Przygotowuję się do zlecenia.
Czytam. Oglądam. Myślę.
Mam problemy ze snem, zapewne z powodu szaleństwa pod tytułem "Kompletna demolka łazienki, która może mnie nie zabije".
Wczoraj poszłam do miasta na wino chilijskie, zrobiona na Carrie Bradshaw. AJ twierdzi, że jestem - jednak! jednak! - bardziej Mirandą, i prosi, żebym się nie kłóciła z A., jak już będziemy razem. Bo jej się śniło, że byliśmy.
A jak zaczniecie się kłócić, grupa się rozpadnie...
Piękna abstrakcja.
Czytelniczo, w trakcie: Filary Ziemi Folletta, At Work Annie Leibovitz (wielbię bałwochwalczo); ostatnio - biografia Tomasza Beksińskiego, absolutnie niestrawna językowo.
Filmowo: White Nights, o którym nie mam sił pisać, bo powaliło mnie na kolana i nie pozwala wstać. Misza jest Miszą, a Helen... Helen pojawia się na ekranie, i wszystko inne traci na ważności. Wielka siła osobowości. I ciało, które wygrało tytuł Body of the Year. Czy mam komuś przypomnieć, że tej kobiecie bliżej już do siedemdziesiątki, niż do sześćdziesiątki?...
A w ramach wciągania P.T. Czytelników w moje obsesje: zdjęcie, które mam obecnie na tapecie, czyli Annie L. kontra Seks w wielkim mieście.
Showing posts with label helen mirren. Show all posts
Showing posts with label helen mirren. Show all posts
Wednesday, 3 August 2011
Tuesday, 12 April 2011
Dzisiejszy post sponsorują P.T. Czytelnicy :)
...albowiem zebrało mi się trochę komentarzy, na które wypadałoby odpowiedzieć. Zatem:
W temacie książkowym:
Tuszyńska wykonała w Oskarżonej... kawał dobrej roboty. Nie popadła we właściwy niektórym biografom syndrom fanatycznego uwielbienia dla przedmiotu swoich badań: zachowała rzeczowy obiektywizm, przedstawiła fakty, zadała sobie trud rozmowy z osobami, które brały bezpośredni udział w "koncercie nienawiści" wobec Wiery Gran. Ale mimo wszystko - nie jestem pewna, czy kupiłabym sobie tę książkę, gdybym nie miała możliwości przeczytać jej w ramach DKK. Coś mi tu nie pasuje, choć nie do końca wiem, co - Sepulka tak ma z Amberem, ja - z Wierą G. Ciekawostka.
W temacie kulinarnym:
Ptak w borówkach w wykonaniu niżej podpisanej składa się, jak sama nazwa wskazuje, z ptaka, którego najpierw moczy się w marynacie, a następnie poddaje obróbce cieplnej. Przy czym - o ile skład marynaty nie podlega zmianom, o tyle cała reszta: jak najbardziej.
Marynata składa się z borówek, takich ze słoika. Towarzyszyć im może, choć nie musi, tarnina do mięs (ewentualnie żurawina, równoważąca smak tejże). Prócz tego: ocet balsamiczny, kropla ciemnego sosu sojowego, odrobina oleju/oliwy, szczypiorek i młoda cebulka drobno skrojone. Suszona papryka porwana na kawałki - opcjonalnie. Soli się, będąc mną, nie dodaje - wychodzę z założenia, że zawsze można postawić na stole solniczkę. Tak przygotowaną marynatą pokrywa się ptaka: miałam okazję próbować i na cienkich plastrach piersi kurzęcej, i na kilogramowym filecie z indyka - sprawdza się tak samo dobrze, byle było jej sporo (w stosunku do mięsa).
Najlepiej zostawić jedno z drugim na noc w lodówce, w misce lub naczyniu żaroodpornym. Dnia następnego można odsączyć mięso z marynaty i rzucić na patelnię grillową - tak uczyniłam w domu z kurczakiem, pod koniec grillowania dodając grube plastry gruszki, na kilka minut zaledwie, żeby złapały ciepła. Można też ptaka w marynacie wstawić do piekarnika i piec do miękkości - tak zrobiłam indyka u rodziców. Pasuje do niego żurawina z chrzanu. Jeśli doda się sporo chrzanu, brak soli w dekokcie przestaje być odczuwalny nawet dla największych entuzjastów królowej przypraw.
Tak czy inaczej - smacznego!
A w ogóle to stwierdziłam, że coś za rzadko się pojawiam w blogosferze, i trzymam P.T. Czytelników w napięciu. Zatem - jeżeli nawet nie będę akurat miała nic ciekawego do powiedzenia (moje życie składa się ostatnio z pracy, pracy, i rzadkich okresów wytchnienia - jak choćby wielce uroczy miniony weekend), będzie dostawać ode mnie coś na pocieszenie (he, he, he).
Na pierwszy ogień pójdzie Helen. Bo nie mam wątpliwości, że sobie poradzi...:
Miłego popołudnia Wam życzę.
W temacie książkowym:
Tuszyńska wykonała w Oskarżonej... kawał dobrej roboty. Nie popadła we właściwy niektórym biografom syndrom fanatycznego uwielbienia dla przedmiotu swoich badań: zachowała rzeczowy obiektywizm, przedstawiła fakty, zadała sobie trud rozmowy z osobami, które brały bezpośredni udział w "koncercie nienawiści" wobec Wiery Gran. Ale mimo wszystko - nie jestem pewna, czy kupiłabym sobie tę książkę, gdybym nie miała możliwości przeczytać jej w ramach DKK. Coś mi tu nie pasuje, choć nie do końca wiem, co - Sepulka tak ma z Amberem, ja - z Wierą G. Ciekawostka.
W temacie kulinarnym:
Ptak w borówkach w wykonaniu niżej podpisanej składa się, jak sama nazwa wskazuje, z ptaka, którego najpierw moczy się w marynacie, a następnie poddaje obróbce cieplnej. Przy czym - o ile skład marynaty nie podlega zmianom, o tyle cała reszta: jak najbardziej.
Marynata składa się z borówek, takich ze słoika. Towarzyszyć im może, choć nie musi, tarnina do mięs (ewentualnie żurawina, równoważąca smak tejże). Prócz tego: ocet balsamiczny, kropla ciemnego sosu sojowego, odrobina oleju/oliwy, szczypiorek i młoda cebulka drobno skrojone. Suszona papryka porwana na kawałki - opcjonalnie. Soli się, będąc mną, nie dodaje - wychodzę z założenia, że zawsze można postawić na stole solniczkę. Tak przygotowaną marynatą pokrywa się ptaka: miałam okazję próbować i na cienkich plastrach piersi kurzęcej, i na kilogramowym filecie z indyka - sprawdza się tak samo dobrze, byle było jej sporo (w stosunku do mięsa).
Najlepiej zostawić jedno z drugim na noc w lodówce, w misce lub naczyniu żaroodpornym. Dnia następnego można odsączyć mięso z marynaty i rzucić na patelnię grillową - tak uczyniłam w domu z kurczakiem, pod koniec grillowania dodając grube plastry gruszki, na kilka minut zaledwie, żeby złapały ciepła. Można też ptaka w marynacie wstawić do piekarnika i piec do miękkości - tak zrobiłam indyka u rodziców. Pasuje do niego żurawina z chrzanu. Jeśli doda się sporo chrzanu, brak soli w dekokcie przestaje być odczuwalny nawet dla największych entuzjastów królowej przypraw.
Tak czy inaczej - smacznego!
A w ogóle to stwierdziłam, że coś za rzadko się pojawiam w blogosferze, i trzymam P.T. Czytelników w napięciu. Zatem - jeżeli nawet nie będę akurat miała nic ciekawego do powiedzenia (moje życie składa się ostatnio z pracy, pracy, i rzadkich okresów wytchnienia - jak choćby wielce uroczy miniony weekend), będzie dostawać ode mnie coś na pocieszenie (he, he, he).
Na pierwszy ogień pójdzie Helen. Bo nie mam wątpliwości, że sobie poradzi...:
Miłego popołudnia Wam życzę.
Friday, 11 March 2011
...i po odwyku.
Innymi słowy, odzyskałam dostęp do internetu w domu, po tym, jak udało mi się spalić dużego laptopa (zakupionego w Yamada Denki Amagi - wspomnienia, wspomnienia...), i przeżyć kilka dni w błogiej nieświadomości nieposiadania sterowników do modemu w netbooku. Hurra!
Poza tym, obejrzałam RED, i ponownie zapałałam żądzą poślubienia Helen Mirren. Girl can dream, jak powiedział House do Cuddy (czy mi się wydaje, czy najnowszy odcinek był niepokojąco wręcz dobry?). Plus, Karl Urban. I MLP. Mniam.
Z książkami też trafiam ostatnio wyjątkowo dobrze. Zimowy monarcha - takiego Merlina lubimy, proszę państwa, a że dodatkowo wszyscy inteligentni bohaterowie jeżdżą po Lancelocie jak po łysej kobyle? Przysłowiowy lukier na torcie. Historia smaku - przepyszna. I te wszystkie ciekawostki, rodem z Vincenta N.-M. (mój ulubiony squintern, aha!)... kto mógłby przypuszczać, na przykład, że Brazylia zdobyła sadzonki kawowców podstępem, wiążącym się między innymi z uwiedzeniem żony pewnego gubernatora? Są rzeczy między niebem i ziemią, itd., itp.
Prócz tego, panuje przyjemny spokój. Piszę list, na który ktoś czeka. Trzymam kciuki, żeby znajomym w Japonii nic się nie stało przy okazji wstrząsów wtórnych. I staram się zachować równowagę ciała, duszy i umysłu, bo pewien mądry człowiek powiedział mi, że od tego się wszystko zaczyna. I chyba miał rację.
Miłego weekendu.
EDYTKA mówi: No i w końcu się zatrzęsło, po dobrych kilku lat "życia na kredyt". Spodziewaliśmy się tego jeszcze za czasów mojego stypendium, o ile dobrze pamiętam.
Trzymam kciuki, Lolu jeszcze nie dała znaku życia.
Poza tym, obejrzałam RED, i ponownie zapałałam żądzą poślubienia Helen Mirren. Girl can dream, jak powiedział House do Cuddy (czy mi się wydaje, czy najnowszy odcinek był niepokojąco wręcz dobry?). Plus, Karl Urban. I MLP. Mniam.
Z książkami też trafiam ostatnio wyjątkowo dobrze. Zimowy monarcha - takiego Merlina lubimy, proszę państwa, a że dodatkowo wszyscy inteligentni bohaterowie jeżdżą po Lancelocie jak po łysej kobyle? Przysłowiowy lukier na torcie. Historia smaku - przepyszna. I te wszystkie ciekawostki, rodem z Vincenta N.-M. (mój ulubiony squintern, aha!)... kto mógłby przypuszczać, na przykład, że Brazylia zdobyła sadzonki kawowców podstępem, wiążącym się między innymi z uwiedzeniem żony pewnego gubernatora? Są rzeczy między niebem i ziemią, itd., itp.
Prócz tego, panuje przyjemny spokój. Piszę list, na który ktoś czeka. Trzymam kciuki, żeby znajomym w Japonii nic się nie stało przy okazji wstrząsów wtórnych. I staram się zachować równowagę ciała, duszy i umysłu, bo pewien mądry człowiek powiedział mi, że od tego się wszystko zaczyna. I chyba miał rację.
Miłego weekendu.
EDYTKA mówi: No i w końcu się zatrzęsło, po dobrych kilku lat "życia na kredyt". Spodziewaliśmy się tego jeszcze za czasów mojego stypendium, o ile dobrze pamiętam.
Trzymam kciuki, Lolu jeszcze nie dała znaku życia.
Labels:
books,
helen mirren,
pervy hobbit fancier mode
Wednesday, 22 July 2009
You know, I DID know that Go Fug Yourself was a good place to learn how one SHOULDN'T dress.
But I didn't realize that it was going to show me what I'd like to look like at sixty-something.
OMG, Helen. I adore thee.
But I didn't realize that it was going to show me what I'd like to look like at sixty-something.
OMG, Helen. I adore thee.
Subscribe to:
Posts (Atom)
