Showing posts with label snooker. Show all posts
Showing posts with label snooker. Show all posts

Monday, 2 May 2011

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni majowy -
dość drobny, lecz gęsty, zagłusza rozmowy;
kurtyną wilgoci okrywa ogrody
i moczy narzędzia, ogniska, z brzóz kłody
- to wszystko, co człowiek w beztroskim ferworze
w sobotę wieczorem zostawił na dworze,
by rankiem świątecznym, miast leżeć i kisnąć,
móc pielić, drwa rąbać, grillować z rodziną...
Cóż, plany się rypły - niedziela znów z głowy.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni majowy...


Obudziłam się wczoraj o wpół do ósmej rano z tym czymś w głowie, i nie udało mi się zasnąć, dopóki nie zeszłam na dół po pamiętnik i skrupulatnie wszystkiego nie zanotowałam. (Brakuje mi rymów dokładnych: wstyd!) Później słuchałam ścieżki dźwiękowej z gry Wiedźmin, i doszłam do wniosku, że byłby z tego fenomenalny pejzaż muzyczny do Silmarillionu, gdyby komukolwiek zachciało się sfilmować tę pozycję. Cały dzień pod znakiem Chwil wolności Virginii; wpadłam w rezonans z autorką, z którą mam o wiele za dużo wspólnego - czerpię z jej dzienników inspirację i przestrogę zarazem.

Zmusiłam mamę do obejrzenia fragmentu Downton Abbey na TVN Style (Alu! Wiedziałaś?!) - chyba zaskoczyło, i bardzo prawidłowo.

W sobotę byliśmy na Tuwimie dla dorosłych: na zmianę wyłam ze śmiechu, popadałam w zadumę i audiofilskie stany zachwycenia. A Bal w Operze z muzyką Możdżera jest po prostu... nie-do-o-pi-sa-nia. Polecam Państwu serdecznie: Teatr Roma, Scena Nova.

A teraz jestem sama w domu, popijam kawę z syropem Irish Cream, i czekam z utęsknieniem na trzecią sesję finałowego meczu MŚ w Sheffield. Judd Trump jest genialny, tyle Państwu powiem.

I miłego dalszego ciągu majówki życzę, pomimo niesprzyjającej aury...

Friday, 30 April 2010

Chyba mamy mysz pod kanapą. Ot, uroki posiadania kota-łowcy w środowisku wiejskim. Aha - informacja dla Ali: ja się jaszczurki nie bałam, mama bardziej - teraz zwierza już nie ma, podobno objawił się dzisiaj w przedpokoju i został wyproszony z domu na szufelce. Ale delikatnie, i żywy, co najważniejsze.

Wróciłam. Chwilowo mam dosyć wszelkich pociągów, zwłaszcza polskich. I głowa mnie boli po niecałym piwie, chyba ze zmęczenia. I jeszcze o niczym nie myślę. Na razie zachowuję się prawie jak kocica, która swego czasu kładła się na telewizorze (kineskopowym) i próbowała łapać bile snookerowe. Nie głaszczę, co prawda, ekranu, ale miło mi się ogląda, w półsennym amoku, jak Robertson ładnie prowadzi w półfinale mistrzostw.

A teraz powiem: dobranoc...

PS. Ainu ma bloga! :D

Monday, 26 April 2010

Pięknie jest raczej. Ciepło. Drzwi na taras otwarte. Kocica przyniosła jaszczurkę, jaszczurce udało się zwiać, i siedzi teraz gdzieś pod szafką na sprzęt RTV. O'Sullivan z Williamsem grają o ćwierćfinał Mistrzostw Świata, w przepięknym stylu zresztą, a ja mam nowego idola w tym sporcie, nazwiskiem Martin Gould. Polecam. Jest leniwie, słonecznie, spokojnie - z pominięciem irytacji, jaką wzbudza we mnie najświeższa decyzja brata ś.p. prezydenta, ale temu postaramy się jakoś przeciwstawić w stosownym miejscu i czasie. Nie ma sensu teraz gdybać ani wściekać się na rzeczywistość, boć to od tego jeno poziom kwasów żołądkowych człowiekowi wzrasta.

Wybywam jutro w podróż służbową, pociągiem - wracam w piątek, albo przynajmniej taką mam nadzieję, i ruszam do sadzenia roślin u państwa rodzicielstwa, spania na strychu i powstrzymywania myśliwskich zapędów zwierza domowego. Jak dla mnie, świetny plan na majówkę.

Dobrego tygodnia!



Ps. Obejrzawszy Jak wytresować smoka. Szkocki akcent! Ścieżka dźwiękowa! Animowane smoki!...

Idę dalej piszczeć z radości jak dzieciak.