Showing posts with label pan jeremi. Show all posts
Showing posts with label pan jeremi. Show all posts

Tuesday, 27 December 2011

Ostatnia naiwna.

Jakiż ten Smuteczek był uroczy... Panu Maciejowi Stuhrowi wielkie należą się podziękowania za powołanie do życia tak uroczego bytu. Oby się tylko nie okazało, że byt pobył chwileczkę i zaraz odszedł w nie-byt: skoro bowiem zebrało się tak zdolną i kreatywną ekipę, grzechem byłoby ją teraz rozpuścić na cztery i więcej wiatrów, czyż nie?

Tomasz Kot był dla mnie objawieniem w kategorii: Mężczyzna Wcześniej O Umiejętność Śpiewania Nie Podejrzewany, Śpiewa, I Czyni To Nad Wyraz Sprawnie. Ania Dąbrowska zaśpiewała O, Romeo!, wywołując u mnie nieodpartą potrzebę zwinięcia się w kłębek na jakimś parapecie, w towarzystwie koca, książki, i kubka kakao. Panowie Stuhr i Małecki prezentowali się nienagannie w surdutach i spodniach sztuczkowych, przyprawiając pierś moją o unoszenie się westchnieniami za dawno minionemi czasami męskiej elegancji w wydaniu proponowanym przez Szarmanta. I ten język... te piosenki... ten świat, przy którym (na którym?) się, poniekąd, wychowałam, i do którego wracam jak do domu.
Piękne, proszę Państwa, piękne.

Święta minęły mi poza tym na obsesyjnym czytaniu książek natury lekkiej i przyjemnej, napisanych smakowicie i o szybsze bicie serca mnie przyprawiających. W tej chwili pochłaniam wynurzenia globtroterskie panów Manna i Materny, ocierając co chwila łzy szczerego śmiechu - a w kolejce czeka Miłoszewski, i Prokop z Hołownią, i Niedźwiedź, który Esther do koperty nie mieści się.
I ręcznik cieplutki, kąpielowy dostałam. I smoczą ścierkę donaczynną. I drugi tom "Poczytaj mi, mamo", ten z opowieścią o zarozumiałej łyżeczce: tak, mili moi, mama kupiła mi skondensowaną wersję moich ulubionych bajek z dzieciństwa, których oryginały tata dawno temu wyniósł był na śmietnik (czego do dziś do końca przebaczyć mu nie mogę).
I odcinek świąteczny mojego pasjami ulubianego ostatnio serialu obejrzałam - i choć coś mi zgrzyta (ale nie wiem, co), bardzom rada, że pewne wątki zostały wreszcie doprowadzone do tego, co się wydaje końcem być szczęśliwym.

I jeszcze stada ozdobników, epitetów i neologizmów obudził ten Smuteczek w moim uśpionym rozumku - miejcie więc na uwadze, że będę Was nimi atakować przez czas jakiś. Wytrzymacie?...

Dobrej końcówki roku Wam życzę, i umykam do kina.

Saturday, 2 October 2010

Joanna podesłała mi to.

Taki mam trzepot serca w związku z tym, bardzo na tak, ale i trochę na nie, bo przecież rodziny, i dzieci, i zawsze ktoś cierpi w takim układzie, najczęściej - ktoś niewinny. Ale z drugiej strony jest miłość, i bycie razem na tak wielu płaszczyznach, że wszystko inne staje się nieważne. I może tak właśnie powinno być, żeby powstawały wszystkie te piosenki, wiersze i opowieści, od których boli nas w środku tak mocno, mocno, w sam raz.

Ta akurat piosenka wcale nie musi być o Tym. Ale mogłaby.


A teraz włączę sobie "Zielono mi".