Showing posts with label benedict cumberbatch. Show all posts
Showing posts with label benedict cumberbatch. Show all posts

Friday, 14 December 2012

Nerd mi się starzeje.

Nerd wewnętrzny, znaczy się.

Przykład: Sepulka poinformowała mnie wczoraj, że CC w naszym pięknym mieście organizuje maraton reżyserskich wersji LOTRa, dziś od dwudziestej drugiej do, circa about, dziesiątej trzydzieści jutro rano. Moja reakcja?
No ależ proszę. Taki maraton mogę sobie urządzić w domu, na kanapie pod kocykiem, z nieograniczonym dostępem do Earl Greya i opcją przewijania wędrówki przez Mordor.

Czy to już objaw starości? Czy po prostu rozleniwienia?

Z drugiej strony: wczoraj wyrwałam się wcześniej z pracy, żeby pojechać z Sepulką i Tenel do BDG, obejrzeć Frankensteina z Benedictem. (Być może kiedyś napiszę coś w rodzaju porządnej recenzji z tego wydarzenia: w tej chwili moje wnętrzności nadal śpiewają z zachwytu i nie jestem w stanie składać logicznych, gramatycznie poprawnych zdań.) Z trzeciej strony, w tym roku dostanę na Gwiazdkę kubek TARDIS, który sama sobie kupiłam (takie prezenty lubię najbardziej). Z czwartej strony, na samą myśl o Hobbicie mam ciarki i dreszcze. Nnngh, jak mawiają ludzie na Tumblrze.

Czyli: może on jeszcze nie stetryczał tak całkiem i do cna, ten mój nerd? Może po prostu się wysnobował?...
Taak. Tak będę sobie powtarzać.

Monday, 2 July 2012

Wypada powiedzieć, że jutro wieczorem umykam do domu, i znikam na kolejny tydzień, nie przyjmując do wiadomości zmian zachodzących w mojej metryce.

Wypada również dodać, że onegdaj obejrzałam wreszcie The Best Exotic Marigold Hotel, i spłakałam się jak dzieciak, bo było to piękne doznanie. Wczoraj natomiast poszłam na Nietykalnych, i też było świetnie, mądrze i zabawnie i bez owijania pewnych rzeczy w bawełnę.

A poza tym: czytam Dukaja, śni mi się w te gorące, parne noce niejaki pan B. C. (bardzo niechętnie się wstaje z łóżka po takim śnie), a po powrocie ze Szkocji zamierzam zrobić własny aparat typu "pinhole". Z papieru. Nawet nie pytajcie... ;)))

Dobrego tygodnia, mili moi.

Friday, 27 January 2012

"Czy Karol Wojtyła miał syna?"

- zapytał wczoraj oszołom w zielonej bluzie, dorwawszy się do mikrofonu na spotkaniu z księdzem Bonieckim.

Popatrzyłyśmy na siebie z S., uniosłyśmy brwi, po czym dołączyłyśmy do pomruku dezaprobaty, jaki się przetoczył przez salę. Doprawdy, jak się trafia duchowny o sensownych poglądach, dużym szacunku dla rozmówcy i ostrym jak brzytwa poczuciu humoru, to może warto byłoby z nim merytorycznie podyskutować (na przykład o "kamienowaniu teologii wyzwolenia w Ameryce Południowej" - bo i takie pytanie padło, i udzielono na nie wyczerpującej odpowiedzi), a nie dolewać oliwy do ognia?...

(Nawiasem mówiąc, ksiądz Boniecki odpowiedział oszołomowi: Wojtyła nie znał matki swojego "domniemanego syna" w momencie, w którym doszło do poczęcia tegoż młodzieńca. "Czyli nie był jego ojcem?" - upewnił się oszołom. No shit, Sherlock!)


Cóż poza tym? Piszę jak oszalała; tak to już jest z fanfikami, że zaczyna się je jako formę skanalizowania pomysłów i emocji, a potem ciągnie się resztką sił, żeby zachować ciągłość akcji i nie zrazić czytelników zbyt długimi przerwami między poszczególnymi rozdziałami. Jeden z bieżących projektów już PRAWIE skończyłam, i miałam nadzieję, że wreszcie będę mogła się zająć czymś łoryginalnym - po czym K. przypomniał mi, że obiecałam napisać pewną bardzo konkretną rzecz z The Big Bang Theory. I, co więcej, nawet ją kiedyś nadgryzłam. Gdzie się podziewa ten plik, pytam?!

Czas byłby pokończyć te rzeczy, zanim nam światło wyłączą.


Czyta się aktualnie Mieville'a (myślałam, głupia, że po Dworcu Perdido nic mnie już nie zachwyci - po czym trafiłam do Armady, i umarłam z radości) i jednoaktówki Allena. Słucha się La Mer w wykonaniu Julio Iglesiasa, w oczekiwaniu na pełny album z muzyką ze Szpiega, zamówiony w obcym kraju, bo u nas nie do dostania. (Chyba, że się mylę?...) Nadal jest się trochę zakochanym w bardzo nieodpowiednim człowieku, ale trzyma się emocje na wodzy, i już prawie, prawie, wróciło się do równowagi emocjonalnej. Aha - Benedict nadal jest piękny.

I to by było na tyle, Mili Moi. Dobrego weekendu!

Wednesday, 18 January 2012

If I can't have Benedict, I'll take David...

To jest notka, której celem jest tak zwane pieszczotliwe zdenerwowanie Drogiej Dis.

Najpierw bodziec wizualny statyczny:
Mogłabym odbębniać poranną lekturę prasy w takim towarzystwie. Och, tak.

A teraz - bodziec wizualny dynamiczny, z wprowadzeniem.
Wprowadzenie: niedawno założyłam sobie tumblr.
Tumblr to takie urządzenie do fangirlingu, bardzo skuteczne narzędzie zresztą.
Problem polega na tym, że czasami ludzie, których blogi się aktualnie obserwuje, dodają coś nowego do (już i tak przesadnie długiej) listy obsesji osoby obserwującej.
Wczoraj udowodniono mi, że nie muszę być wielką fanką Doctora Who, żeby reagować na informację: "David Tennant grał w Much Ado About Nothing, w teatrze!" jak pies Pawłowa. ŚLINIĄC się.
Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą, o czym mówię:

A jeśli to Wam nie wystarcza - scena, w której Książę, Leonato i Claudio rozmawiają przygłośno o uczuciach, jakie Beatrice żywi do Benedicka:

Złamałam się, i ściągnęłam. Za pieniądze.
Po czym wyłam radośnie do późnych godzin nocnych.

Jestem biedną, głupiutką, i bardzo szczęśliwą myszką.

(Dis, nie odchodź, nie znielubiaj mnie doszczętnie, dobrze?...)

Sunday, 15 January 2012

Jem, więc... nie jestem głodna.

Dziesięć kilo temu pojmowałam jedzenie w sposób kompulsywny. Jadłam, co chciałam, jak chciałam, i kiedy chciałam.
Potem poszłam na dietę, w wyniku której odkryłam, że mam kości obojczyków, talię, oraz kilka innych elementów anatomii, o których posiadanie nigdy bym się nie posądzała.
Zaczęłam także traktować jedzenie... normalniej. Znaczy - na chandrę nadal najlepsze są lody malaga albo tort kajmakowy od Sowy, ale poza tym - nie trzeba się zapychać pustymi kaloriami, albowiem jest na świecie wiele innych, pysznych rzeczy.

Takie, na przykład, krewetki. Kupuje się paczkę mrożonych, ugotowanych, się umieszcza w woku czosnek, świeży imbir i takież chilli (z masłem, najchętniej solonym Lurpak), się wrzuca rozmrożone krewetki i trzy jabłka pokrojone w plasterki, a po kilku minutach wlewa się alkohol. Powinien to być cydr, ale białe wino średniej jakości też zrobi swoje. Na zakończenie można temu dodać słodkiego sosu chilli, i posypać płatkami migdałów oraz sezamem. I włula.

Do popicia tego cudu wybrałam vinho verde, albowiem na portugalskich się jeszcze nie znam. (Z wyjątkiem porto. Porto jest miłe.) Delikatnie zgazowane, przyjemnie orzeźwiające, zero kwasu. Na etykietce stoi napisane, że pasuje do owoców morza - wszystko się zgadza. Polecam.

Cóż poza tym? Końcówkę roboczotygodnia miałam wybitnie skopaną. Jutro wysyłam CV w kolejnych kilka miejsc. (Wrocław ładny jest, prawda?...) Nadal próbuję się odkochać, co nie jest wcale takie łatwe, jak początkowo myślałam. Czytam Mieville'a, Szostaka, Prusa (!) i młodego Zembatego, albowiem książki trzeba kiedyś podoczytywać. Przemyśliwuję wyjście na Dziewczynę z tatuażem. Skończyłam pisanie fanfika, w temacie którego wywnętrzałam się jakiś czas temu, i jestem wzruszona pozytywnym odzewem P.T. Czytelników. To mnie jeszcze trzyma na powierzchni, pod którą już tylko rozpacz i zgrzytanie zębów.

I mam obsesję. Dziwicie mi się?...

Miłego popołudnia!