Showing posts with label far far away. Show all posts
Showing posts with label far far away. Show all posts

Monday, 18 August 2014

Pojechałam do Rygi.

Przez Warszawę, nie przez Ząbkowice Śląskie, mogą Państwo przestać uśmiechać się znacząco pod nosem. W grudniu roku ubiegłego PLL Lot szarpnęły się na First Minute, skutkiem czego bilet powrotny na drugi sierpniowy weekend kosztował jedyne 122 złotych polskich. Takie okazje to my z ojcem lubimy... a że spośród trzech republik bałtyckich mieliśmy dotąd zaliczoną wyłącznie Litwę, daliśmy się ponieść szaleństwu.

Element przygody negatywnej z pozytywnym zakończeniem pojawił się już na samym początku. Na weekend ryski wybyłam właściwie z marszu po dwutygodniowych delegacjach, byłam zmęczona i nie chciałam, żeby ludzie chodzili mi nocą po głowie - w związku z czym zamieniłam sobie rezerwację łóżka w pokoju czteroosobowym w hostelu w centrum miasta na jedynkę w tejże lokalizacji, ponieważ mogłam (i zgodziłam się na 78 euro za ten luksus. Cha, cha, cha...). Rodzice mieli zamieszkać w 'apartamencie' - prywatnym mieszkaniu w podwórzu jednej z kamienic na ryskiej Pradze, i zapłacić za dwie noce sumę niższą, niż mój potencjalny rachunek w hostelu - ale to już zupełnie insza inszość. Co się okazało: po dziesięciu minutach oczekiwania przy recepcji hostelu (i telefonie do kierownika), pojawił się (jak sen złoty) młody człowiek o cokolwiek anemicznym usposobieniu, który poinformował mnie zdawkowo, że 'wystąpił u nich problem overbookingu', w związku z czym na pierwszą noc to on może mi zaproponować miejsce w sali sześcioosobowej za większą sumę, a co do drugiej nocy, to się zobaczy.

Na takie dictum odpowiedziałam wykonaniem telefonu do firmy Booking, z uprzejmą prośbą o bezkosztowe anulowanie mojej rezerwacji, zanim rozmażę mózg młodego człowieka na ścianie. Panienka w Bookingu niezwłocznie przystąpiła do dzieła - chyba miałam w głosie coś... specyficznego.
Następnie pojechałam z rodzicami 'na kwaterę', dopomóc w zakwaterowaniu i ewentualnie obadać, czy dałoby się coś wykombinować w sprawie dodatkowego noclegu. Dało się. Olbrzymi materac, przywieziony przez właściciela i rzucony na podłogę w aneksie kuchennym, kosztował mnie DZIESIĘĆ euro za DWIE noce. Fuck you, hostel people.

Ryga jest... intrygująca. Tam, gdzie mieszkaliśmy (kilka przystanków trolejbusem od starówki), klimat przypomina skrzyżowanie warszawskiej Pragi, łódzkich Chojen i żyrardowskiego Trójkąta Bermudzkiego przy Chopina (nawet umiejscowienie komendy policji się zgadzało). Stare Miasto - przepiękne, pełne turystów (promy transatlantyckie cumują przy nabrzeżu na wschodnim brzegu Dźwiny i wypuszczają z gardzieli mrowie turystów, łażących gdziebądź między frustrująco pięknymi kamienicami), pachnące kminkiem i kuszące mnogością gatunków lokalnego piwa. Dzielnica art nouveau (które po tamtejszemu nazywa się Riga Jugendstile) wywołała u mnie potok soczystych wyrazów nieparlamentarnych (lub właśnie wprost przeciwnie). Na tyłach dworca kolejowego trafiliśmy na bliźniaka Prezentu Od Dziadzi Stalina, jaki wznosi się w centrum miasta naszego stołecznego - oraz na cztery hale, które onegdaj służyły jako hangary dla zeppelinów, a obecnie mieszczą kramy i lady wypełnione wszelką dobrocią. Takich, na przykład, węgorzy nie widziałam nigdy w życiu - zaśliniłam się jak dziecko, i tylko gorący placek chleba uzbeckiego był w stanie zatkać mi paszczę na tyle, że przestałam rozważać wywóz ryb w bagażu rejestrowanym (albo i podręcznym. Byłam mocno zdeterminowana). Komunikacja miejska rozwiązana bardzo przyzwoicie - bilet trzydniowy na wszystkie tramwaje, autobusy i trolejbusy (łącznie z połączeniem z/na lotnisko) kosztuje siedem euro, i można z nim dojechać właściwie wszędzie. Ceny porównywalne do polskich: choć, na przykład, piwo na starówce zdecydowanie tańsze, niż w analogicznej knajpie w Warszawie. Zjeść można dużo, dobrze i tanio - chociażby w barze Pielmieni XL, gdzie pierogi (z kurczakiem, jagnięciną, serem na ostro, wieprzowiną lub warzywami) płaci się na wagę. Trzy porcje pierogów oraz dwie chłodnika z botwinki kosztowały nas 6,10 EUR - z czego chłodnik stanowił 3,20. O czarnym chlebie z kminkiem nie będę się wypowiadać, bo nie chcę drażnić ślinianek P.T. Czytelników. Jedyną złą stroną Rygi jest prawdopodobnie to, że klimat tamtejszy nie pozwala na uprawę winorośli: ale nic to, poczekamy, idzie wielkie ocieplenie...

Na zakończenie - zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Się poleca się destynację Ryga - może w tym roku LOT rzuci Tallin?...





















Friday, 23 May 2014

A recherche du Vivian Maier*

Miałam napisać notkę o tym, jak wszystkie moje długoterminowe plany biorą w łeb (nie pojedziesz do Poznania na Noc Świętojańską, chociaż umówiłaś się ze znajomymi z zagranicy pół roku temu - w zamian za to spędzisz długi weekend w samolotach, żeby przetłumaczyć jedno trzygodzinne spotkanie w Japonii i wrócić następnego dnia), ale nic to, nie będę oblewać internetów żółcią własną. Szkoda tylko, że w ten sposób moje wakacje w tym roku zostały okrojone do dwóch dni w Rydze na początku sierpnia (bo tak poza tym to, cytując post z Twarzoksiążki, planując tegoroczny urlop zajrzałam na swoje konto i zdałam sobie sprawę, że nie jestem zmęczona). Nic to, mówi się trudno, płacze się w poduszkę z bezsiły i działa się spontanicznie, zanim biczowata karma zdąży się uruchomić.

Spontaniczny był więc mój wtorkowy wypad na Szukając Vivian Maier, o którym to filmie dowiedziałam się dokładnie dwa dni wcześniej. Historię kobiety, która pozostawiła po sobie sto pięćdziesiąt tysięcy negatywów i mnóstwo pytań bez odpowiedzi ogląda się jak znakomity thriller, a zdjęcia Vivian są po prostu niesamowite. Najlepszy pomysł tygodnia, methinks - i to nawet przy założeniu, że w niedzielę rodzice wyciągnęli mnie do Myślęcinka, gdzie zeszliśmy cały ogród botaniczny i zoo z fauną polską, w którym warchlaki biegają luzem po alejkach a na wydry można patrzeć godzinami. A jutro wybieram się na Teorię wszystkiego Terry'ego Gilliama, coby uciec przed burzą: skoro w końcu udało mi się zebrać w sobie i umyć okna, to przecież MUSI popadać, prawda?...

A Szanownemu Państwu życzę pogody wewnętrznej i zewnętrznej, i kłaniam się nisko.




* Mam nadzieję, że tak się to pisze, ja, francuska niemowa. Tytuł francuskiej wystawy zdjęć Vivian mignął mi na ekranie przez ułamek sekundy, ale był piękny, dlatego więc o.

Tuesday, 13 August 2013

Na Wyspach Owczych nie ma: twarogu, trolejbusów, reniferów, basenów geotermalnych (jak na sąsiedniej Islandii), hokeja na lodzie, sanktuariów, Dnia Dziecka, semaforów, barów mlecznych, sadów mandarynkowych, burdeli, fabryki samochodów, pelargonii, latryn, szamanów, meczetów, synagog, warsztatów plisowania spódnic, tartaków, zakładów kokso-chemicznych, klapek Kubota, planetarium, rewidentów kolejowych, plaży naturystów, bryczek, dyliżansów, ujęć wody oligoceńskiej, pszenicy, lokomotyw, skoczków narciarskich, biatlonistów, bobu, płazów (z wyjątkiem żab na Nolsoy), Dnia Walki na Poduszki, wiewiórek, macierzanki, piołunu, wielkiego zderzacza hadronów, farerskich gier komputerowych, pisemek z golizną (choć przez chwilę ukazywał się frywolny męski magazyn "D"), zoo, typów we flekach na pomarańczową stronę, metra, kolei linowej, wieżowców, bocianów, jagód, raftingu, oscypków, ikarusów, wierzbowych piszczałek, kirkutów, skeletonistów, cyprysów, izb wytrzeźwień, ulotkarzy, zakonów, tramwajów, występów drag queen, zbrodniarzy wojennych, maków, katedry antropologii, krokietów z kapustą i grzybami, kominiarzy, wind typu paternoster, tabliczek: "Uwaga, zły pies!", McDonalda, Ikei, Pizza Hut, muzeum naparstków, squatów, małpich gajów, ligi piłki wodnej, brzuchomówców, farerskich Hells Angels, pijaków pod sklepami, drezyn, loży masońskiej, jeży skarbu na krańcu tęczy, krajowego rejestru długów, fasolki szparagowej, i według moich obserwacji, ruchomych schodów.

W śladowych ilościach występują: antykwariaty, flash moby, znicze na grobach, tatuatorzy, pety na ulicy, raperzy, ksywki, ogniska, slamy poetyckie, leżaki.

M. Michalski, M. Wasilewski
81:1. Opowieści z Wysp Owczych

Wednesday, 19 June 2013

That... was amazing, oraz tęsknota za piekarnikiem.

Melduję się z powrotem po prawie dwóch tygodniach w podróży służbowej. Dobrze jest być w domu, chociażby dlatego, że od kilku dni chodził za mną sernik z wiśniami, i proszę: jest piekarnik, jest sernik. Bardzo dobry zresztą, even if I do say so myself.

Tak więc: byłam na moment w Japonii, najadłam się dobrych rzeczy i obkupiłam w herbatę oraz niezbędną do życia elektronikę (iPod i słownik elektroniczny, hurra!). A teraz wróciłam, i okazało się, że moje opowiadanie zostało wyróżnione w pierwszej edycji Sherlockiady - konkurs, co prawda, bez nagród, ale po co komu nagrody? Fajnie, że się ludziom spodobało, i tyle: a Esther dziękuje się niniejszym za kopnięcie organizatorek konkursu w odpowiednie miejsce i nadanie sprawom odpowiedniego tempa... ;)

Poza tym: słucha się znowu więcej, bo iPod żyje, ogląda się Hannibala ze sporą przyjemnością i dreszczami na plecach, sprawdza się ostateczną wersję Da Ksionszki, i pisze się szeroko zakrojony fanfik we wszechświecie przypominającym siedemnastowieczne Karaiby. Takie lato to ja rozumiem...

Miłego czerwca Państwu życzę.

Saturday, 20 April 2013

Nie, nie jest źle. Jest całkiem nawet sympatycznie.

Wróciłam z Pragi, z wystawy Muchy i ze snucia się po mieście w żółtej sukience. Kończę malować przedpokój, potem jeszcze fototapeta i linie metra, i przyjadą rodzice, wiercić w ścianach i zwiedzać Muzeum Mydła i Brudu (nie, nie u mnie w kuchni - w Bydgoszczy).

IPod mi się popsuł - ze stu jedenastu GB dysku pozwala na wykorzystywanie niecałych dwóch. Całe szczęście, że jadę do Japonii na początku czerwca, prawda? ;) A potem dwukrotnie Szekspir w Anglii, Alex Kingston (czy ja się już tutaj rozpisywałam o Alex, czy jeszcze Wam tego oszczędziłam?) i David Tennant, i Cardiff, i obsesje, esy, floresy, fantasmagorie. I Toskania z rodzicami w międzyczasie, żeby morze i Siena i wreszcie, wreszcie święty spokój.

Poza tym - mam mętlik w głowie, uczę się szydełkować (na lewą rękę. Powodzenia.), i najchętniej podróżowałabym wszędzie, gdzie można. Takie to trochę jak 'biegnij, Lena, biegnij'.

No, to biegnę.

Monday, 14 January 2013

Nie ma takiego miasta: Londyn

Tytuł bezczelnie pożyczony od Ali, jako że to Jej notka o metrze londyńskim zainspirowała mnie (w ten leniwy, zimowy weekend, wypełniony pieczeniem quasi-croissantów i piciem herbaty z mlekiem sojowym: genialny wynalazek na zimne dni, polecam!) do sięgnięcia na półkę z Książkami Zakupionymi Z Mocnym Postanowieniem Przeczytania Co Rychlej, i wyłuskania z otchłani pozycji autorstwa niejakiego Marka Masona.

Walk The Lines (który to tytuł upieram się tłumaczyć jako Chodzenie po lin(i)ach) jest zapisem projektu/wyzwania, które wziął na siebie autor: londyńczyk z urodzenia i przekonania, zapalony chodziarz i kolekcjoner osobliwych faktów. Mason przechodzi na piechotę trasy wszystkich londyńskich linii metra: łącznie z odcinkiem Paddington do Heathrow, co już zakrawa na obsesję - w ciągu dnia i w nocy, samotnie i w towarzystwie jemu podobnych zapaleńców, na trzeźwo i nie całkiem (dwadzieścia siedem drinków w dwudziestu siedmiu pubach przy kolejnych stacjach Circle Line), okraszając swoje notatki z podróży ciekawostkami z historii metra i miasta. Dla naprzykładu: czy wiedzieliście, że w latach 40. dziewiętnastego wieku delegacja rosyjskich inżynierów przybyła do Londynu celem dowiedzenia się tego i owego o kolejnictwie, została zaprowadzona na stację Vauxhall, po czym skopiowała jej nazwę - myśląc, że chodzi tu o generyczne określenie dworca kolejowego - skutkiem czego do dziś słowo "dworzec" brzmi po rosyjsku "wakzał?" Albo że ostatni pochówek samobójcy "na rozdrożach" miał miejsce w Londynie w roku 1823? Albo że otwartą w czasach Wielkiej Wojny stację Maida Vale obsługiwały początkowo wyłącznie kobiety? Lub że słoniom hodowanym przez Jakuba I w St. James Park przysługiwał w zimie galon wina dziennie, aby mogły przetrwać tę okropną porę roku?

Ha. Ja nie wiedziałam. (A teraz chcę być królewskim słoniem, ot, co.) Ale teraz wiem, i odczuwam przemożną potrzebę zużycia zaległego prezentu urodzinowego od T., i wyjazdu do Londynu. Planowany termin (o ile w międzyczasie dojdzie do skutku pewna wycieczka): 25-30 maja. Who's with me?...

(Ponadto: skończyłam Czarne - Anny Kańtoch, Leszku - i piękna to była podróż, trochę jak marzenie senne somnambulika, z poplątaną linią czasu i mocnym akordem na zakończenie: czyli to, co tygrysy lubią pasjami. Poleca się gorąco.)

Monday, 24 September 2012

Pozor na majtki, i Ex-TEA-minate.

Byłam-ci ja na Bałkanach, mili moi.
Bałkany są, w rzeczy samej, piękne. I tanie. I winnonośne. I morze tam występuje, Czarne w dodatku, z falami i algami i meduzami, i prawdziwymi plażami, a nie jakimś cholernym żwirem. I mówią/piszą tam po rosyjsku, który to język mam, okazuje się, zakodowany na poziomie molekularnym: uruchomił się automatycznie. (Z ciekawostek lingwistycznych: w Macedonii używa się cyrylicy, plus normalnego "J". Nie wiedziawszy. Ha.) A w Bratysławie nocowaliśmy w tym samym hotelu co banda wesołych Szkotów, którzy zaszokowali stateczną panią w recepcji swoim przywiązaniem do tradycji: stąd ostrzeżenie o bieliźnie osobistej. Wężykiem, wężykiem...

Zaliczyłam tylko jeden epizod ostrej depresji, na plaży w Słonecznym Brzegu, żeby było weselej. Od powrotu jest gorzej, doszły rozczarowania natury osobistej, zaginięcie mojego kota (mojego - w opozycji do znajdy przygarniętej przez matkę) i babcia na kardiologicznym OIOM-ie. (Wiesz, że oglądasz za dużo Ostrego dyżuru, gdy jedynym skrótem przychodzącym ci na myśl jest C-ICU...) W sobotę przyjemniej: poszłyśmy z Sepulką na sushi i napotkałyśmy czajnikowego Daleka zaczajonego na stoliku. Nie dałyśmy się zniszczyć, choć było blisko (dużo sushi za pół ceny = dwie bardzo najedzone whovianki). Wczoraj pakowanie, niewesołe rozważania, cztery tysiące słów machnięte tylko po to, żeby nie zacząć wyć lub rzucać się po pokoju.

A dziś znowu wyjeżdżam. Rozbita, potłuczona, zziębnięta wewnętrznie i zewnętrznie - na dwa tygodnie.
Po powrocie pokażę Wam trochę zdjęć. Analogowych, bo tak.
Tymczasem - dobrej jesieni, Mili Moi.

Wednesday, 15 August 2012

"Gra o tron" a sprawa polska

(Ta notka bierze się z nudów zaistniałych z okazji chorowania na anginę w środku lata.)

Twarzoksiążka cisnęła we mnie nie tak dawno temu informacją o książce opisującej czasy rozbicia dzielnicowego: że niby taka polska Gra o tron, itepe, itede... a że zajawka była interesująca, podreptałam do mojej ulubionej księgarni, i przynabyłam. Pozycja była o dziesięć złotych polskich droższa od letnich butów, w które zaopatrzyłam się pięć minut wcześniej. Ale nie o tym mowa.

Ciekawa rzecz, ta Korona śniegu i krwi. Autorka wykonała masę pracy badawczej, docierając do szczegółów, które - o ile są prawdziwe - zafrapowały mnie i sprowokowały do refleksji nad poziomem pokomplikowania (żeby nie powiedzieć: popieprzenia) naszej historii. I czytało się nieźle... jeżeli nie liczyć błędów interpunkcyjnych i ortograficznych, które "wymknęły się" redaktorom (jak można w tym samym zdaniu puścić słowa 'książę' i książe'?!) oraz tak zwanych motywów nadnaturalnych. Zwierzątka herbowe: w porządku (aczkolwiek daleki kuzyn rycerza Trzy Kawki był już zagraniem blisko linii autu), ale żeby od razu mieszać w sprawy śmiertelników Moce, Które Są? No, nie wiem...

Plus za ładne metafory na tak zwane "obowiązki małżeńskie". Nie obyło się bez przywołania rycerskiego oręża i tego, w czym się rzeczony oręż trzyma, ale taka epoka, nie przeskoczysz. Koniec końców: było nieźle, ale nie aż tak dobrze, jak się spodziewałam. Chyba byłoby najlepiej, gdybyście sami przeczytali, Mili Moi, i wyrobili sobie własne zdanie. Mogę w tym celu udostępnić mój egzemplarz - aczkolwiek bydlątko swoje waży, więc wolałabym raczej osobiście niż przez pocztę...


(Z zupełnie innej beczki: byłam w Japonii dni dwa i pół, z czego dwa w fabryce/biurze/na spotkaniu, ale i tak było cudownie. To tyle w skrócie. Idę chorować dalej.)

Tuesday, 17 July 2012

Blog? Jaki blog?...

Ja się już kompletnie nie odnajduję, moi mili.
Powinnam się wyprowadzić z Tumblra. To złe miejsce jest, ów Tumblr. I dziwnych ludzi się tam poznaje. (Wspaniałych i uroczych, owszem też, ale jedna dziwna osoba potrafi kompletnie wyprowadzić człowieka z równowagi.)

Ale nic to. Trzeba zagryźć zęby, i raz wreszcie pomyśleć o sobie. Staram się być dobrą przyjaciółką, ale nic nie poradzę na to, że ktoś sobie roi mrzonki i lubuje się w jojczeniu na temat własnej nieszczęśliwości. Nie każcie mi dźwigać ciężaru świata na ramionach, bo nie podołam. Jestem tylko człowiekiem, kochani.

Z zupełnie innej beczki: Szkocja i północna Anglia to są te miejsca, w których mogłabym mieszkać choćby od jutra, i nie żałowałabym emigracji ani przez moment. Wszystko mi tam pasuje. Ludzie. Pogoda. (Tak!) Powietrze, od którego kręcą mi się włosy. Pejzaż za oknem. Muszę tam wrócić, po prostu MUSZĘ. Imperatyw kategoryczny.

A poza tym, dostałam zdjęcie z dedykacją od Phyllis, wywalczone dla mnie przez znajomą - i drugie, już takie 'standardowe', w odpowiedzi na mój list z LUTEGO. Niech żywi nie tracą nadziei, co? ;) Pięknie jest, powiadam Państwu. Aczkolwiek... czasami czuję, że jestem już za stara na to wszystko. Na GIFy. Na migające światełka. Na podskoki i piski. Na bycie tzw. crazy fangirl. I to wcale nie dlatego, że skończyłam tyle lat, ile skończyłam: raczej dlatego, że w tej chwili moje priorytety rozkładają się nieco inaczej.

I nie przepraszam za to. Prędzej czy później i tak dopadnie mnie ochota na skakanie po pokoju. Być może z całkiem innego powodu - ale o tym sza, nie zapeszajmy...

Monday, 2 July 2012

Wypada powiedzieć, że jutro wieczorem umykam do domu, i znikam na kolejny tydzień, nie przyjmując do wiadomości zmian zachodzących w mojej metryce.

Wypada również dodać, że onegdaj obejrzałam wreszcie The Best Exotic Marigold Hotel, i spłakałam się jak dzieciak, bo było to piękne doznanie. Wczoraj natomiast poszłam na Nietykalnych, i też było świetnie, mądrze i zabawnie i bez owijania pewnych rzeczy w bawełnę.

A poza tym: czytam Dukaja, śni mi się w te gorące, parne noce niejaki pan B. C. (bardzo niechętnie się wstaje z łóżka po takim śnie), a po powrocie ze Szkocji zamierzam zrobić własny aparat typu "pinhole". Z papieru. Nawet nie pytajcie... ;)))

Dobrego tygodnia, mili moi.

Friday, 11 May 2012

Notka, która powinna była się tu pojawić przedwczoraj po południu, ale internet w hotelu zrobił mi wbrew.

Siedzenie godzinami na wystawie technologicznej prawdopodobnie mogłoby doprowadzić mnie do szaleństwa, gdyby nie ebooki – i tych kilkoro ludzi, którzy zatrzymują się przy naszym stanowisku i wywracają mój świat cokolwiek do góry nogami.

Zatem: skończyłam wreszcie Bliznę Mieville’a, i jestem absolutnie oczarowana. Złożoność intrygi, jej wielowymiarowość, i cała idea Armady: no, piękne to było, psze państwa, piękne po prostu. Następną „papierówką”, którą napocznę, będzie zdecydowanie The Iron Council.

Dziś natomiast zabawiam się z trzecim tomem przygód Harry’ego Dresdena, Grave Peril. Przepływa przeze mnie bez sprzeciwu, taka sobie bajeczka o duchach i koszmarach. Czyli: typowy Butcher, rozrywka nie wymagająca ode mnie refleksji ani zaangażowania emocjonalnego. Zostawiam to dla „papierówki” czekającej w hotelu: The Minority Council pani Kate Griffin (mniam!).

Spotkania z ludźmi: przez półtora dnia nie dzieje się nic, a potem nagle podchodzi do ciebie facet, który wygląda jak Leonard Hofschtatter circa 2032, i zaczyna wypytywać o możliwość dostarczenia gotowych rozwiązań do projektu, nad którym pracuje.

W CERN-ie.

Przy Wielkim Zderzaczu Hadronów.

Wciąż jeszcze nie jestem w stanie pozbierać szczęki z podłogi.

Podobna rozmowa z przedstawicielem Czerwonego Krzyża to tylko wisienka na torcie. Tak myślę.


…Oczywiście, gdybym mogła wybierać, rzuciłabym to wszystko w cholerę i wróciła do Berlina. Berlin jest ładny. Proszę zresztą obejrzeć: na zdjęciach, które zrobiłam moim  maleństwem, średnioformatowym Voigtlanderem Bessą z 1938 roku – wywołanych w kuchni Mel w przenośnej ciemni wielkości termosu.







Jestem z siebie cokolwiek dumna, i właśnie pracuję nad trzecim filmem w mojej „karierze”: red scale. Zobaczymy, co z tego wyjdzie…

Friday, 4 May 2012

This is a new blog entry.

Nie, jeszcze nie umarłam. Co więcej, udało mi się przeżyć bliskie spotkanie z Chemikowym dekoktem, odbyte w nieludzko wysokiej temperaturze. Było przemiło, nawet po wydobyciu broni palnej... i tak zakończę ten opis, a Państwo będziecie w głowę zachodzić, o co biega. Ha!
Cóż więcej? Bardzo forumowym okazał się być ten długi weekend, i dobrze, a nawet bardzo dobrze; jutro atmosfera zmieni się na tumblrową, w następstwie mojego przemieszczenia się do stolicy Republiki Federalnej. Kończę Lavinię Le Guin, snuję się po domu w koszuli nocnej, i wciąż jeszcze dziwię się długiemu kawałkowi plastra, który przyklejono mi wzdłuż górnej połowy kręgosłupa celem rozluźnienia i "zaktywowania" tegoż elementu mojej anatomii. Cuda na kiju (a raczej na plecach), panie...
A poza tym, piszę, i dlatego mnie tu nie ma. Bywam w innych miejscach, choć i tam (ostatnio) raczej sporadycznie. Wzdech.
Państwu życzę tymczasem miłego maja, i wybywam w nieznane. Jeżeli nikogo nie utłukę na targach, wrócę za tydzień z okładem. Cheerio!

Tuesday, 3 April 2012

Gail mnie inspiruje...

Widzę u niej co najmniej kilka zestawów, które chętnie bym na siebie założyła. Ech...

Cóż poza tym? Byłam na weekend w Trójmieście, w wybitnie miłym towarzystwie (i z Cioteczką M. się widziałam!), i wróciłam najedzona, roześmiana, i zainspirowana rozlicznymi formami typografii. Mniam, powiadam Państwu. Dobrze na mnie wpływa to miejsce, i to towarzystwo. Trzeba będzie poważnie pomyśleć o relokacji.

Tymczasem zaś piszę, czytam, gapię się na Tumblr i piszczę z zachwytu nad czerwonym (!) filmem do średniego formatu, który M. przysłała mi z Berlina. I słucham szkockich piosenek, inspirując się do stworzenia kolejnego rozdziału Kompletnie Niepotrzebnego Opowiadania, Które Wydaje Się Sprawiać Ludziom Przyjemność.

I czy wspominałam, że popełniam morderstwo na własnym portfelu, i jadę jednak do Edynburga, starzeć się z godnością? I że obcięłam włosy, i teraz kompletnie nie rozumiem, jak mogłam wytrzymywać z długimi?...

To teraz już wiecie o wszystkim, co się dzieje w moim życiu.

No, może poza tym, że uczę się nowych zwrotów od pewnego Nietoperza. "Wy...", i tak dalej.

Dobrego tygodnia, moi mili!

Wednesday, 23 November 2011

Here I Am

Taaak. Faza na Bryana Adamsa to nie jest to, co mi się zazwyczaj przytrafia we wtorkowe przedpołudnia. No cóż.

Chciałam poinformować, że nadal żyję - i że już tęsknię za Dublinem, który widzi mi się miastem przytulnym, absolutnie nie metropolitarnym, i pełnym uprzejmych ludzi uznających mnie za "swoją". I to zanim dociera do nich, że noszę triskel. Ha!

Co robiłam? Zwiedziłam cmentarz (oczywiście), wzięłam udział w czytaniu Ulissesa (paradoksalnie, eksperymenty językowe Joyce'a są bardziej strawne w języku dla mnie obcym) w Sweeney's i w Baking Party połączonym z walką na gatunki muzyczne u Dagi, połaziłam z N. po wzgórzach i lasach, nauczyłam się pić Guinnessa z syropem z czarnej porzeczki...

No i - byłam na koncercie-łamane-przez-projekcji-filmowej.

Czyli: dostałam na twarz The Fellowship of the Ring z muzyką na żywo. I wciąż jeszcze nie mogę dojść do siebie. To było coś... INNEGO. Publiczność - jako organizm zbiorowy - też to chyba odczuła, i reagowała w sposób asocjowany zazwyczaj z teatrem, a nie z kinem czy filharmonią (choć popcorn i lody sprzedawane podczas przerwy wywołały u mnie niejaki dysonans poznawczy). I to też było piękne...

I ludzie, z którymi tam byłam. Ci znani, i ci dopiero poznawani.

Mam syndrom odstawienia, i chcę być tam, bo jest mi tu dziwnie. Zimno, wietrznie, zimowo; Słońce o poranku świeci mi wyzywająco w twarz i gwiżdże sobie na moją potrzebę ciepła, harmonii i spokoju.

Na nadmiar harmonii ostatnio nie narzekam. Zaczyna się swobodne spadanie, i nawet nie chodzi o to, że CHCĘ spadać, bo nie chcę, nie zależy mi. To się dzieje niejako obok mnie, bez świadomego udziału mojego mózgu, podżebrowej pompy ssąco-tłoczącej czy czego tam jeszcze. Ale to jeszcze nie jest okoliczność łagodząca. Może nawet wręcz przeciwnie.

Ech, zagmatwane to wszystko. A to nie jest przecież pora na zagmatwanie, tylko na ciepłe napoje, i dobre książki (Lewandowski się rozszedł pod koniec, a szkoda, bo potencjał był), i muzykę sączącą się gdzieś w tle.

Żeby tak przynajmniej mieć dość pieniędzy na wycieczkę do Trójmiasta - a tu nic, el doopa po prostu.

Dobrej środy, Mili Moi - połowa tygodnia za nami! ;)

Tuesday, 13 September 2011

Perfume came naturally from Paris - for cars, she couldn't care less...

Kto wie, z jakiego to utworu? ;)

Urlop wywołał we mnie uczucia zarezerwowane dotąd dla kombinacji "teściowa-rzeka-nowy samochód". Widoki wspaniałe, mnóstwo pożywki dla wyobraźni, Loverdose Diesla, białe wino z czerwonych winogron - oraz dusząca, nerwowa, pełna wzajemnych pretensji atmosfera w grupie, co dotąd nie zdarzało się na wakacjach z moim ojcem. Stawia to pod znakiem zapytania mój udział w Wielkiej Wyprawie Do Norwegii, zaplanowanej z rozmachem na lipiec przyszłego roku.

Nic to. Spakuję plecak, i pojadę się starzeć do Szkocji, a co.

Powrót do rzeczywistości nie należał do przyjemnych. I nawet nie chodzi tu o kompletny bałagan w domu, i brak łazienki... choć w sumie, o to też. Bo gdybym miała teraz do dyspozycji prysznic, wlazłabym do niego, włączyła deszczownicę, i rozpłakała się malowniczo na okoliczność końca pewnej ery, rozpoczętej z przytupem w lutym 1999. Dwanaście lat, no. I tyle, koniec pieśni. (Co mi przypomina, że powinnam przeczytać młodego Zembatego, a nie zamawiać książki o smokach w armii brytyjskiej czasów napoleońskich, o).

Nic to. Zaciskamy zęby, cowabunga i do przodu. Bo w końcu inaczej nie można.

Wednesday, 17 August 2011

Bourbon mnie wypełnia...

...no, może nie do końca - ale piosenka ta stanowiła jeden z (wielu) muzycznych motywów przewodnich minionego weekendu, toteż zasługuje na wspomnienie. Na miejscu honorowym, czyli w tytule notki.

Właściwie powinny mnie teraz boleć szczęki - od gadania. I wątroba - od wina, nie zawsze wytrawnego. I nogi - od chodzenia po plaży. A nie bolą. Wniosek? Jeszcze nie mam dość. Przeciwnie: chciałabym więcej, i więcej.

Słyszał ktoś może o jakiejś ciekawej posadzie w Trójmieście?...

A poza tym, wróciłam z książkami: trzema pożyczonymi, i jedną dostaną (dziękuję!). Aktualnie pożeram Zapiski z małej wyspy, i czuję przemożną potrzebę powrotu do Brytanii. Tak, tak, stolica też pod to podpada.

Cóż jeszcze? Napisałam dwa teksty konkursowe w ciągu tygodnia, wysłałam, i teraz czekam. I czytam. I uczę się pilnie tego, czego powinnam się teraz uczyć. I wybijam sobie z głowy co głupsze pomysły. I czekam na urlop jak na boskie zmiłowanie...

Na zakończenie - moja ulubiona wersja piosenki o bourbonie. Miłej środy, która wydaje się być wtorkiem, Moi Drodzy.

Friday, 24 June 2011

No, wróciłam.

Ładnie było, o ile nie padało. A padało sporo.

Czytałam na tym wyjeździe (i jeszcze teraz kończę w domu) Króla Bólu, genialnie/generalnie traktującego o chaosie, informacji, granicach człowieczeństwa i niebezpieczeństwach, jakie niesie z sobą wiedza. Słuchałam głównie Trójki (od wczoraj zamienionej na DM, koncert z Barcelony - polecony mi przez taksówkarza zdybanego przy dworcu Wschodnim). Napawałam się zielonością.

A teraz jestem sama w pracy, czytam Żulczyka ("Instytut"), i planuję obiad: pastę z sosem ze świeżych pomidorów z cynamonem, i wegańskim parmezanem. Przy czym od razu zastrzegam: to nie mój patent, ale Natalii Przybysz. Felietony "Zwierciadła" pozytywnie mnie inspirują, o.

I muszę w końcu ufarbować sobie włosy. Zrobię to dzisiaj. Koloru jeszcze nie ustaliłam ;)

Dobrego weekendu - oby jak najdłuższego.

PS. W ramach Ciekawostki Na Dzisiaj: blog o winach, bardzo pouczający. Tylko coś pić się chce...

Thursday, 26 May 2011

Pięknie tu jest.

"Tu" znajduje się niespełna kwadrans od Grazu - najpierw autostradą, a potem szalenie pokręconymi ścieżkami, przez lasy i wzgórza. "Tu" jest hotelem/sanatorium, z przestronnymi, a skromnie umeblowanymi pokojami, przyzwoitą restauracją, przepięknym ogrodem, basenem zewnętrznym, sauną (podobno, nie doświadczyłam), i aurą spokoju rozsnutą w każdym zakątku.

Z tarasu restauracji widać stajnię, przed którą za dnia spacerują wielkiej urody konie. Poza tym, jak okiem sięgnąć: Styria rozpostarta, łagodnie wzburzona, lesista i zielona. W ogrodowej sadzawce żaby wrzeszczą całą noc. Krystalicznie czyste powietrze. Martini d'Oro (najwyraźniej sprzedają je tylko w Austrii) w hotelowej szklance smakuje jak ambrozja. Głos Adele (19, nie 21) tworzy bardzo udany podkład muzyczny pod żaby i resztę.

I nawet mi już tak bardzo nie przeszkadza totalne nudziarstwo moich towarzyszy podróży, przekonanych, że w tak pięknych okolicznościach przyrody pałam żądzą przebywania w ich śmierdzącym (we dwóch robią 1,5 paczki dziennie) towarzystwie, i tłumaczenia nic nie znaczących rozmów przy piwku. Nie pałam, wyjaśniam dla porządku.

A jutro wracam, prosto w chaos zaobamionej Warszawy. Już ta wtorkowa stolica była sympatyczniejsza - i towarzystwo ciekawsze.

Idę poczytać, i pooddychać czystym powietrzem, czego i Państwu życzę.

Monday, 21 March 2011

Wróciłam z wyjazdu, szumnie zwanego "wycieczką szkoleniową".

W moim mniemaniu, rzeczywistość lepiej oddałaby nazwa opisowa, w rodzaju: "dni spędzane na zgrzytaniu zębami, a wieczory bardzo, dla odmiany, przyjemne".

Nie dalej jak dwa tygodnie temu mieliśmy wykład z zagadnień dotyczących turystyki osób niepełnosprawnych. Mówiono nam, długo i rozwlekle, o tym, jak bardzo istotna jest wrażliwość na potrzeby tego typu klientów, jak ważna jest rozmowa z nimi, otwartość, oraz tak zwana "dyskretna obserwacja". Dobrze, że nie "inwigilacja".

Pięknie to wszystko wygląda w teorii, ale rzeczywistość skrzeczy. S., narzeczony A., wybrał się z nami do Trójmiasta jako osoba towarzysząca - zapłacił i w ogóle (uczestnicy kursu mieli wyjazd wliczony w cenę szkolenia). S. porusza się o kulach, ma mózgowe porażenie dziecięce. Z wykształcenia jest historykiem, dysponuje sarkastycznym poczuciem humoru i dużą dozą sympatii do świata.

Dziewięćdziesiąt osiem procent uczestników wycieczki - przypominam: wszystko to przyszli piloci i przewodnicy - ignorowało go intensywnie przez bite trzy dni. Również wtedy, gdy przychodziła ich kolej realizacji programu (zwiedzanie, relokacja, cokolwiek). Nie pamiętam, żeby ktoś spoza naszej (czteroosobowej) grupy narwańców po prostu podszedł do niego, po czym z własnej i nieprzymuszonej woli zaczął rozmowę, choćby o dupie Maryni. Albo obejrzał się, i sprawdził, czy S. nadąża za grupą, częściej niż raz na godzinę-półtorej. Należy przy tym wspomnieć o przywitaniu, jakie zostało S. zgotowane ustami szefa wycieczki (i szkolenia): "No, z panem to będzie problem..."

Problem to mogę mieć, co najwyżej, ja - z dostaniem certyfikatu ukończenia kursu, jak w końcu puszczą mi nerwy, i strzelę tego sprośnego idiotę w tę jego okrągłą, spaloną solarką i ułożoną w grymas samozadowolenia paszczę.

Na moje szczęście, wieczorami mogłam się skutecznie zresetować, wędrując po Gdańsku w przemiłym towarzystwie Wiewiórki i Vramina, zapijając smutki przeróżnymi trunkami (wyłącznie wysokiej jakości), oraz prowadząc rozmowy na tematy wszelakie, poważne i błahe. Bardzo, bardzo mi to było potrzebne.

A teraz jestem z powrotem w T., i chyba przyszło przesilenie wiosenne, i nic mi się nie chce. Tylko bym czytała, i pisała, i zdjęcia robiła.

...to ile jest do wzięcia w tym totku...?

Tuesday, 26 October 2010

Living Dead Girl

Kiedyś wreszcie trzeba się zdecydować, i albo... wiadomo co, albo oswobodzić wychodek.

Niniejszym więc: przystępuję do opisywania wydarzeń z ostatnich dwóch tygodni, z nadzieją na spójny i czytelny efekt końcowy.

Copernicon – zadziwienia i zachwyty: dowiedziałam się, że Maja Lidia K. jest ślubną małżonką Jarosława G., który to Jarosław G. nie tylko pisze smakowite książki, ale również połowicy swej niezwykle urocze buty wybiera. Zawiść, zwłaszcza w kobiecym wykonaniu, to paskudne uczucie – ale dałam mu odpór! ;) W sobotę „na odwieczerz” pozbierałam z betonu szczękę, gdy przed budynkiem szkoły konwentowej (!) wpadłam na ekipę warszawską z Noreen, Zuzą i Skałą na czele. Zakupiłam koszulkę z Cthulhu na prezydenta (na to nigdy nie jest za późno) oraz kilka starszych i nowszych pozycji książkowych, które obecnie sukcesywnie pochłaniam. Opowiedziano mi (ustami Jędrka z Zamku Chojnik) o brudzie (czy raczej: jego braku) w średniowieczu (tudzież rzeczonego brudu niepowstrzymanej ekspansji w wiekach późniejszych): a była to wiedza tyleż interesująca, co przerażająca. Czas płynął jakimś nowym, magicznym korytem. Siedziałyśmy w Bunkrze, a potem w Morii (przy barze), układałyśmy wieżyczki z kości, a świat był uroczny. Piłyśmy chai masala w Konie, łaziłyśmy po Bulwarze, oglądałyśmy fireshow… co krok, to nowe cudo.

Czyli, oczywiście, później wszystko musiało rymnąć na dziób. Po pierwsze – w pracy zaatakował mnie sajgoński wir obowiązków (w wypełnianiu których nikt nie zechciał mi pomóc). Po drugie – pojechałam do Austrii (co samo w sobie nie było takie straszne: Alpy w jesiennej szacie, mgła snująca się rankiem w dolinach – wypstrykałabym pół karty, gdybym miała aparat), gdzie tuż przed opuszczeniem hotelu potłukłam się boleśnie na pseudo-marmurowej posadzce w toalecie przy sali śniadaniowej. Zaowocowało to sobotą spędzoną w pozycji horyzontalnej, pod kołdrą, z obolałą lewą stroną ciała. Powiadam Wam, przeżycia z gatunku niezapomnianych. Prócz tego, ta dziumdzia pierwszej wody, aka. partnerka mojego brata, aż się prosi żeby jej coś przemodelować na twarzy, albo wykąpać włosy w smole. Dojdziemy i do tego: poczekajmy tylko na wyniki MŚ, z pewnością nie najlepsze.

Aha – iPod znowu nie żyje. Tym razem chyba odszedł na zawsze.

Ale za to brakuje mi już tylko centymetra do zejścia z kolejnego rozmiaru. Walczę. Twarda jestem. Mam nadzieję…

Miłego popołudnia Państwu życzę. Obiecuję, że tym razem nie zniknę na BARDZO długo ;)

PS. Trzeci sezon Castle’a jest nie-sa-mo-wi-ty. A mamusia ogląda jedynkę w telewizorze, i chce być Marthą Rogers…