, i to bez specjalnych wpadek jakościowych. O PLO4 specjalnie wiele nie mam do powiedzenia: zdenerwowały mnie dłużyzny i błędy językowe, i zakończenie trochę też? Pewnie wrócę niedługo do poprzednich tomów dla czystej przyjemności obcowania z tym światem ZANIM autor zaczął odczuwać presję skończenia serii. Dla równowagi poczytałam sobie przy okazji przerwy świątecznej (w tych nielicznych chwilach, kiedy nie musiałam nikogo tłumaczyć/robić za przewodnika i niańkę w jednej osobie) Aktorki Maciejewskiego: piękne wywiady, wysoka kultura osobista autora, mnóstwo tytułów filmów i sztuk Teatru TV wynotowanych "for future reference". Za mało wiem o kobietach w polskim kinie, i trochę mnie to martwi. Trzeba będzie się poprawić.
Z rzeczy zupełnie świeżych: skończyłam Hyperiona, poczułam pilną potrzebę zapoznania się z Upadkiem, po czym otworzyłam pożyczone od Sepulki Czarne - i wsiąkłam. Jak skończę (a przeciągam sprawę niemiłosiernie, bo nie chce mi się porzucać tamtego świata), spróbuję pozbierać moje chaotyczne przemyślenia w mniej-więcej spójną całość. Trzymajcie kciuki.

Tymczasem zaś mam do napisania rozdział składający się w ośmiu dziewiątych z dialogów, i pomysł na rozwinięcie opka napisanego swego czasu na konkurs coperniconowy. Idę po kawę. Dobrej środy!

Wednesday, 28 November 2012

You can have your dreams, but you can't have me

Po pierwsze, The Gamemistress is in (choć miał być WoD: Wampir: Maskarada, a pewnie będzie DW: Time Lord, bo napisał mi się rano dobry scenariusz). W ramach wspomagacza do sesji ma wystąpić absynt w pewnym klubiku jazzowym. Ha!

Po drugie, picie gorącej czekolady z kawą (z papierka, niestety) zamiast śniadania to bardzo dobra sprawa jest.

Po trzecie, Zachcianki, czyli polscy pisarze piszą o zmysłach: w większości w ujęciu erotycznym, choć Dukaj, na ten przykład, wymyślił sobie beztrosko szósty zmysł, i opisał go z perspektywy osoby swoiście upośledzonej, niebędącej w stanie go... odbierać? odczuwać? Wiecie, co mam na myśli. Przy czym jego opowiadanie wcale nie spodobało mi się najbardziej - na kolana powalił mnie Miłoszewski, z tak niespodziewaną i emocjonalnie porażającą puentą, jaką tylko można sobie wyobrazić. Kudos, proszę pana.

Po czwarte, chyba wychodzę z kolejnej dziury? Oddycham powoli, patrzę na świat i myślę sobie: tym razem jeszcze mi się udało. Tym razem jeszcze jestem. To chyba dobrze?

Monday, 12 November 2012

Życie jest sceną, czy coś w tym rodzaju.

Tytuł zainspirowany Anną Kareniną: miałam poważne obawy względem tego filmu, ale obronił się w bardzo dobrym stylu. Fakt, Jude Law jako Karenin jest zdecydowanie zbyt przystojny, Wroński (rocznik '90 WTF?) ma na głowie jajecznicę a Keira jakoś mnie specjalnie nie rzuciła na kolana - ale scenariusz, i kostiumy, i konwencja w jakiej podano widzowi całość, i Michelle Dockery (Lady Mary Crawley, ladies and gentlemen), Olivia Williams oraz rzesza aktorów mniej-pierwszoplanowych (nie będę ich obrażać degradacją do drugiego planu) robią swoje.

Tak więc: polecam. Idźcie, zobaczcie, niech tylko wejdzie do kin. Myśmy się z Sepulką załapały na pokaz przedpremierowy, z czego bardzom zadowolniona. Mniam.

Co jeszcze? Węzeł chłonny napędził mi stracha: szczęściem nie jest to masa zwyrodniałych komórek, a jedynie wyjątkowo męcząca infekcja. Obyło się bez gronkowców i paciorkowców: cieszmy się z małych rzeczy, tak? Ale co się nadenerwowałam przy okazji długiego weekendu, to moje...

W ubiegłym tygodniu spłodziłam plus-minus 16 tysięcy słów, które podobno komuś pomogły, a komuś innemu (wielu 'komusiom') poprawiły humor. Przypłaciłam to ostrym atakiem depresji w nocy z soboty na niedzielę (CO JA MAM Z TYMI SOBOTAMI?!), i ogólnie króliczym (patrz poniżej) samopoczuciem.




Ale jest nieźle. Stos dobrych rzeczy, stos złych rzeczy, i żadne z nich nie znoszą tych przeciwnych: ale na tym polega życie, prawda? (Jak powiedział Doktor do Amy w odcinku o Vincencie Van Goghu...)

Prócz tego: nowa Musierowicz średnia, chyba lepsza niż poprzednia, ale absolutnie bez szału. Kate Fox - bardzo pouczająca, i obnażająca mój przedziwny snobizm. Aktualnie The Blind Assassin Margaret Atwood: piękne, piękne, bolesne, piękne - i o mamo moja, to jest książka o River i Doktorze. Trzymajcie mnie...

Dobrego poniedziałku!

Monday, 29 October 2012

No i po kompocie.

A raczej: po jesieni.
Wczoraj jeszcze włóczyliśmy się z W. po cmentarzu, robiąc zdjęcia liściom i słońcu - a dziś już wyciągnęłam z szafy cieplejszy płaszcz, i zamieniłam zwiewną apaszkę w kolorze TARDIS blue na wełniany szalik w szkocką kratkę. A świat jest biały od szadzi.

W tym miejscu ciekawostka: słownik wielojęzyczny pokazuje mi kilka angielskich odpowiedników słowa 'szron' (white/silver forst, hoarfrost, rime), jedno francuskie słowo na 'szadź' (givre), i nie znajduje czegoś takiego jak 'zamróz'. Ha.

Cóż więcej? Stara bieda, chciałoby się powiedzieć. Ojcu znowu udało się doprowadzić mnie do łez (z cyklu: Rzeczy Które Się Robi O Wpół Do Pierwszej W Nocy Z Soboty Na Niedzielę). Zaburzenia łaknienia sobie są, i raczej nie chcą się oddalić. Mam powiększony węzeł chłonny zupełnie bez powodu. Przeczytałam Sonety Szekspira, i jestem mocno rozczarowana tłumaczeniem - oryginał za to wciąż przyprawia mnie o dreszcze. Od wczoraj jestem na nowo utopiona w Kate Fox, i mruczę z radości. (A propos mruczenia: Miya się znalazła, po dwóch miesiącach: uduszę ją, jak tylko przyjadę do domu.) Książki są dobre, proszę Państwa. Cała reszta jest... średnia.

A zdjęcie moich paznokci zrobił W., oczywiście.

Wednesday, 15 August 2012

"Gra o tron" a sprawa polska

(Ta notka bierze się z nudów zaistniałych z okazji chorowania na anginę w środku lata.)

Twarzoksiążka cisnęła we mnie nie tak dawno temu informacją o książce opisującej czasy rozbicia dzielnicowego: że niby taka polska Gra o tron, itepe, itede... a że zajawka była interesująca, podreptałam do mojej ulubionej księgarni, i przynabyłam. Pozycja była o dziesięć złotych polskich droższa od letnich butów, w które zaopatrzyłam się pięć minut wcześniej. Ale nie o tym mowa.

Ciekawa rzecz, ta Korona śniegu i krwi. Autorka wykonała masę pracy badawczej, docierając do szczegółów, które - o ile są prawdziwe - zafrapowały mnie i sprowokowały do refleksji nad poziomem pokomplikowania (żeby nie powiedzieć: popieprzenia) naszej historii. I czytało się nieźle... jeżeli nie liczyć błędów interpunkcyjnych i ortograficznych, które "wymknęły się" redaktorom (jak można w tym samym zdaniu puścić słowa 'książę' i książe'?!) oraz tak zwanych motywów nadnaturalnych. Zwierzątka herbowe: w porządku (aczkolwiek daleki kuzyn rycerza Trzy Kawki był już zagraniem blisko linii autu), ale żeby od razu mieszać w sprawy śmiertelników Moce, Które Są? No, nie wiem...

Plus za ładne metafory na tak zwane "obowiązki małżeńskie". Nie obyło się bez przywołania rycerskiego oręża i tego, w czym się rzeczony oręż trzyma, ale taka epoka, nie przeskoczysz. Koniec końców: było nieźle, ale nie aż tak dobrze, jak się spodziewałam. Chyba byłoby najlepiej, gdybyście sami przeczytali, Mili Moi, i wyrobili sobie własne zdanie. Mogę w tym celu udostępnić mój egzemplarz - aczkolwiek bydlątko swoje waży, więc wolałabym raczej osobiście niż przez pocztę...


(Z zupełnie innej beczki: byłam w Japonii dni dwa i pół, z czego dwa w fabryce/biurze/na spotkaniu, ale i tak było cudownie. To tyle w skrócie. Idę chorować dalej.)

Monday, 25 June 2012

Nadchodzi taki czas...

...w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej skasować tej pisaniny.
A potem spływa na człowieka spokój i zen, i już się nie myśli o głupotach.

Zen bywa niekiedy zakłócany przez czynnik zewnętrzne: dla naprzykładu, przez Złodzieja Dusz niejakiej Anety J. Pozycja ta nie trafia na listę ostatnio przeczytanych, albowiem staram się jak najszybciej o niej zapomnieć: czego jak czego, ale MarySue'izmu nie lubimy, i krzywimy się na jego widok jak dzieci zmuszane do spożywania oleju rycynowego. Poza tym, doprawdy: w dialogach można używać różnych znaków przestankowych, nie tylko przecinka (w dodatku nie zawsze występującego we właściwym miejscu, ale tutaj już kłaniam się nisko paniom korektorkom, i szczerzę zęby - bynajmniej nie w uśmiechu)! Pani doktor (in spe?) filologii polskiej powinna chyba wiedzieć takie rzeczy?...

Zainspirowało mnie to do czytania rzetelnie skonstruowanych dzienników, tudzież do dopisania pewnej ostatniej sceny i pracy nad pewnym tekstem. Albowiem nie powinnam osądzać, dopóki sama czegoś nie opublikuję, nespa? A wredota moja przyrodzona wierci się i domaga uwagi. Toteż: koniec z wymówkami, proszę państwa, bierzemy się do galopu.

Kiedyś w końcu trzeba. Ma się, ostatecznie, te prawie-trzydzieści lat...

To ja idę pisać. A Państwu zostawiam zdjęcie morza w Sopocie, Bessą zrobione.


Friday, 23 March 2012

Notka?... Notka!

A bo komentarz Dis przypomniał mi, że nie piszę.

Nie piszę, bo czytam opowiadania George'a R.R. Martina o Judaszu Iskariocie (dobre! bardzo dobre!) i kończę Fabrykę muchołapek (zakręcone jak słoik, o Żydach i o Łodzi, więc potrójnie genialne), myślę, że napisałabym coś dziejącego się w Judei pod okupacją rzymską (i coś tam skrobię w tym kierunku), przeglądam zdjęcia z długiego weekendu (sierpniowego) w Gdańsku, słucham The Smashing Pumpkins i kupuję lodówkę na raty, bo stara postanowiła zakończyć naszą współpracę.

I cieszę się, że muffinki smakowały. Nawet jeśli mówi mi się, że jestem niedobra... ;)



Aha, i cytuję Timeless, bo przecież obiecałam:

"He dinna act like Alpha."
All Lyall's attention was on Biffy; he barely glanced at the Kingair Alpha. "He does in some areas," he replied.


I tak, tu chodzi o to, co myślicie. Ha!

PS. Dis! Czytałaś "Soulless"? Bo jeśli nie, to może Ci pożyczę przez PP?...

Saturday, 17 March 2012

Beannachtaí na Féile Pádraig!

Czy coś w tym stylu. Dużo dobrego piwa spożywajcie, zieleńcie się i bądźcie weseli. Ja wybieram się do miasta w zielonym płaszczyku - a jutro upiekę ciasto czekoladowe z Guinnessem, bo właśnie wpadł mi w ręce przepis. Ha!

Wczoraj zrobiono krzywdę mojemu prywatnemu komputerowi, który aktualnie działa jedynie w trybie awaryjnym. Sprawdziłam, ma dwa trojany. Na szczęście wygląda na to, że przeżyje kurację/reinstalację systemu. A dane udało mi się ocalić, o.

Poza tym, zostało mi 70 stron do końca Timeless: jestem absolutnie rozkochana w wątku Biffy'ego, sama nie wiem, kiedy mi się ta książka przeczytała, i nie mam pojęcia jak przeżyję prawie półtora roku do premiery drugiej serii. Ciężko będzie, moi mili. Prawie tak ciężko, jak doczekać się Republiki złodziei po połknięciu obu wcześniejszych tomów w rekordowym czasie (w tym drugiego w oryginale, bo był o 10 złotych tańszy od tłumaczenia. I'm Scottish/Irish/some kind of Celt, and proud of it).

No, nic. Pójdę chyba rysować sobie koniczynkę na twarzy, czy coś. W końcu: jak się bawić, to się bawić...

I niech ktoś poza mną przeczyta Timeless! Albo pozwólcie mi zamieścić jeden cokolwiek spoilerujący cytat, dobrze?...

Tuesday, 6 March 2012

Bring me the head of the Disco King

Tak, proszę Szanownych Czytelników, to jest nowa notka. Pokłony, pokłony!...

Cóż mię powstrzymywało przed pisaniem? Niby nic, a jednak: całe mnóstwo spraw. Tak zwane prawdziwe życie, w którym dostałam kolejną wiadomość elektroniczną i załamałam się trochę, a następnie moją depresję pogłębił fakt niezdania przez Młodego poprawki z warunku. Ma jeszcze opcję egzaminu komisyjnego, ale jeśli i tu powinie mu się noga, wyleci z uczelni z wielkim hukiem - na semestr przed licencjatem. A sytuacja finansowa moich rodziców jest na tyle kiepska, że nie ma mowy o żadnej uczelni prywatnej. No, pięknie, no.

Poza tym jest jeszcze świat wirtualny, ostatnio obecny w moim życiu głównie w postaci Tumblra. I pisanie jest również. I Scott Lynch: drugi tom sagi o Niecnych Dżentelmenach czytam w oryginale, albowiem kopia anglojęzyczna kosztowała o 11 złotych mniej niż tłumaczenie. (I'm Scottish and proud of it.)

I paczka moja amazonowa jest również, od wczoraj: Timeless, The Minority Council, ścieżka dźwiękowa z Tinker Tailor Soldier Spy, oraz Soulless - the Manga. Tę ostatnią pozycję połknęłam wczoraj, i zakochałam się w graficznej reprezentacji Lorda Akeldamy. Bardzo bym chciała, żeby gdzieś, kiedyś, w równoległym wszechświecie, zagrał go David Tennant. To tyle.

Timeless natomiast pojedzie ze mną w delegację w przyszłym tygodniu. W zasadzie najchętniej rzuciłabym się czytać już teraz, ale, po pierwsze - czytam Lyncha, a po drugie - to jest ostatnia część cyklu. Dalej już nic nie będzie. (Znaczy, będzie drugi cykl, dwutomowy, ale dopiero w przyszłym roku...) Dlatego odkładam tę przyjemność, jak długo się da. Aczkolwiek nie mogę już wytrzymać tego suspensu. Czy Biffy i......? Jak myślicie?

Poza tym - Meryl dostała Oscara, pocałowała Colina po raz kolejny, i złamała mi serce, znowu. Uwielbiam tę kobietę, naprawdę.

I zrobił się marzec. W marcu jadę w delegację. A potem wracam, i świętuję Patryka - nie w Dublinie, niestety. A za cztery miesiące będę już miała trzydzieści lat. To jakieś straszne jest, moi mili...

Sunday, 19 February 2012

O dylematach moralnych

..słów niewiele, albowiem zasadniczo dotarłam już do konkluzji.

Jakiś czas temu dostałam krótką wiadomość tekstową, na którą bardzo, ale to bardzo chciałam odpisać. Tłumaczyłam to sobie wielorako: przecież to nie ja postępuję wybitnie niemoralnie (tylko trochę), nie ja stawiam szczęście dwóch innych osób pod znakiem zapytania dla własnego widzimisię (ale czy na pewno?...), i tak dalej, i tak dalej: więc w sumie czemu miałabym nie odpisywać? Ostatecznie mogłabym spróbować skierować rozmowę na tory obojętne uczuciowo (co mi się jeszcze dotąd nie udało, ale może?...). Innymi słowy, pieprzenie kotka za pomocą młotka, i poszukiwanie prostych dróg wyjścia z trudnej sytuacji.

Zwierzyłam się z tego wszystkiego A., kiedy wracałyśmy przez śnieg i noc gwiaździstą z hiszpańskiego, paląc beztrosko i wymieniając uwagi o życiu.

"A wierzysz w karmę?" zapytała A., krótko, zwięźle, i na temat.

Otóż, mili moi, wierzę. I dlatego nie będzie odpisywania na SMSy z pytaniami o mój stosunek do pogody. Nie będzie uśmiechania się do ekranu komputera, bo przyszedł mail. Nie będzie żadnej z tych rzeczy. Albo przyjdzie mi odrodzić się w skórze żuka gnojownika.

Tyle ode mnie. Proszę trzymać kciuki za moją stabilność emocjonalną, bo nie jest dobrze.

I miłego popołudnia. Napisałam dziś półtora tysiąca słów nie związanych z żadnym fanfikiem (w zasadzie to ja już NIE MAM żadnych pozaczynanych fanfików: trzeba to szybko naprawić, najchętniej opowieścią o pewnej terrorystce...), a teraz zamierzam skończyć Rioję i wrócić do Kłamstw Locke'a Lamory, które pewnie zaraz skończę (po Pająku jestem). Mniam, mniam, tyle powiem.

Wednesday, 1 February 2012

Scotlaaaand! Freedooom!

- czyli: szef wyszedł z biura, może już dziś nie wróci. Oh, joy unlooked for. (Skąd to cytat? - Z The Fire and the Rose, prawdopodobnie najlepszego fanfika potterowskiego na świecie).

W zasadzie nie mam nic nowego do zaraportowania. Zimno jest, nic się człowiekowi nie chce. Trzeci rozdział sadomasochistycznie pokomplikowanego fanfika rodzi się w bólach, a w mojej głowie rozwija się kompletnie niepoważna wizja Elsie Hughes jako naczelnej terrorystki Downton Abbey. Esther wie, o co chodzi. ;)

Sapkowski zapowiedział kontynuację Sagi, być może już w przyszłym roku. No, nie wiem. Jakoś tak... niepewnie się z tym czuję. Ale nie ma sensu niczego skreślać, zanim się człowiek z tym nie zapozna. Ostatecznie, nie wszystko Żmija, co nowe od ASa.

Z ciekawostek natury ogólnoludzkiej: mam 'randkę' 14. lutego. Z własnym byłym facetem. No, proszę.

A w Mieście T. poustawiali koksowniki. Jeden tuż przy przystanku, z którego jeździ autobus w kierunku mojego domu. Popieram tę inicjatywę z całego serca, choć dziś pewnie wrócę spacerem/marszobiegiem. Żeby pomyśleć. I posłuchać Phyllis Logan w audiobooku BBC Dracula. Ta kobieta robi z Miną Murray takie rzeczy, że... aż mi ciepło.

Czego i Wam życzę, Drodzy Potencjalni Czytelnicy.