- albo: witamy z powrotem, panno Carriger.
W ubiegły weekend pożarłam najnowszą książkę panny C., Etiquette & Espionage (tłumaczenie tytułu moje, copyright etc.): w pewnym sensie prequel do Protektoratu Parasola, w którym napotykamy kilka znajomych postaci (Sidheag Maccon, przyszła Lady Kingair, w wieku lat trzynastu - urocze, bardzo urocze) i dowiadujemy się, że nie każda tak zwana finishing school edukuje młode damy wyłącznie w temacie eleganckiego dygania i wdzięcznego trzepotania rzęsami. Co to, to nie.
U panny Carriger, finishing school (ciekawie zresztą umiejscowiona, ale o tym sza!) naucza przede wszystkim tego, co sugeruje swą nazwą. Wykańczania.
Innymi słowy: nauczysz się tam, jak ładnie dygnąć, a przy okazji wbić swojemu adwersarzowi sztylet pod nerkę. (Sztylet z rękojeścią z kości słoniowej rzeźbioną w margerytki, rzecz jasna.) Dowiesz się również, jak zaplanować przyjęcie na dwadzieścia osób, biorąc pod uwagę nie tylko konieczność nabycia kotletów jagnięcych za w miarę przystępną cenę, ale również strychniny w ilości wystarczającej na wywołanie "lekkiej niestrawności" u ni mniej, ni więcej, tylko połowy zaproszonych gości. Przyznacie sami, że są to umiejętności, których posiadanie wybitnie wpływa na poprawę jakości życia każdej nowoczesnej kobiety.
Całość podana z odświeżającą nutką humoru, doprawiona mechanicznym jamnikiem na parę (świetnie się sprawdzającym jako alternatywa dla termoforu) i ciemnoskórym młodzieńcem wzbudzającym niespodziewane zainteresowanie głównej bohaterki. Polecam serdecznie. Kolejny tom w przyszłym roku - a w listopadzie powrót do przygód Prudence Maccon Akeldama, co również wybitnie mnie cieszy. Hej, ho!
W ubiegły weekend pożarłam najnowszą książkę panny C., Etiquette & Espionage (tłumaczenie tytułu moje, copyright etc.): w pewnym sensie prequel do Protektoratu Parasola, w którym napotykamy kilka znajomych postaci (Sidheag Maccon, przyszła Lady Kingair, w wieku lat trzynastu - urocze, bardzo urocze) i dowiadujemy się, że nie każda tak zwana finishing school edukuje młode damy wyłącznie w temacie eleganckiego dygania i wdzięcznego trzepotania rzęsami. Co to, to nie.
U panny Carriger, finishing school (ciekawie zresztą umiejscowiona, ale o tym sza!) naucza przede wszystkim tego, co sugeruje swą nazwą. Wykańczania.
Innymi słowy: nauczysz się tam, jak ładnie dygnąć, a przy okazji wbić swojemu adwersarzowi sztylet pod nerkę. (Sztylet z rękojeścią z kości słoniowej rzeźbioną w margerytki, rzecz jasna.) Dowiesz się również, jak zaplanować przyjęcie na dwadzieścia osób, biorąc pod uwagę nie tylko konieczność nabycia kotletów jagnięcych za w miarę przystępną cenę, ale również strychniny w ilości wystarczającej na wywołanie "lekkiej niestrawności" u ni mniej, ni więcej, tylko połowy zaproszonych gości. Przyznacie sami, że są to umiejętności, których posiadanie wybitnie wpływa na poprawę jakości życia każdej nowoczesnej kobiety.
Całość podana z odświeżającą nutką humoru, doprawiona mechanicznym jamnikiem na parę (świetnie się sprawdzającym jako alternatywa dla termoforu) i ciemnoskórym młodzieńcem wzbudzającym niespodziewane zainteresowanie głównej bohaterki. Polecam serdecznie. Kolejny tom w przyszłym roku - a w listopadzie powrót do przygód Prudence Maccon Akeldama, co również wybitnie mnie cieszy. Hej, ho!