Showing posts with label theater madness. Show all posts
Showing posts with label theater madness. Show all posts

Tuesday, 24 March 2015

Ketlingowanie czas zacząć.

Mam wygodny dworek ku Mokotowu, który-m po wojnach zbudował.

Chodzi mi ten cytat po głowie, odkąd zaczęłam się układać w sprawie wynajmu mieszkania M.
I oto - wczoraj odebrałyśmy z Honey klucze, i za dni parę wbijamy się na Stary Mokotów, nad Żabką, naprzeciwko biblioteki publicznej, w bliskości szkoły jogi, którą zamierzam nawiedzać, i parku, w którym zamierzam czytać/pisać książki.
Mieszkanie zatrzymało się w czasie jakieś pół wieku temu, parkiet skrzypi, na ścianach wiszą talerze, a część wyposażenia komisyjnie trafiła do szafki roboczo nazwanej Mordorem - ale za to mamy wielką kuchnię z przytulnym stołem, i szafki pod oknem, na których można sobie usiąść z kubkiem porannej kawy, włączyć radio nastawione na RMF Classic, i pocieszyć się porankiem.
Honey, gwoli ścisłości, jest moją psiapsiółą z czasów szaleństw na japońskiej wiosce, wierną fanką majonezu Kieleckiego (TAK JEST!), i jedną z najbardziej ogarniętych, spokojnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Przyda mi się trochę jej ekwilibrium, szczególnie w fazie urządzania się w nowej przestrzeni (po miesiącu pomieszkiwania we wnętrzach tak ikeowskich, że bardziej już by się chyba nie dało...) i krzepnięcia w formie pod hasłem "nowa praca".
Ta ostatnia - nie jest zła. Owszem, gonię jak mały samochodzik, i czasami nie do końca wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół: ale wyzwania, wyzwania, wyzwania są dobre, i tego się trzymajmy.

Czytam ostatnio: głównie Pratchetta, powtórkowo. Ach, i Marsjanin Andy'ego Weira przeczytał mi się w dwa dni - polecam, proszę państwa, bardzo koniecznie!

Z najnowszych przemyśleń o celach życiowych, snutych późnym, niedzielnym wieczorem na przystanku autobusowym Dworzec Wileński: ja wiem, że w Warszawie nie ma szans na stworzenie dzielnicy teatrów w rodzaju West Endu, ale strasznie bym chciała, żeby istniało przynajmniej takie miejsce, do którego można przyjść po wyjściu z teatru, posłuchać muzyki, napić się kawy/herbaty/wina/whisky, i zjeść coś dobrego, i posiedzieć długo w noc, i porozmawiać o tym, co się właśnie obejrzało. Gdybym miała wściekle dużo pieniędzy, założyłabym całą sieć takich knajpek, i nazwałabym je zbiorczo "Didaskalia". O, taki pomysł.
(A wyszłam w tąż niedzielę z polskiej wersji RENT. Hmm... nie było źle? To już i tak duży komplement.)

I jeszcze piosenka na dziś.


Dobrego dnia!

Wednesday, 10 July 2013

Hello, sweetie, czyli Alex i ja

Przypuszczam, że niektórzy z Was wiedzą już, gdzie będę spędzać sobotni wieczór za tydzień z haczykiem.
Tak jest. W Manchesterze.
Nie darowałabym sobie, gdybym przegapiła Alex Kingston w roli Lady M. Moje obsesyjne oddanie dla tej kobiety liczy się na lata - mniej-więcej piętnaście tychże, gdyby się bliżej zastanowić - i możliwość zobaczenia jej na żywo, w klasycznym repertuarze, nie mogła przejść mi koło nosa. (Szczególnie biorąc pod uwagę, że Kingston ma za sobą pracę nad trzema sztukami pana ze Stratford, i - całkiem niedawno - rolę Siostry Oddziałowej w Locie nad kukułczym gniazdem, którego też nie dane mi było obejrzeć.)

Ale nie o tym miało być.
Miało być o tym, że w ubiegły weekend nawiedziła mnie Mari, która wyznała, że nigdy nie widziała niczego (filmu, serialu etc.) z Alex. Wyznanie to sprowokowało mnie do zastanowienia się, co można by polecić osobie chcącej zapoznać się z filmografią Ms. K., a dysponującej, z uwagi na tzw. Prawdziwe Życie, ograniczonymi zasobami czasu.

Stąd też: poniższa lista Absolutnych Alex Kingston Must-See Films/TV Series (spisywana celem zapomnienia o jutrzejszym egzaminie i wizycie u lekarza, uch). Kolejność przypadkowa, albowiem nie podejmuję się różnicować jakościowo - nie przy obecnym stanie moich nerwów.

Ostry dyżur, sezon 4. Alex cieszyła widzów swoją obecnością przez dobrych dziesięć sezonów, ale dla mnie osobiście początki jej 'kariery' w roli Elizabeth Corday są zdecydowanie najlepsze. Po pierwsze, czy wiecie, że romans Lizzie z Bentonem był pierwszym tak otwarcie zaprezentowanym związkiem międzyrasowym w amerykańskiej telewizji? Otóż, był. W połowie lat dziewięćdziesiątych. Niewyobrażalne. Poza tym, Alex flirtująca z Clooneyem, grająca w darty i jedząca jajko (tak!!) należy do widoków, które trudno zapomnieć. O.

Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders. Tego też nie będziemy w stanie zapomnieć... Znane są przypadki "poważnych" aktorów i scenarzystów brytyjskich, którzy do dziś rumienią się na wspomnienie swojej pierwszej styczności z Moll. Idealna pozycja (sic!) na długie, jesienne wieczory - raczej samotne, a zresztą: może wcale nie? Aczkolwiek "zainspirowane" towarzystwo może prowadzić do przerw w oglądaniu. Co wcale nie musi być takie złe... (O matko, to była prawdopodobnie najbardziej oględna recenzja Moll jaką kiedykolwiek napisałam. Brawo dla mnie.)

Sordid Things (do obejrzenia w całości na YouTube). Alinearna oś czasu, pokomplikowana intryga, i Kingston oszukująca przeróżne wredoty. Ciekawa rzecz, nawet bardzo. Mniam.

Hope Springs. Co się stanie, gdy cztery byłe pensjonariuszki zakładu penitencjarnego znajdą się w posiadaniu ogromnej kasy, i bez możliwości opuszczenia kraju (czasy sprzed strefy Schengen)? Ano, różne ciekawe rzeczy się zadzieją. Nie jestem pewna, czy mała miejscowość w Szkocji jest na to przygotowana...

Upstairs, Downstairs, nowa wersja, sezon 2. Mam mocno mieszane uczucia względem nowego UD (klasyczne uwielbiam), ale nie wobec dr Blanche Mottershead. Blanche jest urocza, i chcę jej płaszcz. Może być z zawartością... ;)

DoKTOr. (Podoba mi się taka wersja polskiego tytułu DW, co ja poradzę?) River Song jest... specyficzna. Można ją uwielbiać, można też (podobno) jej nie znosić. Tak czy owak, silne emocje - gwarantowane. A jakie ona nosi buty... Jejku, jej.


I to tyle dobrego, przynajmniej na początek. Potem można zacząć się wgłębiać w Marchlands, albo Lost in Austen, albo Boudicę, albo ubolewać nad brakiem pierwszoplanowych ról filmowych w karierze Alex. Ale - nie traćmy nadziei. Ostatecznie Kingston ma dopiero 50 lat, a wygląda i zachowuje się jak typowa Władczyni Czasu. Przy dobrych wiatrach, będę ją oglądać w premierowej roli siedząc w domu spokojnej starości. Czego sobie i Państwu życzę... ;))

Saturday, 20 April 2013

Nie, nie jest źle. Jest całkiem nawet sympatycznie.

Wróciłam z Pragi, z wystawy Muchy i ze snucia się po mieście w żółtej sukience. Kończę malować przedpokój, potem jeszcze fototapeta i linie metra, i przyjadą rodzice, wiercić w ścianach i zwiedzać Muzeum Mydła i Brudu (nie, nie u mnie w kuchni - w Bydgoszczy).

IPod mi się popsuł - ze stu jedenastu GB dysku pozwala na wykorzystywanie niecałych dwóch. Całe szczęście, że jadę do Japonii na początku czerwca, prawda? ;) A potem dwukrotnie Szekspir w Anglii, Alex Kingston (czy ja się już tutaj rozpisywałam o Alex, czy jeszcze Wam tego oszczędziłam?) i David Tennant, i Cardiff, i obsesje, esy, floresy, fantasmagorie. I Toskania z rodzicami w międzyczasie, żeby morze i Siena i wreszcie, wreszcie święty spokój.

Poza tym - mam mętlik w głowie, uczę się szydełkować (na lewą rękę. Powodzenia.), i najchętniej podróżowałabym wszędzie, gdzie można. Takie to trochę jak 'biegnij, Lena, biegnij'.

No, to biegnę.

Friday, 14 December 2012

Nerd mi się starzeje.

Nerd wewnętrzny, znaczy się.

Przykład: Sepulka poinformowała mnie wczoraj, że CC w naszym pięknym mieście organizuje maraton reżyserskich wersji LOTRa, dziś od dwudziestej drugiej do, circa about, dziesiątej trzydzieści jutro rano. Moja reakcja?
No ależ proszę. Taki maraton mogę sobie urządzić w domu, na kanapie pod kocykiem, z nieograniczonym dostępem do Earl Greya i opcją przewijania wędrówki przez Mordor.

Czy to już objaw starości? Czy po prostu rozleniwienia?

Z drugiej strony: wczoraj wyrwałam się wcześniej z pracy, żeby pojechać z Sepulką i Tenel do BDG, obejrzeć Frankensteina z Benedictem. (Być może kiedyś napiszę coś w rodzaju porządnej recenzji z tego wydarzenia: w tej chwili moje wnętrzności nadal śpiewają z zachwytu i nie jestem w stanie składać logicznych, gramatycznie poprawnych zdań.) Z trzeciej strony, w tym roku dostanę na Gwiazdkę kubek TARDIS, który sama sobie kupiłam (takie prezenty lubię najbardziej). Z czwartej strony, na samą myśl o Hobbicie mam ciarki i dreszcze. Nnngh, jak mawiają ludzie na Tumblrze.

Czyli: może on jeszcze nie stetryczał tak całkiem i do cna, ten mój nerd? Może po prostu się wysnobował?...
Taak. Tak będę sobie powtarzać.

Wednesday, 18 January 2012

If I can't have Benedict, I'll take David...

To jest notka, której celem jest tak zwane pieszczotliwe zdenerwowanie Drogiej Dis.

Najpierw bodziec wizualny statyczny:
Mogłabym odbębniać poranną lekturę prasy w takim towarzystwie. Och, tak.

A teraz - bodziec wizualny dynamiczny, z wprowadzeniem.
Wprowadzenie: niedawno założyłam sobie tumblr.
Tumblr to takie urządzenie do fangirlingu, bardzo skuteczne narzędzie zresztą.
Problem polega na tym, że czasami ludzie, których blogi się aktualnie obserwuje, dodają coś nowego do (już i tak przesadnie długiej) listy obsesji osoby obserwującej.
Wczoraj udowodniono mi, że nie muszę być wielką fanką Doctora Who, żeby reagować na informację: "David Tennant grał w Much Ado About Nothing, w teatrze!" jak pies Pawłowa. ŚLINIĄC się.
Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą, o czym mówię:

A jeśli to Wam nie wystarcza - scena, w której Książę, Leonato i Claudio rozmawiają przygłośno o uczuciach, jakie Beatrice żywi do Benedicka:

Złamałam się, i ściągnęłam. Za pieniądze.
Po czym wyłam radośnie do późnych godzin nocnych.

Jestem biedną, głupiutką, i bardzo szczęśliwą myszką.

(Dis, nie odchodź, nie znielubiaj mnie doszczętnie, dobrze?...)

Wednesday, 23 November 2011

Here I Am

Taaak. Faza na Bryana Adamsa to nie jest to, co mi się zazwyczaj przytrafia we wtorkowe przedpołudnia. No cóż.

Chciałam poinformować, że nadal żyję - i że już tęsknię za Dublinem, który widzi mi się miastem przytulnym, absolutnie nie metropolitarnym, i pełnym uprzejmych ludzi uznających mnie za "swoją". I to zanim dociera do nich, że noszę triskel. Ha!

Co robiłam? Zwiedziłam cmentarz (oczywiście), wzięłam udział w czytaniu Ulissesa (paradoksalnie, eksperymenty językowe Joyce'a są bardziej strawne w języku dla mnie obcym) w Sweeney's i w Baking Party połączonym z walką na gatunki muzyczne u Dagi, połaziłam z N. po wzgórzach i lasach, nauczyłam się pić Guinnessa z syropem z czarnej porzeczki...

No i - byłam na koncercie-łamane-przez-projekcji-filmowej.

Czyli: dostałam na twarz The Fellowship of the Ring z muzyką na żywo. I wciąż jeszcze nie mogę dojść do siebie. To było coś... INNEGO. Publiczność - jako organizm zbiorowy - też to chyba odczuła, i reagowała w sposób asocjowany zazwyczaj z teatrem, a nie z kinem czy filharmonią (choć popcorn i lody sprzedawane podczas przerwy wywołały u mnie niejaki dysonans poznawczy). I to też było piękne...

I ludzie, z którymi tam byłam. Ci znani, i ci dopiero poznawani.

Mam syndrom odstawienia, i chcę być tam, bo jest mi tu dziwnie. Zimno, wietrznie, zimowo; Słońce o poranku świeci mi wyzywająco w twarz i gwiżdże sobie na moją potrzebę ciepła, harmonii i spokoju.

Na nadmiar harmonii ostatnio nie narzekam. Zaczyna się swobodne spadanie, i nawet nie chodzi o to, że CHCĘ spadać, bo nie chcę, nie zależy mi. To się dzieje niejako obok mnie, bez świadomego udziału mojego mózgu, podżebrowej pompy ssąco-tłoczącej czy czego tam jeszcze. Ale to jeszcze nie jest okoliczność łagodząca. Może nawet wręcz przeciwnie.

Ech, zagmatwane to wszystko. A to nie jest przecież pora na zagmatwanie, tylko na ciepłe napoje, i dobre książki (Lewandowski się rozszedł pod koniec, a szkoda, bo potencjał był), i muzykę sączącą się gdzieś w tle.

Żeby tak przynajmniej mieć dość pieniędzy na wycieczkę do Trójmiasta - a tu nic, el doopa po prostu.

Dobrej środy, Mili Moi - połowa tygodnia za nami! ;)

Monday, 2 May 2011

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni majowy -
dość drobny, lecz gęsty, zagłusza rozmowy;
kurtyną wilgoci okrywa ogrody
i moczy narzędzia, ogniska, z brzóz kłody
- to wszystko, co człowiek w beztroskim ferworze
w sobotę wieczorem zostawił na dworze,
by rankiem świątecznym, miast leżeć i kisnąć,
móc pielić, drwa rąbać, grillować z rodziną...
Cóż, plany się rypły - niedziela znów z głowy.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni majowy...


Obudziłam się wczoraj o wpół do ósmej rano z tym czymś w głowie, i nie udało mi się zasnąć, dopóki nie zeszłam na dół po pamiętnik i skrupulatnie wszystkiego nie zanotowałam. (Brakuje mi rymów dokładnych: wstyd!) Później słuchałam ścieżki dźwiękowej z gry Wiedźmin, i doszłam do wniosku, że byłby z tego fenomenalny pejzaż muzyczny do Silmarillionu, gdyby komukolwiek zachciało się sfilmować tę pozycję. Cały dzień pod znakiem Chwil wolności Virginii; wpadłam w rezonans z autorką, z którą mam o wiele za dużo wspólnego - czerpię z jej dzienników inspirację i przestrogę zarazem.

Zmusiłam mamę do obejrzenia fragmentu Downton Abbey na TVN Style (Alu! Wiedziałaś?!) - chyba zaskoczyło, i bardzo prawidłowo.

W sobotę byliśmy na Tuwimie dla dorosłych: na zmianę wyłam ze śmiechu, popadałam w zadumę i audiofilskie stany zachwycenia. A Bal w Operze z muzyką Możdżera jest po prostu... nie-do-o-pi-sa-nia. Polecam Państwu serdecznie: Teatr Roma, Scena Nova.

A teraz jestem sama w domu, popijam kawę z syropem Irish Cream, i czekam z utęsknieniem na trzecią sesję finałowego meczu MŚ w Sheffield. Judd Trump jest genialny, tyle Państwu powiem.

I miłego dalszego ciągu majówki życzę, pomimo niesprzyjającej aury...

Monday, 21 February 2011

Następuje zwolnienie blokady...

Tytuł tej notki nie ma absolutnie nic wspólnego z jej treścią. Dotyczy ona rozlicznych strzępków rzeczywistości, przez które się ostatnio prześlizguję.

Mogłoby się wydawać, że nic ostatnio nie czytam: otóż, czytam, ale nie kończę. Znajomość z panem Glenem C. zakończyłam po Cieniu w ukryciu - a że w tomie wydanym jako Kroniki Czarnej Kompanii jest jeszcze Biała Róża, pozycja nie kwalifikuje się do wpisania na listę. No, przykro mi: może jeszcze kiedyś wrócę do tematu, ale w tym momencie muszę sobie zrobić przerwę. Poza tym mam "na warsztacie" kaukaskie reportaże Jagielskiego: jak dotąd (strona 80.) rozpolitykowane, i dramatycznie nudne, oraz biografię Brylskiej, którą już zaliczyłam, dzieckiem będąc, więc się nie liczy. Aha, i nadal próbuję pokonać Rozmowę w "Katedrze", z jej poszatkowawą narracją. Nie poddam się bez walki!

W sobotę byłam na "Les Mis". Głosowo najbardziej pasowali mi Javert i Eponine - magia obsady "Tańca wampirów" działa bez zastrzeżeń. Generalnie: lepiej, niż w przypadku "Upiora...", przyjemne spędzone popołudnie, poczucie, że spektakl był wart wydanych na niego pieniędzy... tylko dlaczego program nie chce się zmieścić na standardowej półce regału w pozycji PIONOWEJ? Do tej pory problem ten pojawił się tylko przy dwóch opasłych albumach, i Lilli Wenedzie, którą mnie 'uszczęśliwiono' z okazji olimpiady z języka ojczystego. Czyżby przerost formy nad treścią?... I jak to jest, że wejściówki do niektórych teatrów kosztują 15 złotych, a za rzeczone wydawnictwo Roma życzy sobie 24? Ciekawostka.

Prócz tego: Młody nadal choruje na nerki, co mnie nie raduje, jak można się domyślić. Mam w perspektywie 13 dni pracy/nauki bez przerwy - patrz wyżej. Pogoda zwariowała. A dziś nie wrócę do domu przed dwudziestą. No, pięknie, no.

Ja już chcę marzec... i wycieczkę szkoleniową do Gdańska... Albo chociaż piątek, i koncert Możdżera :)

Monday, 31 January 2011

Dlaczego mam dziś banana na twarzy?

-Jesteś z siostrą? - zapytała Młodego Kasia G., kiedy już się wreszcie na nią doczekał po wczorajszym przedstawieniu.

Nie był z siostrą, albowiem siostra nie dostała bezpłatnej wejściówki, czego bardzo żałuje. Ale fakt, że Kasia ją (siostrę) pamięta, zapisuje się bardzo wysoko na liście rzeczy, które ją (siostrę) dziś uszczęśliwiają. Szczególnie że ostatnimi czasy (czytaj: gdzieś tak od roku 1998) nie udaje nam się spotkać we trójkę, a Młody jest o wiele bardziej charakterystyczny, więc czemu Kasia miałaby pamiętać MNIE... i tak dalej, i tak dalej.

I pewnie to jest głupi powód do odczuwania radości aż po końce palców u nóg, ale... czasami czuję się kompletnie oderwana od tego, kim/czym byłam przed Wielką Katastrofą, która wywróciła mi świat do góry nogami. A sytuacje takie, jak ta, przypominają mi, że w gruncie rzeczy warto o tym pamiętać.

No i wstępnie powzięty pomysł wspólnego wyjścia na kawę też nie jest głupi...

(W tym miejscu powinien nastąpić długi rant na temat tego, że za miesiąc minie piętnaście lat od dnia, kiedy pierwszy raz obejrzałam Metro, i co z tego wynika, ale nie nastąpi, bo nie.)

Miłego poniedziałkowego popołudnia!

Sunday, 7 February 2010

Na drzewo po drugiej stronie szosy przyleciał myszołów, sikorki się spłoszyły. Dzięcioł flegmatycznie skubie słoninę. Wyjadających nam słoninę sójek, w liczbie pięciu, chwilowo nie widać - pora śniadaniowa wyraźnie się zakończyła. Ot, poranek pod lasem. Mogłabym godzinami siedzieć w oknie; odrywam się jednak, podczytuję No Logo Naomi Klein, gotuję, odpoczywam po jednej podróży i zbieram siły przed kolejną.

Graz jest brzydki. Składa się głównie z salonów samochodowych i sex-shopów: innymi słowy, jak się nie uda uciec z miasta, trzeba kombinować, jak zagłuszyć ponurą rzeczywistość. Szczęściem interesy zagnały nas nieco dalej, do Deustchlandsbergu, w krainę miodu, warzyw i stadnin końskich. Przyjemnie, mimo brudnego śniegu zalegającego przy drogach - wracamy tam za kilka miesięcy, może będzie lepiej?

Zamówiliśmy bilety na "Zamach na MoCarta, czyli Jeżeli śpiewać to nie indywidualnie" w Syrenie. Kusi mnie jeszcze "Wiele hałasu o nic" w Narodowym, w przekładzie Barańczaka, i "Czarownice z Salem" w Powszechnym - pomyślimy, wiosna niedaleko.

I tak się jakoś plecie, z dnia na dzień. Tata rezerwuje noclegi w Szwajcarii. Jest dobrze, mimo wszystkiego, co się dzieje "w międzyczasie".

Miłej niedzieli!

Friday, 2 October 2009

Z góry przepraszam wszystkich, którzy próbują się ze mną skontaktować drogą mailową, i nie otrzymują odpowiedzi. 40 nieprzeczytanych wiadomości - cóż to jest? Bagatela...

Wszystko robię ostatnio na piątym biegu. Wpadam do New Yorkera, kupuję glam-dress, wpadam do T. oddać klucze i wypadam z uśmiechem zadowolonego kota, albowiem spotkany przypadkiem (żonaty) kolega przybrał ten wyraz oczu na widok mojej skromnej osoby. Sypiam niespokojnie, śnię scenariusze filmowo-serialowe. Nie mogę się skupić nawet na rozmowach telefonicznych z mamą. Po kilku tygodniach kompletnego sflaczenia ("Ty chyba masz anemię", stwierdził Młody) przeszłam w tryb kołowrotu.

W niedzielę poszliśmy na zorganizowaną wycieczkę po Cmentarzu Żydowskim w Warszawie - nie będzie zdjęć Młodego (który wygląda, jakby się urodził w jarmułce, i wcale nie jest z tego powodu zadowolony - w przeciwieństwie do nas), ani w ogóle żadnych, albowiem z braku aparatu własnego skazana byłam na małpę Pani Ani, i efekty mi się nie podobają. Rozwydrzyłam się, wiecie?

Bagdad Cafe w Polonii wywołuje mocno mieszane uczucia. Kaśka dobra, to jasne, ale całość wyreżyserowana kompletnie bez polotu, brzydka językowo, płytka jakaś taka. A miało być tak pięknie.

PS. Dzięki godzinom spędzanym w samolotach, połknęłam Ulissesa. Oczy mi się świecą.

Saturday, 26 September 2009

Koniec września to chyba dobry moment na podejmowanie decyzji. Kończy się lato, smażę powidła i zastanawiam się, jak, gdzie i z kim przeżyć zimę. Nie lubię sprawiać nikomu przykrości, nawet jeśli odbywa się to moim kosztem, ale po wszystkich przygodach zaserwowanych mi przez rok pański 2009 dochodzę do wniosku, że muszę odzyskać równowagę, poczuć, że mam jakąkolwiek kontrolę nad tym, co się dzieje. Że moje uczucia i postanowienia są tylko i wyłącznie moje.

Przydałby mi się teraz doktor Nolan do odgadania różnych kwestii, o.

Innymi słowy - tak, Sio, widziałam, co miałam widzieć :) I nie, nie przyznaję się do zarażania kogokolwiek jelitówką!

W czwartek pojechałam na wieczorną nasiadówkę na Gocławiu, jutro zabieram państwa K. do teatru, z okazji trzydziestolecia. Bagdad Cafe, tuż po premierze. Jestem zadowolonym zwierzakiem.

Wednesday, 24 June 2009

And so, my visit at the dentist's has been moved to this Friday. Seems it's going to be a difficult one -- and to top it all up, I need to be back home tomorrow, then back to Warsaw -- have I mentioned the moneyless part?! Argh.

In other news, yesterday I found myself planning next year holidays with I. (we want to bring together a bunch of people - or not - and travel to northern Norway with the same travel agency we used two years ago) over a shrimp&tofu sandwich in CoffeeHeaven, sitting in the first row on a hilarious show, after obtaining the cheapest of tickets, and dicussing many new performances to see this summer. Bagdad Cafe's opening night cannot come soon enough, and this we'll go and see on July 18th. Did I mention I love my family?

In other news, please check out Nathaniel's Film Experience Blog, especially (this goes to Jo, Sio and Tenel) this post. I want Tim Burton. NOW.

Got a linen rose at the linen manufacture in my hometown. Absolutely love it, looks like Wokulski's shop. Beautiful. Need to go back there with a camera...

Monday, 23 March 2009

"Klimakterium" bardzo na TAK, aczkolwiek pewnie śmiałabym się serdeczniej mając te 25-30 lat więcej. "Przyjdzie na to czas...", napisała w smsie Pani Ania. Dzisiaj rozwiązywałyśmy jolkę przez telefon - zanim ona sobie kupi i dokona pierwszego czytania, ja mam już połowę, i triumfalnie uzupełniam brakujące hasła.

Poza tym chyba zaczynam chorować (cały sezon grypowy przetrwałam, żeby poddać się na przednówku - typowe), a jutro lecę do Anglii, "z krótką roboczą wizytą". No, świetnie. Nic to. Wrócimy, pójdziemy do lekarza - albo nie - poczytamy książki w domu - albo nie - i jakoś się to wszystko poukłada. Albo nie.

Jeszcze godzina w pracy. Auuu...

Friday, 6 March 2009

Oh, joy unlooked for.

A poza tym, głupia jestem.

Zapłaciłam wczoraj wpisowe w spółdzielni, co - po odliczeniu raty kredytu, spłaty karty kredytowej i przeklętego czynszu - zostawia mnie z jakże uroczą kwotą 200 złotych polskich do kolejnej wypłaty (prawdopodobnie około 26. lutego).

W związku z czym nie wahałam się ani chwili w obliczu plakatu reklamującego koncert Kaśki Groniec. Czymże jest 25 złotych w obliczu... hmm... jedzenia?

Co daje nam łącznie trzy wizyty w teatrze lub quasi-teatrze w drugiej połowie miesiąca. Jesteśmy szczęśliwi.

(I powinniśmy utrzymywać naszych przyjaciół w stanie szczęśliwości, albowiem w przeciwnym wypadku odczuwamy ich nieszczęście w formie fizycznego bólu. Od wczoraj, cały czas.)

EDIT:
Skończyłam "Tchnienie". 27 dni, 21 stron, dużo wewnętrznych oporów. Kiedyś usiądę i zrobię z tego powieść.