Showing posts with label terry pratchett. Show all posts
Showing posts with label terry pratchett. Show all posts

Sunday, 25 December 2011

I jeszcze jeden...

Wiem, wiem - zamieszczałam to w ubiegłym roku, ale:
a) moje Święta wcale nie są 'jolly', a przed załamaniem nerwowym ratuje mnie wyłącznie porto,
b) człowiek nigdy nie ma za dużo Michelle... to jest, Susan... i Śmierci, niech będzie, że Śmierci też,
c) za godzinę rozpocznie się emisja Downton Abbey: Christmas Special, a niektórzy muszą czekać z jego oglądaniem aż do jutra (sniff).

TOTEŻ:


Happy belated Hogswatch, my dears.

Sunday, 19 December 2010

'Twas the night before Hogswatch....

...in other words, this year's Christmas spirit is brought to you by Susan.

"Grandfather. This is Hogswatch. It's supposed to be jolly, with mistletoe and holly. And other... things... ending with 'olly'." (2:28)

Friday, 19 February 2010

D5000

Już jest. I jest piękny. A w zasadzie piękna, bo to w końcu kobieta powinna być. Jeszcze nie ustaliłyśmy, jak jej na imię - na razie poznajemy się powoli, dzięki ściągniętej z sieci instrukcji w cywilizowanym języku (sklep, nie wiedzieć czemu, przysłał tylko wersję niemiecką).

Trzyma mnie to przy życiu, do spółki z dwudziestoma ośmioma tabletkami nowego typu (pięć grup kolorystycznych!), brytyjskim sitcomem pt. Empty (Billy! Billy! Billy!...) oraz serią filmików dokumentalnych/behind the scenes - Merlin: Magic and Secrets. I jeszcze - z pożyczonym z biblioteki Piekłem pocztowym.

No, to jadę do domu dobrze zaopatrzona. Niech no tylko skończę pracę ;)

Saturday, 5 December 2009

Born of Hope

Obejrzawszy, w początkowej fazie grypy. Doobre. Proszę zresztą zajrzeć tutaj i sprawdzić. Mam ostatnio fazę tolkienowską, mogę być stronnicza.

Tak czy owak, zwróciłam uwagę na Arathorna (w tej roli Christopher Dane, autor scenariusza) i nieszczęśliwie (a jakże) zakochaną w nim dziewoję (Kate Madison, reżyser), po czym postanowiłam sprawdzić, czy coś jeszcze zrobili wspólnie. Ku mojej radości - owszem, tak.

Niniejszym, moi drodzy fani Dobrego Omenu: behold The Horsemen, czyli: co by było, gdyby Neil i Terry mieli pieniądze wyłącznie na wydanie fanzinu, i stwierdzili, że filmik im się bardziej opłaci. Przyjemności życzę. I komentować, z wrażeniami, if U pliz.

Friday, 6 February 2009

Nic nie wiedziałam.

To nie jest, kurwa, sprawiedliwe. Nie Pratchett. Nie z jego umysłem, pomysłami, kreatywnością. Nikogo nie powinno to spotkać, oczywiście, ale pewnych ludzi jest mi bardziej żal.

I teraz to dopiero mam pretensję do byłego ukochanego tudzież przyjaciół, którzy pobiegli po autografy Terry'ego w pewne czerwcowe popołudnie, a mnie zostawili z indeksami na korytarzu przy Międzychodzkiej, i nie pomyśleli, żeby wziąć choć jeden podpis dla mnie.

Bo ja już nie będę mieć tej szansy.