Przez Warszawę, nie przez Ząbkowice Śląskie, mogą Państwo przestać uśmiechać się znacząco pod nosem. W grudniu roku ubiegłego PLL Lot szarpnęły się na First Minute, skutkiem czego bilet powrotny na drugi sierpniowy weekend kosztował jedyne 122 złotych polskich. Takie okazje to my z ojcem lubimy... a że spośród trzech republik bałtyckich mieliśmy dotąd zaliczoną wyłącznie Litwę, daliśmy się ponieść szaleństwu.
Element przygody negatywnej z pozytywnym zakończeniem pojawił się już na samym początku. Na weekend ryski wybyłam właściwie z marszu po dwutygodniowych delegacjach, byłam zmęczona i nie chciałam, żeby ludzie chodzili mi nocą po głowie - w związku z czym zamieniłam sobie rezerwację łóżka w pokoju czteroosobowym w hostelu w centrum miasta na jedynkę w tejże lokalizacji, ponieważ mogłam (i zgodziłam się na 78 euro za ten luksus. Cha, cha, cha...). Rodzice mieli zamieszkać w 'apartamencie' - prywatnym mieszkaniu w podwórzu jednej z kamienic na ryskiej Pradze, i zapłacić za dwie noce sumę niższą, niż mój potencjalny rachunek w hostelu - ale to już zupełnie insza inszość. Co się okazało: po dziesięciu minutach oczekiwania przy recepcji hostelu (i telefonie do kierownika), pojawił się (jak sen złoty) młody człowiek o cokolwiek anemicznym usposobieniu, który poinformował mnie zdawkowo, że 'wystąpił u nich problem overbookingu', w związku z czym na pierwszą noc to on może mi zaproponować miejsce w sali sześcioosobowej za większą sumę, a co do drugiej nocy, to się zobaczy.
Na takie dictum odpowiedziałam wykonaniem telefonu do firmy Booking, z uprzejmą prośbą o bezkosztowe anulowanie mojej rezerwacji, zanim rozmażę mózg młodego człowieka na ścianie. Panienka w Bookingu niezwłocznie przystąpiła do dzieła - chyba miałam w głosie coś... specyficznego.
Następnie pojechałam z rodzicami 'na kwaterę', dopomóc w zakwaterowaniu i ewentualnie obadać, czy dałoby się coś wykombinować w sprawie dodatkowego noclegu. Dało się. Olbrzymi materac, przywieziony przez właściciela i rzucony na podłogę w aneksie kuchennym, kosztował mnie DZIESIĘĆ euro za DWIE noce. Fuck you, hostel people.
Ryga jest... intrygująca. Tam, gdzie mieszkaliśmy (kilka przystanków trolejbusem od starówki), klimat przypomina skrzyżowanie warszawskiej Pragi, łódzkich Chojen i żyrardowskiego Trójkąta Bermudzkiego przy Chopina (nawet umiejscowienie komendy policji się zgadzało). Stare Miasto - przepiękne, pełne turystów (promy transatlantyckie cumują przy nabrzeżu na wschodnim brzegu Dźwiny i wypuszczają z gardzieli mrowie turystów, łażących gdziebądź między frustrująco pięknymi kamienicami), pachnące kminkiem i kuszące mnogością gatunków lokalnego piwa. Dzielnica art nouveau (które po tamtejszemu nazywa się Riga Jugendstile) wywołała u mnie potok soczystych wyrazów nieparlamentarnych (lub właśnie wprost przeciwnie). Na tyłach dworca kolejowego trafiliśmy na bliźniaka Prezentu Od Dziadzi Stalina, jaki wznosi się w centrum miasta naszego stołecznego - oraz na cztery hale, które onegdaj służyły jako hangary dla zeppelinów, a obecnie mieszczą kramy i lady wypełnione wszelką dobrocią. Takich, na przykład, węgorzy nie widziałam nigdy w życiu - zaśliniłam się jak dziecko, i tylko gorący placek chleba uzbeckiego był w stanie zatkać mi paszczę na tyle, że przestałam rozważać wywóz ryb w bagażu rejestrowanym (albo i podręcznym. Byłam mocno zdeterminowana). Komunikacja miejska rozwiązana bardzo przyzwoicie - bilet trzydniowy na wszystkie tramwaje, autobusy i trolejbusy (łącznie z połączeniem z/na lotnisko) kosztuje siedem euro, i można z nim dojechać właściwie wszędzie. Ceny porównywalne do polskich: choć, na przykład, piwo na starówce zdecydowanie tańsze, niż w analogicznej knajpie w Warszawie. Zjeść można dużo, dobrze i tanio - chociażby w barze Pielmieni XL, gdzie pierogi (z kurczakiem, jagnięciną, serem na ostro, wieprzowiną lub warzywami) płaci się na wagę. Trzy porcje pierogów oraz dwie chłodnika z botwinki kosztowały nas 6,10 EUR - z czego chłodnik stanowił 3,20. O czarnym chlebie z kminkiem nie będę się wypowiadać, bo nie chcę drażnić ślinianek P.T. Czytelników. Jedyną złą stroną Rygi jest prawdopodobnie to, że klimat tamtejszy nie pozwala na uprawę winorośli: ale nic to, poczekamy, idzie wielkie ocieplenie...
Na zakończenie - zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Się poleca się destynację Ryga - może w tym roku LOT rzuci Tallin?...
Element przygody negatywnej z pozytywnym zakończeniem pojawił się już na samym początku. Na weekend ryski wybyłam właściwie z marszu po dwutygodniowych delegacjach, byłam zmęczona i nie chciałam, żeby ludzie chodzili mi nocą po głowie - w związku z czym zamieniłam sobie rezerwację łóżka w pokoju czteroosobowym w hostelu w centrum miasta na jedynkę w tejże lokalizacji, ponieważ mogłam (i zgodziłam się na 78 euro za ten luksus. Cha, cha, cha...). Rodzice mieli zamieszkać w 'apartamencie' - prywatnym mieszkaniu w podwórzu jednej z kamienic na ryskiej Pradze, i zapłacić za dwie noce sumę niższą, niż mój potencjalny rachunek w hostelu - ale to już zupełnie insza inszość. Co się okazało: po dziesięciu minutach oczekiwania przy recepcji hostelu (i telefonie do kierownika), pojawił się (jak sen złoty) młody człowiek o cokolwiek anemicznym usposobieniu, który poinformował mnie zdawkowo, że 'wystąpił u nich problem overbookingu', w związku z czym na pierwszą noc to on może mi zaproponować miejsce w sali sześcioosobowej za większą sumę, a co do drugiej nocy, to się zobaczy.
Na takie dictum odpowiedziałam wykonaniem telefonu do firmy Booking, z uprzejmą prośbą o bezkosztowe anulowanie mojej rezerwacji, zanim rozmażę mózg młodego człowieka na ścianie. Panienka w Bookingu niezwłocznie przystąpiła do dzieła - chyba miałam w głosie coś... specyficznego.
Następnie pojechałam z rodzicami 'na kwaterę', dopomóc w zakwaterowaniu i ewentualnie obadać, czy dałoby się coś wykombinować w sprawie dodatkowego noclegu. Dało się. Olbrzymi materac, przywieziony przez właściciela i rzucony na podłogę w aneksie kuchennym, kosztował mnie DZIESIĘĆ euro za DWIE noce. Fuck you, hostel people.
Ryga jest... intrygująca. Tam, gdzie mieszkaliśmy (kilka przystanków trolejbusem od starówki), klimat przypomina skrzyżowanie warszawskiej Pragi, łódzkich Chojen i żyrardowskiego Trójkąta Bermudzkiego przy Chopina (nawet umiejscowienie komendy policji się zgadzało). Stare Miasto - przepiękne, pełne turystów (promy transatlantyckie cumują przy nabrzeżu na wschodnim brzegu Dźwiny i wypuszczają z gardzieli mrowie turystów, łażących gdziebądź między frustrująco pięknymi kamienicami), pachnące kminkiem i kuszące mnogością gatunków lokalnego piwa. Dzielnica art nouveau (które po tamtejszemu nazywa się Riga Jugendstile) wywołała u mnie potok soczystych wyrazów nieparlamentarnych (lub właśnie wprost przeciwnie). Na tyłach dworca kolejowego trafiliśmy na bliźniaka Prezentu Od Dziadzi Stalina, jaki wznosi się w centrum miasta naszego stołecznego - oraz na cztery hale, które onegdaj służyły jako hangary dla zeppelinów, a obecnie mieszczą kramy i lady wypełnione wszelką dobrocią. Takich, na przykład, węgorzy nie widziałam nigdy w życiu - zaśliniłam się jak dziecko, i tylko gorący placek chleba uzbeckiego był w stanie zatkać mi paszczę na tyle, że przestałam rozważać wywóz ryb w bagażu rejestrowanym (albo i podręcznym. Byłam mocno zdeterminowana). Komunikacja miejska rozwiązana bardzo przyzwoicie - bilet trzydniowy na wszystkie tramwaje, autobusy i trolejbusy (łącznie z połączeniem z/na lotnisko) kosztuje siedem euro, i można z nim dojechać właściwie wszędzie. Ceny porównywalne do polskich: choć, na przykład, piwo na starówce zdecydowanie tańsze, niż w analogicznej knajpie w Warszawie. Zjeść można dużo, dobrze i tanio - chociażby w barze Pielmieni XL, gdzie pierogi (z kurczakiem, jagnięciną, serem na ostro, wieprzowiną lub warzywami) płaci się na wagę. Trzy porcje pierogów oraz dwie chłodnika z botwinki kosztowały nas 6,10 EUR - z czego chłodnik stanowił 3,20. O czarnym chlebie z kminkiem nie będę się wypowiadać, bo nie chcę drażnić ślinianek P.T. Czytelników. Jedyną złą stroną Rygi jest prawdopodobnie to, że klimat tamtejszy nie pozwala na uprawę winorośli: ale nic to, poczekamy, idzie wielkie ocieplenie...
Na zakończenie - zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Się poleca się destynację Ryga - może w tym roku LOT rzuci Tallin?...

















