Showing posts with label all the small things. Show all posts
Showing posts with label all the small things. Show all posts

Wednesday, 24 June 2015

Niespełna miesiąc temu szłyśmy słoneczną ulicą z Nową Właścicielką Mojego Mieszkania w T. Miałam na ramieniu torbę z odkurzaczem, na nosie okulary przeciwsłoneczne, i paliłam "łańcuszkowo" w ramach neutralizowania kataru siennego (bo leki zostały w Warszawie).
Nowa Właścicielka - rocznik '87, sympatyczna, wewnętrznie rozdygotana w całej tej sytuacji (reakcja, którą przerabiałam na własnej skórze circa about sześć lat temu) - patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i niezrozumienia.
-Tobie jest tam dobrze? Ilekroć ja przyjeżdżam do Warszawy, nie mogę za niczym nadążyć...
Nie umiałam jej wtedy wyjaśnić - i dziś też tego nie potrafię - że dopiero w Warszawie zaczynam naprawdę ODDYCHAĆ.

Nie przeszkadza mi wracanie z załatwiania spraw służbowych tramwajem pełnym domaniewskich orków zdążających do metra. Orkowie wysiądą, a ja pojadę dalej, rozsiadłszy się wygodnie z książką na podołku, aż do "mojego" kawałka miasta, z panem z Żabki, który już wie, które wino mi podać, z ukrytym przy sąsiedniej ulicy zakonem Karmelitów Bosych, z parkiem, w którym zaprzyjaźniam się ze strachliwymi border collie, z biblioteką, z której co tydzień wychodzę objuczona jak mały wielbłąd, z piekarnią, która sprzedaje Ten Właściwy Chleb, po który nie muszę już jeździć z T. do domu. Mam bliżej rodzinę (co jest ważne w sytuacji, gdy hashtag z ostatniego roku mojego życia powinien brzmieć: #MójBratToIdiota). Mam dookoła teatry, i ulubione kino w centrum, z którego wracam do mieszkania na piechotę, prażąc się w słońcu. Mam sposobność spotykania ludzi, którzy mnie inspirują (Zadie Smith! ZADIE! SMITH!), i z przyjaciółmi - stąd i z daleka - z którymi tęskniłam. (Teraz, dla odmiany, tęsknię do ludzi z T., ale taka jest kolej rzeczy? Proszę mi podrzucić jakiś zgrabny frazes na tę okoliczność.)

Nie przeszkadzają mi korki, bo dzięki nim więcej czytam w autobusach. Nie przeszkadza mi mnogość ludzi na ulicach, bo mogę się między nimi schować. Owszem, PRZESZKADZA mi mnogość księgarni i sklepów z materiałami rękodzielniczymi, ale to już mój problem, nie miasta.

Tak sobie tu oto jestem, i może jeszcze trochę zostanę.

Thursday, 9 April 2015

Słońce widzę! Słońce!

I jest to sytuacja nietypowa nie tylko dlatego, że do niedawna utrzymywała się nam pogoda wybitnie podpsowa, ale również dlatego, że po raz pierwszy od siedmiu lat pracuję w biurze z normalnym oknem, wychodzącym na świat, a nie na podwórko kamienicy typu studnia. Grzeję się zatem w rzeczonym słońcu, rzeźbię różne cuda-wianki, i tak mi jakoś... nie najgorzej. Założyłam płaszcz sprzed ponad dekady (bo znowu się w niego mieszczę), właśnie zakiełkował mi w głowie kolejny pomysł na pisanie rzeczy różnych, odzyskałam wszystkie swoje garnki, przyprawy i utensylia kuchenne - czegóż chcieć więcej?
Żeby pogoda się utrzymała. I żeby nie zabrakło mi książek do czytania. I żeby morze pojawiło się wkrótce w moim życiu, chociaż na weekend. Tęsknię sobie za Ludźmi Nad Morzem.
Ach, i jeszcze - zamówiłam wczoraj skarpetki z kubka, te z owieczką. Radość, radość, radość!
Wiosna, no.

Wednesday, 1 April 2015

Pozwolę sobie zagaić mało kulturalnie: czy jestem jedyną kobietą na Ziemi, której gwałtowne zmiany pogody wychodzą na twarz w postaci cholernie "malowniczych" kraterów? Odpowiedz, drogie Bravo.

Ponadto: wyjechałam służbowo na dzień jeden, i nic z niego nie wyniosłam, ani niczego nie załatwiłam. No, dobrze - książki przeczytałam, sztuk dwie, i wykonałam telefon z gratulacjami, który bardzo mię był podniósł na duchu. A po powrocie, drepcząc po zapaczkomatowione materiały do kartek świątecznych, natknęłam się na jeża. W zimny, wietrzny i mokry wieczór marcowy, w mieście stołecznym. Sympatyczny ten jeż. Pysk miał taki... inteligentny. Szczególnie w porównaniu do takich różnych, z którymi zdarza mi się jeździć komunikacją miejską... ale nie sądźmy, by nam nie zasądzono.

A, i wreszcie udało mi się skończyć jedno cuś na konkurs. Po pracy idę na pocztę, i wysyłam w dal. Kciuków trzymać nie trzeba, na nic się specjalnie nie nastawiam. Ale pisało się ładnie, i tego się trzymajmy.

Uszy do góry, przyjaciele meteopaci! Przynajmniej mamy już czas letni...

Tuesday, 24 March 2015

Ketlingowanie czas zacząć.

Mam wygodny dworek ku Mokotowu, który-m po wojnach zbudował.

Chodzi mi ten cytat po głowie, odkąd zaczęłam się układać w sprawie wynajmu mieszkania M.
I oto - wczoraj odebrałyśmy z Honey klucze, i za dni parę wbijamy się na Stary Mokotów, nad Żabką, naprzeciwko biblioteki publicznej, w bliskości szkoły jogi, którą zamierzam nawiedzać, i parku, w którym zamierzam czytać/pisać książki.
Mieszkanie zatrzymało się w czasie jakieś pół wieku temu, parkiet skrzypi, na ścianach wiszą talerze, a część wyposażenia komisyjnie trafiła do szafki roboczo nazwanej Mordorem - ale za to mamy wielką kuchnię z przytulnym stołem, i szafki pod oknem, na których można sobie usiąść z kubkiem porannej kawy, włączyć radio nastawione na RMF Classic, i pocieszyć się porankiem.
Honey, gwoli ścisłości, jest moją psiapsiółą z czasów szaleństw na japońskiej wiosce, wierną fanką majonezu Kieleckiego (TAK JEST!), i jedną z najbardziej ogarniętych, spokojnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Przyda mi się trochę jej ekwilibrium, szczególnie w fazie urządzania się w nowej przestrzeni (po miesiącu pomieszkiwania we wnętrzach tak ikeowskich, że bardziej już by się chyba nie dało...) i krzepnięcia w formie pod hasłem "nowa praca".
Ta ostatnia - nie jest zła. Owszem, gonię jak mały samochodzik, i czasami nie do końca wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół: ale wyzwania, wyzwania, wyzwania są dobre, i tego się trzymajmy.

Czytam ostatnio: głównie Pratchetta, powtórkowo. Ach, i Marsjanin Andy'ego Weira przeczytał mi się w dwa dni - polecam, proszę państwa, bardzo koniecznie!

Z najnowszych przemyśleń o celach życiowych, snutych późnym, niedzielnym wieczorem na przystanku autobusowym Dworzec Wileński: ja wiem, że w Warszawie nie ma szans na stworzenie dzielnicy teatrów w rodzaju West Endu, ale strasznie bym chciała, żeby istniało przynajmniej takie miejsce, do którego można przyjść po wyjściu z teatru, posłuchać muzyki, napić się kawy/herbaty/wina/whisky, i zjeść coś dobrego, i posiedzieć długo w noc, i porozmawiać o tym, co się właśnie obejrzało. Gdybym miała wściekle dużo pieniędzy, założyłabym całą sieć takich knajpek, i nazwałabym je zbiorczo "Didaskalia". O, taki pomysł.
(A wyszłam w tąż niedzielę z polskiej wersji RENT. Hmm... nie było źle? To już i tak duży komplement.)

I jeszcze piosenka na dziś.


Dobrego dnia!

Wednesday, 11 March 2015

Muszę się trochę wyładować, zanim eksploduję jak supernowa. Padło na internet - bój się, internecie...

Rok mi się zaczął od wypowiedzenia umowy o pracę. Firma postanowiła zwinąć skrzydła o wiele szybciej, niż przypuszczałam - wróciłyśmy z A. po świętach, i właściwie na dzień dobry poczęstowano nas informacją o likwidacji biura z końcem kwietnia. Nie muszę mówić, co było potem. Mroczne, mroczne dni i tygodnie. Ale schudłam przepięknie, panie i panowie. Potem przyplątał się do mnie wredny wirus zatokowy (nie polecam), w którego towarzystwie pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną do miasta rodzinnego (lub raczej - miasta urodzenia): i okazało się, że nie ma dla mnie konkurencji, i czy mogę zacząć od marca?...

Więcej szczęścia, niż rozumu, mówię Wam.

Tak się zatem złożyło, że mieszkam (tymczasowo) po jednej stronie rzeki, pracuję po drugiej, czytuję mnóstwo ebooków pełzając autobusami w tę i z powrotem, uczę się nowych rzeczy - trochę marketingu, trochę babrania się w HTML-u, sporo czytania między wierszami (NowaFirma ma bujną historię, której strzępki docierają do mnie z różnych stron, ale nikt nic nie mówi wprost), i - jak zwykle - walczę z wiatrakami. Dzisiejszym wiatrakowym okazał się lokalny (bo nie "nasz") informatyk, który zasugerował mi nauczenie się innego trybu edycji stron, ponieważ on nie zna tego, który właśnie zdążyłam opanować... ale nawet jak się nauczę, on i tak mi nie pomoże, ponieważ nie wie, jak się przerzuca pliki na home.pl. Trochę mnie teraz telepie. Zrobię sobie herbaty, żeby czymś zająć ręce i przypadkiem komuś nie przyłożyć.

Zatem - książki, książki są miłe, i pomagają zapomnieć o świecie jako takim. Nie wszystkie rzucają mnie na kolana - nie dalej jak wczoraj skończyłam Sprzedaj lodówkę..., i poczułam się jak śmieć, tudzież coś brzydkiego przyklejonego do podeszwy autora, albowiem nie jeżdżę po dzikich lądach na własną rękę, z pokaźnych oszczędności korzystając, nie biorę trzech miesięcy urlopu pod rząd, i nie uważam, że trzeba się kompletnie odciąć od cywilizacji, żeby NAPRAWDĘ odpocząć. Zdaniem śp. autora (zmarł w podróży, na zator płucny, w wieku niespełna 36. lat - jak mam to traktować?...) jestem więc lipnym podróżnikiem, o ile w ogóle zasługuję na ten dumny tytuł. Do tej pory myślałam, że tak - kajam się, kajam...
Z drugiej stron - myślałam również, że "jeżyna" pisze się przez "Ż" - a tutaj autor i redaktor książki (czy jest taka osoba na sali?!) udowadniają mi, że niekoniecznie... Hmm. Czepiam się? Być może.

Z jaśniejszych wieści okołoksiążkowych: nabyłam przez Allegro nowego Dukaja. Na moim malutkim, prościutkim czytniku mogę obcować tylko z pierwszą "warstwą" Samotności aksolotla, ale i tak jest pięknie. Ale chciałabym mieć kiedyś czytnik, przy użyciu którego można by budować holograficzne, trójwymiarowe modele opisywanych przez autora budynków, ludzi i robotów... za dużo Star Treka? Nie sądzę...

(Ach, bo i Voyager mną rządzi ostatnio. I podcasty. I oczekiwanie na nową Florence.)

Poza tym, z nowości - zostałam ciocią malutkiej Małgosi, mój brat się zaręczył, moja mama bierze kolejną serię zastrzyków w brzuch, otaczają mnie aspołeczne koty oraz ich ą-ę właściciele, mam na warsztacie trzy projekty (z czego tylko jeden jest fanfikiem, gasp!), a w ostatni weekend po raz pierwszy jeździłam samochodem Młodego po Warszawie, i przeżyłam. Ze spalaniem 4,8. Jestem dobra, prawda?

Czasami. Ewentualnie. Nie zawsze.

A teraz idę pomóżdżyć koncepcyjnie. Dobrego popołudnia, Drodzy.

Friday, 19 December 2014

Czytałam gdzieś, że człowiek potrzebuje dziennie minimum sześciu dwudziestosekundowych "sesji" fizycznego kontaktu z drugą osobą, żeby móc normalnie funkcjonować na poziomie emocjonalnym.

Wyliczyłam, że u mnie ta dzienna quota rozkłada się na jakieś... dwanaście miesięcy, przy dobrych wiatrach. A czasami zdarza mi się nie dotknąć nikogo - nawet przelotnie - przez tydzień, lub dłużej.

Ciekawe, jak wygląda mój mózg.

Myślałam o tym ostatnio w kontekście niebycia dla nikogo "priorytetem" emocjonalnym - po raz nie-wiadomo-który postarałam się coś zorganizować z zamiarem pomocy komuś, a potem usłyszałam: 'ach, no wiesz, jednak nie wezmę w tym udziału - i nic mnie nie odchodzi twój czas, energia i pieniądze, które temu poświęciłaś'. Najpierw było mi przykro, potem się zdrowo wkurzyłam: a potem doszłam do wniosku, że przecież nie o to chodzi. Narobiłam się, miałam pomysł, chciałam dobrze - a że nie wyszło? No trudno, przecież od początku nie miało to być ani o mnie, ani dla mnie. Nie wejdę nikomu pod żebra, nie ścisnę mięśnia sercowego i nie będę się domagać, żeby mnie kochano "za coś". Kocha się pomimo wszystko, że tak pojadę Twardowskim.

Tymczasem zaś - czytam o umieraniu. Za oknem najciemniejszy kawałek roku. Jutro rano wrócę z maratonu Hobbita (najważniejsza jest ta trzecia część, na którą inaczej nie byłabym w stanie dotrzeć aż do stycznia), pośpię trochę i pojadę do domu, obuta w czerwone pseudo-glany, zziębnięta (dieta, dieta, mało kalorii, człowiek chodzi w zimowym płaszczu i dwóch szalikach pomimo temperatury +10) i przygotowana na mocno stresujące święta. Ale i tak jest dobrze. Nie muszę przeżywać utraty bliskiej osoby, jak koleżanka z pracy, która wiadomość o śmierci teścia dostała dzisiaj w nocy. Nie muszę być sama. Nic mnie nie boli, a dziwne rzeczy, z którymi nie poszłam do lekarza (nie mam czasu ani pieniędzy, żeby się dodatkowo denerwować), wchłonęły się same i przestały niepokoić. Chudnę kontrolowanie, a nie za przyczyną wiadomego zaburzenia łaknienia (chociaż nie oszukuję się - ono cały czas ze mną jest, przyczajone pod powierzchnią od dobrych siedmiu lat, gotowe do ataku). Zaczęłam pisać coś konstruktywnego. Niedawno nauczyłam się robić świeczki. Wyprodukowałam w tym roku mnóstwo kartek, w tym kilkanaście świątecznych, trzy "Doktorowe" szaliki i dwie czapeczki na imbryk. Przeczytałam blisko 70 książek (nie licząc powtórek). Nie straciłam pracy - firma utrzyma się jeszcze kilka miesięcy. Byłam w kilku pięknych miejscach. Nie spadłam z Cabo da Roca (bo nie uznaję selfies). Znowu pobyłam chwilę w Japonii. Pewnie jeszcze trochę rzeczy mi się przypomni, jak opróżnię mój Słoik Dobrych Rzeczy, w którym trzymam papierki z zapisywanymi na gorąco drobnymi radościami z całego roku.

Muszę sobie o nich częściej przypominać. Żyć prościej.

Czego i Wam życzę.


Monday, 25 August 2014

Nie mówi się: "w cudzysłowiu"...

...bo nie mówi się: "w dupiu".

Takich mądrości życiowo-językowych może się człowiek nauczyć z lektury książki Wszystko zależy od przyimka. Serdecznie polecam (ale chwilowo nie pożyczam, gdyż obiecałam macierzy), łzy radości ocierając.

Weekend spędziłam w miłym towarzystwie panów profesorów, kapitana Picarda i spółki oraz garnków wypełnionych owocowymi dobrociami. Niniejszym wyprodukowałam zapas przetworów na jesień i zimę (nic, tylko smażyć naleśniki z tymi wszystkimi dżemami...), trochę odpoczęłam, i szykuję się psychicznie na kolejny tydzień okraszony krótkim wypadem delegacyjnym - tym razem tylko do stolicy, z opcją wcześniejszego powrotu do rodziców w piątek i ukulturalnienia się w sobotę. Ale wcześniej jeszcze trzeba zaliczyć Skyway, i - przy sprzyjających okolicznościach przyrody - partyjkę Abetto (planszówka z ruletką! Piękne!), i przestać się zamartwiać sprawami, na które nie mam wpływu.

A poza tym - trzeba się cieszyć, bo znowu będę ciocią! I w dodatku po raz pierwszy urodzi mi się siostrzenica! Kobiety górą, tego się trzymajmy!...

Tuesday, 1 July 2014

Nie, nadal nie umarłam.

Pobyłam sobie za to w Dżapanii godzin pięćdziesiąt parę (dzięki czemu nie odczułam negatywnych skutków zmiany czasu: well done me), zakupiłam czytnik ebooków do użytku pozadomowego (bardzo dobra rzecz do samolotu, taki czytnik), zrobiłam parę projektów scrapbookingowych i kupiłam śliczną sukienkę typu pin-up w ramach prezentu na urodziny od samej siebie.

I siedzę nad opowiadaniem własnym, robiąc z niego minipowieść, bo tak.

I oglądam Endeavoura (ostatni odcinek! co ja zrobię?!), podkochując się troszeczkę w paniczu Evansie.
I wchłonęłam wszystkie filmy o X-Menach w ciągu jakichś dwóch tygodni (Jean i Logan łamią mi serce,  a spośród Fassbendera i McAvoya wybieram Jackmana, ze wskazaniem na akcent Jamesa McA.).
I byłam w kinie na Riwierze dla dwojga, który to film jest słodką, nieprzesadnie przeintelektualizowaną komedyjką z Emmą Thompson i Piercem Brosnanem, idealną na lato. W tymże kinie mnie zassało, ponieważ promowano Podróż na sto stóp, film o kuchni francuskiej i indyjskiej - z Helen Mirren. Mniam. (A teraz Państwo zgadują, czy chodzi mi o jedzenie, czy o Dame Helen, czy może o jedno i drugie.)

O, i śledzę tabelkę mistrzostw, gdyż tatuś zagramanicą nie może oglądać późnowieczornych meczy.
I ucieszyłam się Stenką w dubbingowanej wersji bardzo ślicznego Jak wytresować smoka 2, ponieważ nie lubię pani Blanchett. (I w ogóle to SMOKISMOKISMOKIIIII!)
I znowu mi proponują jakąś robotę na Wyspach, a ja nie wiem, co mam zrobić. Wzdech.

I na wszelki wypadek życzę Państwu miłego lata - czort raczy wiedzieć, kiedy mnie następnym razem napadnie wena na pisanie. Wszystkiego najcieplejszego!

Wednesday, 5 March 2014

Przychodzą mi do głowy refleksje natury ogólnej, w rodzaju: gdyby ten kraj chciał być naprawdę pro-kościołowy, powinniśmy zamykać sklepy w Popielec i Wielki Piątek, a nie Zielone Świątki. Refleksja krąży mi w umyśle na falach ścieżki dźwiękowej do obrazu pt. Ja, Frankenstein, który obejrzałam pobieżnie z powodu Mirandy Otto. (Ładne katedry, dobra muzyka, Miranda jak wino - koniec recenzji, resztę filmu pominęłam walcząc z trójkolorowym wzorem na ogrzewacz do czajnika.)
Nachodzi mnie ochota gotowania pikantnych zup warzywnych. Napiłabym się wina, ale nie mogę, bo leki. Czytam biografię Beksińskich (@Esther: rzecz jest dobra, ale pewnie nie będę jej u siebie zatrzymywać po przeczytaniu, więc jeśli reflektujesz za 1/2 ceny, krzyknij w noc), babram się w kleju, papierach, farbach i tym podobnych cudach, szykuję psychicznie na wyprawę teatralną do Warszawy w przyszłą sobotę, odpoczywam po festiwalu jazzowym, jutro idę oglądać Tildę i Hiddlesa.
A tak po prawdzie, najchętniej zakopałabym się pod kocem i pospała, powiedzmy, do wtorku.
Czego i Wam życzę.

Tuesday, 18 February 2014

Proszę mi pogratulować: ogarnęłam się ze sobą na tyle, że po pracy poszłam odwiedzić autę.

(Geneza formy gramatycznej: TA TARDIS, więc i TA auta.)

Auta stała sobie, nie niepokojona przez nikogo, od początków stycznia, albowiem rozjechała mi się ostatnio psyche z somą, toteż wolałam za kółko nie siadać. Poza tym, była zima. Cóż się okazało: auta odpaliła od pierwszego kopa, znaczy - mrozy nie zabiły akumulatora. Jedyny mankament stanowi fakt, że miejsce postoju auty wypadło pod drzewem, zamieszkanym (sądząc z efektów) przez trzy pokolenia gawronów z wybitnie regularną przemianą materii.

Wniosek?
Jutro spalamy kalorie na salsie, a w piątek: przy myciu auty, która w sobotę rano powinna pofatygować się aftostradą, a nawet dwiema, ku miejscowości rodzinnej. (Mojej, nie auty, boć ona z Pruszkowa.) Tymczasem - stoi jak stała, jeść nie woła, a takiej... ugawronionej, nikt przecież nie ruszy. (I tablic mi tym razem nie zajumali! Same plusy dodatnie.)

Ja natomiast przytargałam z biura książki empiczne (Deathless, Beksińscy, Zorkownia), zadałam piekarnikowi krojsanciki (znam osobę, która tak właśnie to wymawia), zrobiłam herbatę miętowo-miodową, i wpełzłam pod koc. Staram się o akredytację na festiwal jazzowy w przyszłym tygodniu, więc trzeba się cieszyć ciszą i spokojem, póki jest... co nie znaczy, że nie wymienię go skwapliwie na Karolaka i Dudziak.

A Fasola mówi mi ponadto, że koniecznie chce pójść ze mną do kina.

Kobietom (w tym Tildzie) (oraz Thomasowi W. H.) się nie odmawia...

Friday, 14 February 2014

Tydzień kończący się świętem, które ostentacyjnie obchodzę w czerwcu, sponsorują:

1) Kierowca z pizzerii zderzający się z "elką", wskutek czego Sepulka i ja musiałyśmy zrobić sobie przebieżkę po pokarm cielesny,
2) robótki ręczne w fazie końcowej (efekt zostanie zaprezentowany w stosownym czasie),
3) heroiczna decyzja o wykonaniu pewnego bolesnego telefonu,
4) brak wygranej w totka,
5) zmiana atramentu w Watermanie z szaro-granatowego na zielony,
6) dramatyczna potrzeba snu
7) oraz Tom Hiddleston mający problemy ze sprzęgłem. Swój człowiek!

Dobrego weekendu.

Wednesday, 5 February 2014

Nie pisze się, ponieważ siedzi się na Tumblrze i przeżywa rozliczne fascynacje - popkulturą, steampunkiem, metodami przechowywania książek na ciekawych półkach, fotografią analogową etc.
Nie pisze się, ponieważ się czyta, robi na drutach (ubranka na czajniki, ha!), kiepsko sypia - jak to zimą - tłumaczy "książki" i ogląda seriale BBC tudzież Bryana Fullera. (Petycja o wprowadzenie Lee Pace'a jako piekarza-kanibala produkującego ciasta rodem z kuchni pani Lovett do "Hannibala"!)
Nie pisze się, ponieważ zima, zapalenia oskrzeli, łyżwy w nielicznych momentach względnie dobrego samopoczucia, eksperymenty kulinarne (karmelizowana brukselka z octem balsamicznym i płatkami migdałów - mniam) i walenie baranka z okazji nieprzeciętnego zamroczenia własnego brata, który nie potrafi się normalnie zakochać i pobyć w związku, tylko po trzech miesiącach znajomości planuje się pannie oświadczać. It will end in tears, jak mawia Lady Jane.
Nie pisze się. Ale się jest, i to jest ważne. A jeśli komuś mnie brakuje, zapraszam na wyżej wspomnianą platformę mikroblogową. Adres przewidywalny i nieoryginalny... ;)
Dobrego wszystkiego, mili moi.

Tuesday, 15 October 2013

Uprzejmie donoszę...

...że jeszczem nie umarła.

Co więcej, żyję, zbieram się do szybciutkiego wypadu na Wyspy (te bliższe, nie te "zawodowo-kierunkowe"), czytam (bardzo niedobry ten sequel Diabeł ubiera się u Prady, bardzo niedobry...), pisuję rzeczy różne (niektóre nawet wiążą się z tak zwaną gratyfikacją), gotuję kolorowo, żeby nie zgłupieć od jesieni, i wydaję horrendalną kasę na doprowadzenie TARDIS marki Suzuki do stanu używalności. Na razie (odpukać!) jeszcze jeździ.

Ale na Wyspy nią nie pojadę. Na Wyspy udam się z małym, nierozciągalnym wymiarowo (niestety) bagażem. I z aparatem. Obiecuję dłuższą relację...

A tymczasem - dobrej jesieni!

Wednesday, 19 June 2013

That... was amazing, oraz tęsknota za piekarnikiem.

Melduję się z powrotem po prawie dwóch tygodniach w podróży służbowej. Dobrze jest być w domu, chociażby dlatego, że od kilku dni chodził za mną sernik z wiśniami, i proszę: jest piekarnik, jest sernik. Bardzo dobry zresztą, even if I do say so myself.

Tak więc: byłam na moment w Japonii, najadłam się dobrych rzeczy i obkupiłam w herbatę oraz niezbędną do życia elektronikę (iPod i słownik elektroniczny, hurra!). A teraz wróciłam, i okazało się, że moje opowiadanie zostało wyróżnione w pierwszej edycji Sherlockiady - konkurs, co prawda, bez nagród, ale po co komu nagrody? Fajnie, że się ludziom spodobało, i tyle: a Esther dziękuje się niniejszym za kopnięcie organizatorek konkursu w odpowiednie miejsce i nadanie sprawom odpowiedniego tempa... ;)

Poza tym: słucha się znowu więcej, bo iPod żyje, ogląda się Hannibala ze sporą przyjemnością i dreszczami na plecach, sprawdza się ostateczną wersję Da Ksionszki, i pisze się szeroko zakrojony fanfik we wszechświecie przypominającym siedemnastowieczne Karaiby. Takie lato to ja rozumiem...

Miłego czerwca Państwu życzę.

Saturday, 20 April 2013

Nie, nie jest źle. Jest całkiem nawet sympatycznie.

Wróciłam z Pragi, z wystawy Muchy i ze snucia się po mieście w żółtej sukience. Kończę malować przedpokój, potem jeszcze fototapeta i linie metra, i przyjadą rodzice, wiercić w ścianach i zwiedzać Muzeum Mydła i Brudu (nie, nie u mnie w kuchni - w Bydgoszczy).

IPod mi się popsuł - ze stu jedenastu GB dysku pozwala na wykorzystywanie niecałych dwóch. Całe szczęście, że jadę do Japonii na początku czerwca, prawda? ;) A potem dwukrotnie Szekspir w Anglii, Alex Kingston (czy ja się już tutaj rozpisywałam o Alex, czy jeszcze Wam tego oszczędziłam?) i David Tennant, i Cardiff, i obsesje, esy, floresy, fantasmagorie. I Toskania z rodzicami w międzyczasie, żeby morze i Siena i wreszcie, wreszcie święty spokój.

Poza tym - mam mętlik w głowie, uczę się szydełkować (na lewą rękę. Powodzenia.), i najchętniej podróżowałabym wszędzie, gdzie można. Takie to trochę jak 'biegnij, Lena, biegnij'.

No, to biegnę.

Friday, 8 March 2013

Idzie dysc...

Wpis nawiasami stojący.

Pogoda się zmienia. W sumie - nic dziwnego, marzec i tak dalej, ale przyznam szczerze, że mam DOŚĆ. Potrzebuję ciepła, i słońca, i przyjemnej aury do jazdy. (Aczkolwiek pochwalę się, że już mi samochód nie gaśnie - przyczyna problemu leżała, jak się okazuje, w rozpirzonej skrzyni biegów pojazdu "ćwiczebnego", a nie w mojej wyjątkowej oporności. Ha!)

Z braku ciepła generowanego przez gwiazdę, wspomagam się herbatą. (Z mlekiem sojowym, które zimą czyni absolutne cuda na niwie mojego organizmu.) Nie dalej jak wczoraj wryło mnie w ziemię przed półką z herbatami, ponieważ - cud nad cuda! - rzucili Twiningsa, w tysiącu odmian i rodzajów. (Niestety, Jedynego Słusznego Naparu nie uświadczysz: szczęściem znalazłam w sieci sklep, w którym można zamówić i rumianek/miód/wanilię, i opcję rumiankową z jabłkiem i przyprawami, i Yorkshire Tea, w opakowaniach do 400 torebek nawet. Wszystko to w rodzimej walucie, i przystępne cenowo. Coś mi się widzi, że zostawię u nich pewną sumę.) Podobnie BioActive. Ostatecznie ograniczyłam się do trzech paczek, ale cóż to za rozpusta! Twinings Earl Grey z zielonej herbaty - czysty, orzeźwiający i aromatyczny, chyba nawet lepszy od czarnego. Pokrzywa z pigwą, której oczyszczające działanie zamierzam wypróbować na mojej cerze, przechodzącej nieustanny detoks. I wreszcie: melisa z Ulungiem i melonem. Brzmi smakowicie: zdam relację, jak się napiję. A że dziś zamierzam postawić na trunki alkoholowe, to już insza inszość...

Czytam sobie aktualnie opasły tom korespondencji mailowej pomiędzy Russellem T. Daviesem i Benjaminem Cookiem. Piękna analiza procesu twórczego, źródło inspiracji i dodatkowych informacji o moim ostatnio ulubionym serialu. Miód na moje serce.

Aha, i remont zaczęłam. Powoli, we własnym rytmie, z towarzyszeniem komputera na stołku i popatrywaniem kątem oka na ekran. Tak to ja mogę pracować...

Wiosny Wam życzę, mili moi.

Friday, 15 February 2013

Będąc osobą przeziębioną...

...dobrze jest dysponować kubkiem do herbaty w kształcie TARDIS.
Kubek takowy wyposażony jest oto w pokrywkę (TARDIS powinna mieć dach, prawda?), dzięki czemu można w nim szybciutko przyrządzić, na ten przykład, napar z siemienia lnianego.
Taki smak/zapach z dzieciństwa, to siemię. Też tak macie?

Posiadanie wyżej wymienionego kubka nie wpływa jednak zasadniczo na poprawę komfortu życia osoby z przeziębieniem. W związku z powyższym - przemyśliwuję umówienie się na bańki. Bańki są dobre, choć podobno w dzisiejszych czasach dzieci w wieku przedszkolnym panicznie się ich boją. Biedactwa.

Dużo zdrowia Wam życzę, i wracam do pracy.

Tuesday, 22 January 2013

Nie lubię, jak się na mnie krzyczy.

Nawet jeżeli krzyk odbywa się wyłącznie za pośrednictwem artykułu w internecie (za link dziękuję Toroj).

Właściwie nie mam się tutaj czego wstydzić: z listy "trzydziestu książek które każda kobieta musi bezwzględnie (sic!) przeczytać przed trzydziestką", zaliczyłam siedemnaście pozycji. Siedem odhaczam jako "książki autorów, których styl mi nie odpowiada". Jedną mam na półce, cierpliwie czekającą na swoją kolej, która może kiedyś wreszcie nadejdzie. A o pięciu w ogóle nie słyszałam, i nie jest mi z tym faktem jakoś szczególnie źle. Zastanawia mnie jednak absolutna kategoryczność i pewność własnej nieomylności, z jaką twórcy (twórczynie?) listy potępiają w czambuł osoby nie znające polecanych przez nich/nie książek; również rozmieszczenie takich a nie innych pozycji na szczycie rankingu trochę mnie zafrapowało - czyżby znajomość losów Emmy B. naprawdę świadczyła tak dalece o intelektualnym wyrafinowaniu kobiety czytającej?... No i wypraszam sobie nazywanie mnie "kobietą w średnim wieku"! Toż ja ledwie z białych podkolanówek wyrosłam...

(A wczoraj dostałam od Sepulki Jedenastego Doktora - ze śrubokrętem - i Płaczącego Anioła: z lego. Niech żyją przyjaciele z dostępem do Forbidden Planet!... Nie, zdecydowanie nie jestem kobietą w tak zwanym średnim wieku.)
(Od wczoraj chodzę na kurs na prawo jazdy. Dzisiaj zrobiłam sobie test, według nowych zasad: i prawie zdałam! To teraz zostało już 'tylko' opanować to urządzenie, i wyruszyć na szosy. Mieszkańcom mojej metropolii zaleca się ukrycie piesków pokojowych i małych dzieci w domu - do odwołania.)

Friday, 18 January 2013

Dziwnie działa ten Tumblr. Ludzie zaczynają człowieka obserwować akurat wtedy, gdy człowiekowi odechciewa się cokolwiek pisać/umieszczać. No cóż.

Tymczasem: przyszły scenariusze z pierwszego sezonu Downton Abbey; zabieram je na weekend, szykując się na samotny wieczór w chacie pod lasem: kominek, koszula nocna, puchate skarpetki, las mroczny za oknem i Tawny w kieliszku. (Albo herbata gruszkowo-cynamonowa, nie jestem wybredna.) I książki.

I nic do jedzenia, bo ostatnio wszystko się na mnie marnuje. Ale walczymy. Trochę.


Wednesday, 9 January 2013

Julia Dream

Za dużo (co?!) starych Floydów. Rzuca mi się na mózg, niestety.

Na wątrobę też mi się coś rzuci, lada chwilę, lada dzień: jedyna nadzieja w tym, że Sepulka pojedzie pijać Guinnessa w najbardziej temu zajęciu sprzyjających okolicznościach przyrody, w związku z czym przestaniemy zwiedzać nowe knajpy w Mieście T. W ubiegły piątek odkryłyśmy kuchnię kreolską i uznałyśmy, że jest bardzo dobrze. W niedzielę poprawiłyśmy naszą opinię (komu chciałoby się gotować w święto?...) i doszłyśmy do wniosku, że to jest Nasze Nowe Miejsce - po czym wczoraj wylądowałyśmy DOKŁADNIE po drugiej stronie ulicy, w knajpie meksykańskiej. Wystrój, muzyka, jedzenie, shoty z tabasco: tres żenial. I jak tu żyć, proszę państwa, jak?...

(W ramach ratowania domowych budżetów, dziś nie idziemy na obiad - tylko na bilard, i piwo Murphy's.)

Żeby nie było, że tylko jem i piję ostatnio (mam wielką nadzieję, że ta czarna dziura kiedyś się wreszcie zamknie): czytać też mi się zdarza, i to bez specjalnych wpadek jakościowych. O PLO4 specjalnie wiele nie mam do powiedzenia: zdenerwowały mnie dłużyzny i błędy językowe, i zakończenie trochę też? Pewnie wrócę niedługo do poprzednich tomów dla czystej przyjemności obcowania z tym światem ZANIM autor zaczął odczuwać presję skończenia serii. Dla równowagi poczytałam sobie przy okazji przerwy świątecznej (w tych nielicznych chwilach, kiedy nie musiałam nikogo tłumaczyć/robić za przewodnika i niańkę w jednej osobie) Aktorki Maciejewskiego: piękne wywiady, wysoka kultura osobista autora, mnóstwo tytułów filmów i sztuk Teatru TV wynotowanych "for future reference". Za mało wiem o kobietach w polskim kinie, i trochę mnie to martwi. Trzeba będzie się poprawić.
Z rzeczy zupełnie świeżych: skończyłam Hyperiona, poczułam pilną potrzebę zapoznania się z Upadkiem, po czym otworzyłam pożyczone od Sepulki Czarne - i wsiąkłam. Jak skończę (a przeciągam sprawę niemiłosiernie, bo nie chce mi się porzucać tamtego świata), spróbuję pozbierać moje chaotyczne przemyślenia w mniej-więcej spójną całość. Trzymajcie kciuki.

Tymczasem zaś mam do napisania rozdział składający się w ośmiu dziewiątych z dialogów, i pomysł na rozwinięcie opka napisanego swego czasu na konkurs coperniconowy. Idę po kawę. Dobrej środy!