Mam wygodny dworek ku Mokotowu, który-m po wojnach zbudował.
Chodzi mi ten cytat po głowie, odkąd zaczęłam się układać w sprawie wynajmu mieszkania M.
I oto - wczoraj odebrałyśmy z Honey klucze, i za dni parę wbijamy się na Stary Mokotów, nad Żabką, naprzeciwko biblioteki publicznej, w bliskości szkoły jogi, którą zamierzam nawiedzać, i parku, w którym zamierzam czytać/pisać książki.
Mieszkanie zatrzymało się w czasie jakieś pół wieku temu, parkiet skrzypi, na ścianach wiszą talerze, a część wyposażenia komisyjnie trafiła do szafki roboczo nazwanej Mordorem - ale za to mamy wielką kuchnię z przytulnym stołem, i szafki pod oknem, na których można sobie usiąść z kubkiem porannej kawy, włączyć radio nastawione na RMF Classic, i pocieszyć się porankiem.
Honey, gwoli ścisłości, jest moją psiapsiółą z czasów szaleństw na japońskiej wiosce, wierną fanką majonezu Kieleckiego (TAK JEST!), i jedną z najbardziej ogarniętych, spokojnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Przyda mi się trochę jej ekwilibrium, szczególnie w fazie urządzania się w nowej przestrzeni (po miesiącu pomieszkiwania we wnętrzach tak ikeowskich, że bardziej już by się chyba nie dało...) i krzepnięcia w formie pod hasłem "nowa praca".
Ta ostatnia - nie jest zła. Owszem, gonię jak mały samochodzik, i czasami nie do końca wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół: ale wyzwania, wyzwania, wyzwania są dobre, i tego się trzymajmy.
Czytam ostatnio: głównie Pratchetta, powtórkowo. Ach, i Marsjanin Andy'ego Weira przeczytał mi się w dwa dni - polecam, proszę państwa, bardzo koniecznie!
Z najnowszych przemyśleń o celach życiowych, snutych późnym, niedzielnym wieczorem na przystanku autobusowym Dworzec Wileński: ja wiem, że w Warszawie nie ma szans na stworzenie dzielnicy teatrów w rodzaju West Endu, ale strasznie bym chciała, żeby istniało przynajmniej takie miejsce, do którego można przyjść po wyjściu z teatru, posłuchać muzyki, napić się kawy/herbaty/wina/whisky, i zjeść coś dobrego, i posiedzieć długo w noc, i porozmawiać o tym, co się właśnie obejrzało. Gdybym miała wściekle dużo pieniędzy, założyłabym całą sieć takich knajpek, i nazwałabym je zbiorczo "Didaskalia". O, taki pomysł.
(A wyszłam w tąż niedzielę z polskiej wersji RENT. Hmm... nie było źle? To już i tak duży komplement.)
I jeszcze piosenka na dziś.
Dobrego dnia!
Chodzi mi ten cytat po głowie, odkąd zaczęłam się układać w sprawie wynajmu mieszkania M.
I oto - wczoraj odebrałyśmy z Honey klucze, i za dni parę wbijamy się na Stary Mokotów, nad Żabką, naprzeciwko biblioteki publicznej, w bliskości szkoły jogi, którą zamierzam nawiedzać, i parku, w którym zamierzam czytać/pisać książki.
Mieszkanie zatrzymało się w czasie jakieś pół wieku temu, parkiet skrzypi, na ścianach wiszą talerze, a część wyposażenia komisyjnie trafiła do szafki roboczo nazwanej Mordorem - ale za to mamy wielką kuchnię z przytulnym stołem, i szafki pod oknem, na których można sobie usiąść z kubkiem porannej kawy, włączyć radio nastawione na RMF Classic, i pocieszyć się porankiem.
Honey, gwoli ścisłości, jest moją psiapsiółą z czasów szaleństw na japońskiej wiosce, wierną fanką majonezu Kieleckiego (TAK JEST!), i jedną z najbardziej ogarniętych, spokojnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Przyda mi się trochę jej ekwilibrium, szczególnie w fazie urządzania się w nowej przestrzeni (po miesiącu pomieszkiwania we wnętrzach tak ikeowskich, że bardziej już by się chyba nie dało...) i krzepnięcia w formie pod hasłem "nowa praca".
Ta ostatnia - nie jest zła. Owszem, gonię jak mały samochodzik, i czasami nie do końca wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół: ale wyzwania, wyzwania, wyzwania są dobre, i tego się trzymajmy.
Czytam ostatnio: głównie Pratchetta, powtórkowo. Ach, i Marsjanin Andy'ego Weira przeczytał mi się w dwa dni - polecam, proszę państwa, bardzo koniecznie!
Z najnowszych przemyśleń o celach życiowych, snutych późnym, niedzielnym wieczorem na przystanku autobusowym Dworzec Wileński: ja wiem, że w Warszawie nie ma szans na stworzenie dzielnicy teatrów w rodzaju West Endu, ale strasznie bym chciała, żeby istniało przynajmniej takie miejsce, do którego można przyjść po wyjściu z teatru, posłuchać muzyki, napić się kawy/herbaty/wina/whisky, i zjeść coś dobrego, i posiedzieć długo w noc, i porozmawiać o tym, co się właśnie obejrzało. Gdybym miała wściekle dużo pieniędzy, założyłabym całą sieć takich knajpek, i nazwałabym je zbiorczo "Didaskalia". O, taki pomysł.
(A wyszłam w tąż niedzielę z polskiej wersji RENT. Hmm... nie było źle? To już i tak duży komplement.)
I jeszcze piosenka na dziś.
Dobrego dnia!




