Showing posts with label life through a lens. Show all posts
Showing posts with label life through a lens. Show all posts

Monday, 18 August 2014

Pojechałam do Rygi.

Przez Warszawę, nie przez Ząbkowice Śląskie, mogą Państwo przestać uśmiechać się znacząco pod nosem. W grudniu roku ubiegłego PLL Lot szarpnęły się na First Minute, skutkiem czego bilet powrotny na drugi sierpniowy weekend kosztował jedyne 122 złotych polskich. Takie okazje to my z ojcem lubimy... a że spośród trzech republik bałtyckich mieliśmy dotąd zaliczoną wyłącznie Litwę, daliśmy się ponieść szaleństwu.

Element przygody negatywnej z pozytywnym zakończeniem pojawił się już na samym początku. Na weekend ryski wybyłam właściwie z marszu po dwutygodniowych delegacjach, byłam zmęczona i nie chciałam, żeby ludzie chodzili mi nocą po głowie - w związku z czym zamieniłam sobie rezerwację łóżka w pokoju czteroosobowym w hostelu w centrum miasta na jedynkę w tejże lokalizacji, ponieważ mogłam (i zgodziłam się na 78 euro za ten luksus. Cha, cha, cha...). Rodzice mieli zamieszkać w 'apartamencie' - prywatnym mieszkaniu w podwórzu jednej z kamienic na ryskiej Pradze, i zapłacić za dwie noce sumę niższą, niż mój potencjalny rachunek w hostelu - ale to już zupełnie insza inszość. Co się okazało: po dziesięciu minutach oczekiwania przy recepcji hostelu (i telefonie do kierownika), pojawił się (jak sen złoty) młody człowiek o cokolwiek anemicznym usposobieniu, który poinformował mnie zdawkowo, że 'wystąpił u nich problem overbookingu', w związku z czym na pierwszą noc to on może mi zaproponować miejsce w sali sześcioosobowej za większą sumę, a co do drugiej nocy, to się zobaczy.

Na takie dictum odpowiedziałam wykonaniem telefonu do firmy Booking, z uprzejmą prośbą o bezkosztowe anulowanie mojej rezerwacji, zanim rozmażę mózg młodego człowieka na ścianie. Panienka w Bookingu niezwłocznie przystąpiła do dzieła - chyba miałam w głosie coś... specyficznego.
Następnie pojechałam z rodzicami 'na kwaterę', dopomóc w zakwaterowaniu i ewentualnie obadać, czy dałoby się coś wykombinować w sprawie dodatkowego noclegu. Dało się. Olbrzymi materac, przywieziony przez właściciela i rzucony na podłogę w aneksie kuchennym, kosztował mnie DZIESIĘĆ euro za DWIE noce. Fuck you, hostel people.

Ryga jest... intrygująca. Tam, gdzie mieszkaliśmy (kilka przystanków trolejbusem od starówki), klimat przypomina skrzyżowanie warszawskiej Pragi, łódzkich Chojen i żyrardowskiego Trójkąta Bermudzkiego przy Chopina (nawet umiejscowienie komendy policji się zgadzało). Stare Miasto - przepiękne, pełne turystów (promy transatlantyckie cumują przy nabrzeżu na wschodnim brzegu Dźwiny i wypuszczają z gardzieli mrowie turystów, łażących gdziebądź między frustrująco pięknymi kamienicami), pachnące kminkiem i kuszące mnogością gatunków lokalnego piwa. Dzielnica art nouveau (które po tamtejszemu nazywa się Riga Jugendstile) wywołała u mnie potok soczystych wyrazów nieparlamentarnych (lub właśnie wprost przeciwnie). Na tyłach dworca kolejowego trafiliśmy na bliźniaka Prezentu Od Dziadzi Stalina, jaki wznosi się w centrum miasta naszego stołecznego - oraz na cztery hale, które onegdaj służyły jako hangary dla zeppelinów, a obecnie mieszczą kramy i lady wypełnione wszelką dobrocią. Takich, na przykład, węgorzy nie widziałam nigdy w życiu - zaśliniłam się jak dziecko, i tylko gorący placek chleba uzbeckiego był w stanie zatkać mi paszczę na tyle, że przestałam rozważać wywóz ryb w bagażu rejestrowanym (albo i podręcznym. Byłam mocno zdeterminowana). Komunikacja miejska rozwiązana bardzo przyzwoicie - bilet trzydniowy na wszystkie tramwaje, autobusy i trolejbusy (łącznie z połączeniem z/na lotnisko) kosztuje siedem euro, i można z nim dojechać właściwie wszędzie. Ceny porównywalne do polskich: choć, na przykład, piwo na starówce zdecydowanie tańsze, niż w analogicznej knajpie w Warszawie. Zjeść można dużo, dobrze i tanio - chociażby w barze Pielmieni XL, gdzie pierogi (z kurczakiem, jagnięciną, serem na ostro, wieprzowiną lub warzywami) płaci się na wagę. Trzy porcje pierogów oraz dwie chłodnika z botwinki kosztowały nas 6,10 EUR - z czego chłodnik stanowił 3,20. O czarnym chlebie z kminkiem nie będę się wypowiadać, bo nie chcę drażnić ślinianek P.T. Czytelników. Jedyną złą stroną Rygi jest prawdopodobnie to, że klimat tamtejszy nie pozwala na uprawę winorośli: ale nic to, poczekamy, idzie wielkie ocieplenie...

Na zakończenie - zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Się poleca się destynację Ryga - może w tym roku LOT rzuci Tallin?...





















Friday, 23 May 2014

A recherche du Vivian Maier*

Miałam napisać notkę o tym, jak wszystkie moje długoterminowe plany biorą w łeb (nie pojedziesz do Poznania na Noc Świętojańską, chociaż umówiłaś się ze znajomymi z zagranicy pół roku temu - w zamian za to spędzisz długi weekend w samolotach, żeby przetłumaczyć jedno trzygodzinne spotkanie w Japonii i wrócić następnego dnia), ale nic to, nie będę oblewać internetów żółcią własną. Szkoda tylko, że w ten sposób moje wakacje w tym roku zostały okrojone do dwóch dni w Rydze na początku sierpnia (bo tak poza tym to, cytując post z Twarzoksiążki, planując tegoroczny urlop zajrzałam na swoje konto i zdałam sobie sprawę, że nie jestem zmęczona). Nic to, mówi się trudno, płacze się w poduszkę z bezsiły i działa się spontanicznie, zanim biczowata karma zdąży się uruchomić.

Spontaniczny był więc mój wtorkowy wypad na Szukając Vivian Maier, o którym to filmie dowiedziałam się dokładnie dwa dni wcześniej. Historię kobiety, która pozostawiła po sobie sto pięćdziesiąt tysięcy negatywów i mnóstwo pytań bez odpowiedzi ogląda się jak znakomity thriller, a zdjęcia Vivian są po prostu niesamowite. Najlepszy pomysł tygodnia, methinks - i to nawet przy założeniu, że w niedzielę rodzice wyciągnęli mnie do Myślęcinka, gdzie zeszliśmy cały ogród botaniczny i zoo z fauną polską, w którym warchlaki biegają luzem po alejkach a na wydry można patrzeć godzinami. A jutro wybieram się na Teorię wszystkiego Terry'ego Gilliama, coby uciec przed burzą: skoro w końcu udało mi się zebrać w sobie i umyć okna, to przecież MUSI popadać, prawda?...

A Szanownemu Państwu życzę pogody wewnętrznej i zewnętrznej, i kłaniam się nisko.




* Mam nadzieję, że tak się to pisze, ja, francuska niemowa. Tytuł francuskiej wystawy zdjęć Vivian mignął mi na ekranie przez ułamek sekundy, ale był piękny, dlatego więc o.

Wednesday, 24 April 2013

W Dniu Nieprawdopodobnego Astronauty obejrzałyśmy z A. ostatni odcinek Broadchurch, który kompletnie nami pozamiatał, po czym odreagowałyśmy robiąc to, co obie lubimy: A. wykonując mi Prawdopodobnie Najlepszy Makijaż Jaki Miałam Na Sobie EVER, ja - pozując do zdjęć.






Broadchurch, mimo pozamiatania, polecam. Szczególnie z powodu Davida i Olivii.

Monday, 29 October 2012

No i po kompocie.

A raczej: po jesieni.
Wczoraj jeszcze włóczyliśmy się z W. po cmentarzu, robiąc zdjęcia liściom i słońcu - a dziś już wyciągnęłam z szafy cieplejszy płaszcz, i zamieniłam zwiewną apaszkę w kolorze TARDIS blue na wełniany szalik w szkocką kratkę. A świat jest biały od szadzi.

W tym miejscu ciekawostka: słownik wielojęzyczny pokazuje mi kilka angielskich odpowiedników słowa 'szron' (white/silver forst, hoarfrost, rime), jedno francuskie słowo na 'szadź' (givre), i nie znajduje czegoś takiego jak 'zamróz'. Ha.

Cóż więcej? Stara bieda, chciałoby się powiedzieć. Ojcu znowu udało się doprowadzić mnie do łez (z cyklu: Rzeczy Które Się Robi O Wpół Do Pierwszej W Nocy Z Soboty Na Niedzielę). Zaburzenia łaknienia sobie są, i raczej nie chcą się oddalić. Mam powiększony węzeł chłonny zupełnie bez powodu. Przeczytałam Sonety Szekspira, i jestem mocno rozczarowana tłumaczeniem - oryginał za to wciąż przyprawia mnie o dreszcze. Od wczoraj jestem na nowo utopiona w Kate Fox, i mruczę z radości. (A propos mruczenia: Miya się znalazła, po dwóch miesiącach: uduszę ją, jak tylko przyjadę do domu.) Książki są dobre, proszę Państwa. Cała reszta jest... średnia.

A zdjęcie moich paznokci zrobił W., oczywiście.

Monday, 2 July 2012

Wypada powiedzieć, że jutro wieczorem umykam do domu, i znikam na kolejny tydzień, nie przyjmując do wiadomości zmian zachodzących w mojej metryce.

Wypada również dodać, że onegdaj obejrzałam wreszcie The Best Exotic Marigold Hotel, i spłakałam się jak dzieciak, bo było to piękne doznanie. Wczoraj natomiast poszłam na Nietykalnych, i też było świetnie, mądrze i zabawnie i bez owijania pewnych rzeczy w bawełnę.

A poza tym: czytam Dukaja, śni mi się w te gorące, parne noce niejaki pan B. C. (bardzo niechętnie się wstaje z łóżka po takim śnie), a po powrocie ze Szkocji zamierzam zrobić własny aparat typu "pinhole". Z papieru. Nawet nie pytajcie... ;)))

Dobrego tygodnia, mili moi.

Monday, 25 June 2012

Nadchodzi taki czas...

...w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej skasować tej pisaniny.
A potem spływa na człowieka spokój i zen, i już się nie myśli o głupotach.

Zen bywa niekiedy zakłócany przez czynnik zewnętrzne: dla naprzykładu, przez Złodzieja Dusz niejakiej Anety J. Pozycja ta nie trafia na listę ostatnio przeczytanych, albowiem staram się jak najszybciej o niej zapomnieć: czego jak czego, ale MarySue'izmu nie lubimy, i krzywimy się na jego widok jak dzieci zmuszane do spożywania oleju rycynowego. Poza tym, doprawdy: w dialogach można używać różnych znaków przestankowych, nie tylko przecinka (w dodatku nie zawsze występującego we właściwym miejscu, ale tutaj już kłaniam się nisko paniom korektorkom, i szczerzę zęby - bynajmniej nie w uśmiechu)! Pani doktor (in spe?) filologii polskiej powinna chyba wiedzieć takie rzeczy?...

Zainspirowało mnie to do czytania rzetelnie skonstruowanych dzienników, tudzież do dopisania pewnej ostatniej sceny i pracy nad pewnym tekstem. Albowiem nie powinnam osądzać, dopóki sama czegoś nie opublikuję, nespa? A wredota moja przyrodzona wierci się i domaga uwagi. Toteż: koniec z wymówkami, proszę państwa, bierzemy się do galopu.

Kiedyś w końcu trzeba. Ma się, ostatecznie, te prawie-trzydzieści lat...

To ja idę pisać. A Państwu zostawiam zdjęcie morza w Sopocie, Bessą zrobione.


Friday, 11 May 2012

Notka, która powinna była się tu pojawić przedwczoraj po południu, ale internet w hotelu zrobił mi wbrew.

Siedzenie godzinami na wystawie technologicznej prawdopodobnie mogłoby doprowadzić mnie do szaleństwa, gdyby nie ebooki – i tych kilkoro ludzi, którzy zatrzymują się przy naszym stanowisku i wywracają mój świat cokolwiek do góry nogami.

Zatem: skończyłam wreszcie Bliznę Mieville’a, i jestem absolutnie oczarowana. Złożoność intrygi, jej wielowymiarowość, i cała idea Armady: no, piękne to było, psze państwa, piękne po prostu. Następną „papierówką”, którą napocznę, będzie zdecydowanie The Iron Council.

Dziś natomiast zabawiam się z trzecim tomem przygód Harry’ego Dresdena, Grave Peril. Przepływa przeze mnie bez sprzeciwu, taka sobie bajeczka o duchach i koszmarach. Czyli: typowy Butcher, rozrywka nie wymagająca ode mnie refleksji ani zaangażowania emocjonalnego. Zostawiam to dla „papierówki” czekającej w hotelu: The Minority Council pani Kate Griffin (mniam!).

Spotkania z ludźmi: przez półtora dnia nie dzieje się nic, a potem nagle podchodzi do ciebie facet, który wygląda jak Leonard Hofschtatter circa 2032, i zaczyna wypytywać o możliwość dostarczenia gotowych rozwiązań do projektu, nad którym pracuje.

W CERN-ie.

Przy Wielkim Zderzaczu Hadronów.

Wciąż jeszcze nie jestem w stanie pozbierać szczęki z podłogi.

Podobna rozmowa z przedstawicielem Czerwonego Krzyża to tylko wisienka na torcie. Tak myślę.


…Oczywiście, gdybym mogła wybierać, rzuciłabym to wszystko w cholerę i wróciła do Berlina. Berlin jest ładny. Proszę zresztą obejrzeć: na zdjęciach, które zrobiłam moim  maleństwem, średnioformatowym Voigtlanderem Bessą z 1938 roku – wywołanych w kuchni Mel w przenośnej ciemni wielkości termosu.







Jestem z siebie cokolwiek dumna, i właśnie pracuję nad trzecim filmem w mojej „karierze”: red scale. Zobaczymy, co z tego wyjdzie…

Tuesday, 4 October 2011

Pani Zofia Nasierowska zmarła wczoraj.

Monday, 8 August 2011

"Pis of szit! nie tendy, nie tendy!"

Czyli: w sobotę pojechaliśmy do Chamska w towarzystwie Czesia-Nawigatora. I z muzyką Pidżamy Porno w uszach. Powiadam Wam - ubaw był po pachy.

Ślub i wesele też bardzo w porządku, jeśli nie liczyć moich obolałych dłoni (ciekawostka: zaczęło się, owszem, od bólu nadgarstków, a później zeszło w palce, i tam zostało) i skrzypiącego kręgosłupa. Nie złamałam wymogów diety aż tak okropecznie. Może trochę za mało (dużo za mało) tańczyłam, ale co robić - w pracy byłam, prawda?
I chyba nawet mi wyszło to zlecenie. Zobaczymy, jak skończę obróbkę.
Wróciliśmy (już inni "my") w atmosferze narzekania, pouczania i ogólnego niezadowoleństwa z życia. Dotarłam do domu około wpół do czwartej, i padłam. Wczoraj starczyło mi siły jedynie na przejrzenie pierwszych stu (z tysiąca czterystu) zdjęć, przeczytanie kilku stron jednej z książek, które próbuję skończyć, i upieczenie ryby na dietetyczny obiad. W przerwach między tymi czynnościami dryfowałam w półśnie - i jeszcze bym pospała, ale nie bardzo mogę.

Za to od soboty będę intensywnie - choć krótko - wypoczywać, i wdychać jod. Jej!

PS. Zamówiłam panel prysznicowy i glazurę - największe szarpnięcie za kieszeń. Teraz będzie już tylko lepiej.

Wednesday, 3 August 2011

Life through a lens

Przygotowuję się do zlecenia.
Czytam. Oglądam. Myślę.

Mam problemy ze snem, zapewne z powodu szaleństwa pod tytułem "Kompletna demolka łazienki, która może mnie nie zabije".

Wczoraj poszłam do miasta na wino chilijskie, zrobiona na Carrie Bradshaw. AJ twierdzi, że jestem - jednak! jednak! - bardziej Mirandą, i prosi, żebym się nie kłóciła z A., jak już będziemy razem. Bo jej się śniło, że byliśmy.
A jak zaczniecie się kłócić, grupa się rozpadnie...
Piękna abstrakcja.


Czytelniczo, w trakcie: Filary Ziemi Folletta, At Work Annie Leibovitz (wielbię bałwochwalczo); ostatnio - biografia Tomasza Beksińskiego, absolutnie niestrawna językowo.
Filmowo: White Nights, o którym nie mam sił pisać, bo powaliło mnie na kolana i nie pozwala wstać. Misza jest Miszą, a Helen... Helen pojawia się na ekranie, i wszystko inne traci na ważności. Wielka siła osobowości. I ciało, które wygrało tytuł Body of the Year. Czy mam komuś przypomnieć, że tej kobiecie bliżej już do siedemdziesiątki, niż do sześćdziesiątki?...


A w ramach wciągania P.T. Czytelników w moje obsesje: zdjęcie, które mam obecnie na tapecie, czyli Annie L. kontra Seks w wielkim mieście.

Monday, 11 July 2011

Epickość, ulotność, i inne -ści

Let's swim to the moon
Let's climb through the tide
Penetrate the evenin' that the
City sleeps to hide

Let's swim out tonight, love
It's our turn to try
Parked beside the ocean
On our moonlight drive


Zlot był, jak można się domyślić, prześwietny. Jedyną jego złą stroną była długość, a raczej krótkość. W przyszłym roku obstawiam siedem (w porywach do jedenastu) dni.

Nie przypominam sobie, żeby mi się kiedykolwiek wcześniej zdarzyło dostać czkawki ze śmiechu trzy razy pod rząd.
Ani żeby trzeba się było modlić do duchów internetu o zasięg.
Ani żeby parskana kalarepa, ostry sos paprykowy, "czyraki" (żywy, nieżywy, i zombie) oraz wyrażenie "Bynajmniej ubierz swetr!" awansowały tak wysoko na liście rzeczy, od których poprawia mi się humor.

Poza tym: porozmawiałam z kilkoma osobami na tematy poważne i niepoważne. Oparzyłam sobie plecy w czerwonego smoka. Dałam sobie wyprzeć z mózgu (przynajmniej trochę) anty-asertywność, za co bardzo dziękuję Pewnej Wiewiórce.

I w ogóle - było fajnie. Gdybym mogła, wróciłabym sobie na przykład do piątkowego popołudnia/wieczoru, i tam już została. Czas mógłby sobie płynąć, jak chce, oby to czynił beze mnie.


Albowiem dziś, w dniu skądinąd bardzo przyjemnie rozpoczętym, okazało się, że wspomniany w poprzedniej notce człowiek wcale nie zamierza się z kimkolwiek godzić. On zaprosił do siebie wdowę po swoim przyjacielu z młodości nie po to, żeby poprosić ją o wstawiennictwo u jej córki i zięcia, którzy są zarazem jego synową i synem. Nie po to, żeby - jeśli tak trudno jest mu się przyznać do błędu - choćby spróbować wypracować jakiś punkt odniesienia, grunt do rozmowy. Do kompromisu, jeśli nie do zgody. Nie, moi drodzy. Nic z tych rzeczy.
Ten człowiek miał pretensje. Nie podobało mu się, mianowicie, że przez te wszystkie lata, kiedy pomiatał swoim synem i jego rodziną, teściowie rzeczonego syna nie utrzymywali z nim kontaktów towarzyskich. Że nie przychodzili na herbatę i ploteczki.
Zawezwał więc matkę mojej matki, żeby na nią... może nie dosłownie nawrzeszczeć, bo człowiek umierający nie bardzo ma chyba siłę podnosić głos, ale coś mocno zbliżonego w wymowie i charakterze.
A mój tata, zmęczony, sponiewierany, i bardzo, bardzo dzielny, spacerował wokół budynku szpitala, z nadzieją, że jego teściowa zadzwoni i powie mu: Twój ojciec chciałby się z tobą pogodzić przed śmiercią.

Chciałabym móc teraz wzruszyć ramionami i powiedzieć, że wykreślam tego człowieka (człowieka?!) z mojego życia raz na zawsze - ale nie potrafię. Może nadal mam cień nadziei: nie ze względu na mnie, ale z powodu taty. Może jednak nie jestem aż tak doszczętnie zepsuta i podła.

A może po prostu nawet na to nie mam już siły.

Tuesday, 15 February 2011

Na tysiąc pieszczot w głąb

Okazuje się, że można spędzić wieczór w niezwykle przyjemny sposób, odnajdując pewien zagubiony tomik poezji, słuchając muzyki z YT i czytając Glena Cooka. Jestem na "tak".

W niedzielę skończyłam biografię Nasierowskiej. Na pulpicie domowego laptopa mam teraz portret Barbary Brylskiej jej autorstwa: prosty, stonowany, graficznie piękny. Naczytałam się o takiej fotografii, w której cuda w rodzaju redukcji zmarszczek, cieni pod oczami czy innych niedoskonałości twarzy modelki dokonywało się (w przypadku Nasierowskiej - w sposób doskonały) jedynie przy użyciu oświetlenia i odpowiednich technik wywoływania negatywu: i uważam, że współcześnie jest po prostu za łatwo. Co nie oznacza, że gorzej. Za łatwo.

Poza tym - żyję w ciągłym napięciu i kołowrocie. Zanadto się wszystkim przejmuję. "To tylko praca", mówi moja mama, a ja nie potrafię się wyłączyć, odciąć, odseparować od źródła negatywnych emocji. I tak się to wszystko we mnie nawarstwia i spiętrza - i kiedyś w końcu runie w drabiazgi, jak się mawiało u mnie w domu.

Ale póki co, się trzymam. Czego i Wam życzę.

Monday, 19 July 2010

Rzeczy, którymi się cieszę:

1. Wycieczka na Kanał Elbląski. Polecam każdemu, przeżycie absolutnie niepowtarzalne (strasznie sztampowo to brzmi. Argh).
2. Wilde, film z 1997 roku. Pośladkom Michaela Sheena mówimy zdecydowane TAK. A poza tym... Zoe Wanamaker!
3. Klaudia, która zrobi mi w sobotę paznokcie. Żelowe.
4. "Gdzie oni wszyscy jadą?! - Na Grunwald...", czyli motyw przewodni minionej soboty (i owszem, tak, wiem, że powinno się powiedzieć: "Dokąd...").
5. Śliwki w czerwonym pieprzu, z imbirem i lodami, czyli Zajazd pod Kłobukiem welcome to.
6. Nowa tunika. Z dekoltem. Bardzo.
7. Jakość zdjęć, które robiłam ze statku na Kanale. Trochę jestem z siebie dumna, o.

Rzeczy, z których się nie cieszę:

1. Czerwony, piekący pasek na karku. Niedokładnie rozsmarowany bloker (faktor 60) to nie jest to, co nam się podoba.
2. Wyjazd służbowy rozpoczynający się jutro. Rozkład zmienia się jak w kalejdoskopie.
3. Stan mojego konta.
4. Ewidentny obłęd, w jaki pani McCullough popadła przed napisaniem Emancypacji Mary Bennet. I tak jej już zostało.

Dobrego tygodnia Wam życzę, i odlatuję.

Wednesday, 2 June 2010

Dobra, poddaję się: nie napiszę tej notki, choćbyście mi wtykali ostre przedmioty we wrażliwe punkty na ciele. Zamiast tego, daję Wam link: tu są zdjęcia. I z góry przepraszam, ale nie mam siły na więcej.

Miłego długiego weekendu Państwu życzę.
A na swój już się cieszę :))))

Tuesday, 30 March 2010

Młodemu odpadł pierwszy strup. Do Pucharu Świata jeszcze pięć dni, może zdąży się podleczyć i jakoś wyglądać. Mówi, że go specjalnie nie boli - to już coś. Po telefonie, rzecz jasna, ani śladu.

Z przyjemniejszych akcentów: w sobotę miałam przyjemność fotografować przedstawienie "Snu nocy letniej" (oryginalna wersja językowa) w wykonaniu teatru studenckiego Spinning Globe. Bardzo interesujące doświadczenie, jeszcze raz poproszę. Może w przyszłym roku...

Tymczasem, coby nie myśleć o przypadkach Młodego i nie powtarzać w głowie całego znanego mi repertuaru przekleństw, zrobiłam sobie test podebrany od Mari. Wyniki mówią same za siebie...

Twój typ osobowości:
Ludzie o tym typie charakteru określani są mianem “siła spokoju”, oryginalni i wrażliwi. Zazwyczaj wykonują swoja prace do końca. Posiadają duże wyczucie w stosunku do innych ludzi. Dbają o sferę własnych uczuć. Maja dobrze rozwinięty system wartości, którego mocno się trzymają. Szanuje się ich za wierność własnym ideałom. W życiu są najczęściej indywidualistami. Rzadko dowodzą, czy naśladują innych.
Zawody które mogłyby do Ciebie pasować obejmują:
Doradcy, duchowni, misjonarze, nauczyciele, lekarze, dentyści, kręgarze, psycholodzy, psychiatrzy, pisarze, muzycy, artyści, wróżbici, fotografowie, opiekunowie do dzieci, pedagodzy, bibliotekarze, handlowcy, naukowcy, pracownicy społeczni.

Jutro składam podanie na stomatologię, a po ukończeniu studiów jadę leczyć zęby dzieciom z krajów Trzeciego Świata, nie ma co...

Friday, 19 February 2010

D5000

Już jest. I jest piękny. A w zasadzie piękna, bo to w końcu kobieta powinna być. Jeszcze nie ustaliłyśmy, jak jej na imię - na razie poznajemy się powoli, dzięki ściągniętej z sieci instrukcji w cywilizowanym języku (sklep, nie wiedzieć czemu, przysłał tylko wersję niemiecką).

Trzyma mnie to przy życiu, do spółki z dwudziestoma ośmioma tabletkami nowego typu (pięć grup kolorystycznych!), brytyjskim sitcomem pt. Empty (Billy! Billy! Billy!...) oraz serią filmików dokumentalnych/behind the scenes - Merlin: Magic and Secrets. I jeszcze - z pożyczonym z biblioteki Piekłem pocztowym.

No, to jadę do domu dobrze zaopatrzona. Niech no tylko skończę pracę ;)

Tuesday, 1 September 2009



Kiss me beneath the milky twilight
Lead me out on the moonlit floor
Lift your open hand
Strike up the band and make the fireflies dance
Silver moon's sparkling...

Sunday, 26 July 2009

No i stało się.

Wednesday, 17 June 2009

Zdjęcia

Te same, co i na flickrze - bo jestem z nich najbardziej zadowolona :)

Hamernia o świcie - w drodze na lotnisko.
Hamernia, 5 am

W drodze na poniedziałkową kolację.
Barri Gothic at dusk

Artystka przy Rambli.
street art on La Rambla de Santa Monica

Kontrast mi się spodobał... oraz Tilda, oczywiście ;)
opposites attract

...a temu panu się nie chce...
Barcelona_004 /bored mode on

WIEM, że nieostre. Takie mi się podoba. Zrobione z dachu autobusu turystycznego, podobnie jak dwa poprzednie.
Barcelona_003

-Wiesz - powiedział Jordan, wyskakując z autobusu i z ulgą zapalając papierosa - ten cały Gaudi miał w sumie dobry pomysł, tylko z wykonaniem gorzej: już po stu latach muszą ją remontować...

Barcelona_002 - waiting for the bus

Barcelona_001

Monday, 30 March 2009

Jadąc w ten weekend do domu postanowiłam, że nie będę sobie łamać kręgosłupa pod ciężarem książek *I* aparatu - a książki zabrać musiałam - wskutek czego zaprzyjaźniłam się z cyfrówką mojego Dziadka.

Docięte ręcznie. W dwóch przypadkach nieznacznie poprawiony kontrast.

life and death, reunited

morning dew

...lubię ten aparat :)