Showing posts with label pink floyd. Show all posts
Showing posts with label pink floyd. Show all posts

Wednesday, 13 July 2011

Piosenka tygodnia

Because I can.
Pink Floyd, One Slip, z mojej absolutnie ulubionej płyty - "A Momentary Lapse Of Reason".
How friggin' appropriate.

Thursday, 28 April 2011

Ziew.

Trochę mi nudno, no.
Nawet Dzienniki Virginii Woolf na to nie pomagają.
W ramach walki z ogólną beznadzieją, kupiłam sobie wściekle różowy tiszert z żółwikiem w okularach, i napisem "Turtelly Nerdy". Może pomoże...
Do mojego nastroju wybitnie pasuje więc ten oto utwór:


Miłego weekendu Wam życzę!

Thursday, 18 February 2010

Monday, 1 February 2010

Przyyyszło! I jest śliczne!

(Moje DVD z Władcy, znaczy się. Matko droga, jest przepotwornym nerdem. Przy czym uwaga: słowo "przepotworny" zostaje podkreślone przez edytor jako błąd, ale "nerd" już nie. Ha!)

Czwartkowy koncert był absolutnie zachwycający. Dwadzieścia utworów, w większości moich bardzo ulubionych (Take It Back! Kto by pomyślał...), dwie i pół godziny czystego, organicznego grania. No, pięknie, pięknie, jak mawiał Pan Kleks. Po koncercie nastąpił weekend: babeczki żurawinowe produkcji własnej, rozpijanie nalewek (dziadkowych i moich), wieszanie w oknach szaliczków ze sklepu indyjskiego (bo nie lubię firanek), kompletnie zaburzony cykl dobowy i przesypianie całych popołudni. Feeria snów, półświadome mieszanie wszystkiego ze wszystkim. Takie sobie dwa dni dla naładowania baterii. Bardzo, bardzo pozytywny czas dla siebie.

A we środę jadę do Wiednia!

Tuesday, 26 January 2010

Dziękczynienie optymisty.

Może nie ze wszystkim się zgadzam tak na dobre i do końca, ale... idea jest dobra.

Dziękuję za:
bałagan, który muszę posprzątać po imprezie - bo to oznacza, że mam przyjaciół;
podatki, które muszę zapłacić - ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony;
trawnik, który muszę skosić, okna, które trzeba umyć i rynny, które wymagają naprawy - bo to oznacza, że mam dom;
ubranie, które jest troszeczkę za ciasne - bo to oznacza, że mam co jeść;
cień, który patrzy, kiedy pracuję - bo to to oznacza, że jestem na słońcu;
ciągłe narzekanie na rząd - ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa;
duży rachunek za ogrzewanie - bo to oznacza, że jest mi ciepło;
panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem - ponieważ to oznacza, że słyszę;
stosy rzeczy do prania i prasowania - bo to oznacza, że moi ukochani są blisko;
budzik, który odzywa się każdego ranka - ponieważ to oznacza, że żyję;
zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia - bo to oznacza, że byłem aktywny.

Nie zapomnieć mi o tym, jak mawiała pewna łuczniczka.

Zwłaszcza kiedy tak wiele rzeczy wali mi się na łeb.

Przedłużony weekend zaczął się bardzo przyjemnie: jadąc do ubezpieczyciela wysiadłam przystanek za wcześnie, i maszerowałam sobie raźno w dramatycznym mrozie i pięknym słońcu, wdychając zapachy z Nestle, w którym jak raz wypiekano Chocapic. Człowiek otwierał usta, i czuł się, jakby jadł czekoladę. Mniam.

Zostawiłam ubezpieczycielowi mnóstwo pieniędzy, po czym pognałam do empiku, zakupić bilet na the Australian Pink Floyd Show w Bydgoszczy. Kompletny spontan: telefon od A. w czwartek wieczorem; "Jedziesz?" "Jak kupię bilet, to jadę..." - no więc jadę, i jestem przeszczęśliwa. Choć pusty śmiech mnie ogarnia na myśl o tym, jak historia lubi się powtarzać.

Piątkowy wieczór spędziłyśmy z Honey (od której przywędrowało Dziękczynienie) w górnym barze Hard Rock Cafe (bo tam się nie pali), pijąc drinki bezalkoholowe, bo na nic innego nie było nas stać. Przez większość czasu wyłyśmy ze śmiechu. Kolejne spotkanie, połączone z melanżem, również w stolicy - albo w Domu Na Wsi - albo w Tantrze toruńskiej (gdzieśmy onegdaj odkryli shota pod tytułem Płonący Szerszeń - Wściekły Pies wychodzi chyłkiem tylnym wyjściem, z ogonem między nogami, panie i panowie). Następnie, po wielu perypetiach, dotarłam do domu.

-Nie lubię was - oświadczyłam rodzicom na widok ich opalenizny. Nie lubię, i już. Może mi się odmieni w maju, jak mnie wezmą z sobą do Szwajcarii. Może.

W sobotę zadzwoniła sąsiadka. "Jesteś w domu? Poszedł pion centralnego ogrzewania, a zawory są w twojej piwnicy..." Taak. Ostatecznie problem naprawiono wczoraj późnym popołudniem, bo przecież nie mogłam się rozerwać i pofrunąć połową ciała z powrotem do T. Tymczasem udałam się do Ł., i przez kolejne 24 godziny intensywnie zagryzałam usta, żeby nie wybuchnąć. Płaczem, gniewem, wrzaskiem - czy to nie wszystko jedno?

Innymi słowy, minął rok. Od roku nie ma ze mną jednego z ludzi, których kocham najbardziej. Ciężko jest.

W niedzielę po mszy odwiedziła nas ciotka, najmłodsza siostra babci. "Śnił ci się już twój mąż?"
-On mi się nie chce przyśnić - powiedziała z wyrzutem babcia.
-Mnie się śni, i znajduje mi kota - to mama.
-Mnie śni się co najmniej raz na dwa tygodnie - to ja.
-Może trzeba go dobrze wspominać, żeby się przyśnił? - tata. - Nie powinnaś, babcia, tak ciągle na niego narzekać. Pamiętać trzeba te dobre rzeczy.
-Taak... ale echa tych innych rzeczy mi przeszkadzają.
-Przecież masz problemy ze słuchem? - mama. - Przestań słuchać tych ech!
Może gdyby to zrobiła, coś by się poprawiło. Tymczasem jest, jak jest, a ja mam zjedzone całe wnętrze ust.

A mój iPod zaliczył wczoraj kolejny upadek z wysokości, po czym postanowił odmówić współpracy. Trudno się mówi. Może mu przejdzie - jeśli nie, trzeba będzie nabyć nowy. I nie rzucać nim z wysokości.



Tak się to wszystko plecie, K3G normalnie. Dlatego odcinam się od złych energii, pustych kalorii i zawistnych myśli. Łudzę się, że zamarzam w lepszego człowieka. Może, może. Dosyć tego; wracam do pewnej krótkiej formy, o którą swego czasu prosiła mnie Tenel. Do zobaczenia.

Miłego popołudnia, drodzy.

Friday, 29 May 2009

Just a couple of links, brought to us courtesy of my LJ F-List.

新月組「エリザベート」初日ダイジェスト. Can't say anything about Masaki's voice (hard to judge her just upon one "Kitsch!"), but of all the others, Kiriyan's the only one whose singing does not upset my stomach. Asako has (blessed) moments when she forgets her singing manner, and actually sounds good. All in all, a giant 'blah'.

Neil and cats. Love Pod's expression, a brilliant manifestation of my attitude towards life.

And PhD Comics. The awesomeness of it takes my breath away.

In other news, I'm off to cook a dinner for a friend tonight. Sweet. Promise to stay away from coctails this time...



ETA -- a motto for this crazy week:

I was spending my time in the doldrums
I was caught in the cauldron of hate
I felt persecuted and paralyzed
I thought that everything else would just wait
While you are wasting your time on your enemies
Engulfed in a fever of spite
Beyond your tunnel vision reality fades
Like shadows into the night

To martyr yourself to caution
Is not going to help at all
Because there'll be no safety in numbers
When the Right One walks out of the door

Can you see your days blighted by darkness?
Is it true you beat your fists on the floor?
Stuck in a world of isolation
While ivy grows over the door

So I open my door to my enemies
And I ask could we wipe the slate clean
But they tell me to please go fuck myself
You know you just can't win

Monday, 2 February 2009

"Jack, ich fliege!", albo skutki oglądania "Milionerów"

No, dobrze, przyznaję się: cytacik z niemieckiej ścieżki dźwiękowej filmu o katastrofie wielkiego statku padł dopiero w fazie rozchichotania, w jaką wpadłyśmy z Han-chan w niedzielę wczesnym popołudniem. Rozchichotanie miało sporo wspólnego z faktem, że siostra Han-chan jest tak samo zakręcona na punkcie pewnej zniewalającej, sześćdziesięcioletniej blondynki jak ja („Nowy film? Co to jest, i czemu nie gra w nim Meryl Streep?”). Drogą luźnych skojarzeń przeszłyśmy z Prime, które obie pokochałyśmy żarliwie stosunkowo niedawno, na Mamma Mię i jej czeski dubbing (zahaczając o nieprawidłowe tłumaczenia terminologii żeglarskiej), a stamtąd już blisko było do Rose i Jacka na dziobie cholernego transatlantyka.

Uwielbiam moich przyjaciół. Również za wielogodzinne przesiadywanie w Meze na Ratajczaka, i rozmowę telefoniczną przez okno pociągu. Stęskniłam się, no.

Tymczasem poprzedni wieczór pościęcony był spożywaniu drinków biorących swój początek w idei francuskiej rapid railway (Tequila, Gin, Vodka), która to okoliczność nie dla wszystkich zakończyła się super-fantastycznie. Ale powtarzam: było mi szalenie miło, uśmiałam się jak wariatka, i chociaż plan zakładający spicie mnie nie został do końca zrealizowany, spędziłam naprawdę uroczy wieczór z kochanymi ludźmi. Dziękuję raz jeszcze Jo, Państwu W. oraz Lisom.

A w piątek umarłam, i poszłam do akustycznego raju.

Niektórzy ludzie wyszli jeszcze przed końcem ostatniego kawałka ze Ściany, bo im się zdawało, że będą kolejki w szatni. Głupi ludzie. Bisy (MIĘDZY INNYMI Shine On You Crazy Diamond, The Great Gig In The Sky, One Of These Days i Wish You Were Here) trwały dobrze ponad godzinę. I powiem Wam – zwłaszcza tym, którzy nabijali się ze mnie bezlitośnie we czwartek – było cudownie. Mam w tej chwili galopującą fazę na Empty Spaces. Mrrr-ha.

Noch ein mal, bitte.

Friday, 19 December 2008

I have always been here
I have always looked out from behind the eyes
It feels like more than a lifetime
Feels like more than a lifetime
Sometimes I get tired of the waiting
Sometimes I get tired of being in here
Is this the way it has always been?
Could it ever have been different?
Do you ever get tired of the waiting?
Do you ever get tired of being in there?
Don't worry, nobody lives forever,
Nobody lives forever

I will always be in here
I will always look out from behind these eyes
It's only a lifetime
It's only a lifetime
It's only a lifetime

Tuesday, 18 November 2008

Monday, 17 November 2008

Comfortably Numb

Przełożyłam jutrzejsze spotkanie w agencji nieruchomości na przyszły tydzień. Muszę sobie wszystko dokładnie przemyśleć.

Proszę ze mną nie rozmawiać o ostatnim weekendzie. Kominek jest fajną rzeczą – to jedyny komentarz, na jaki mnie w tej chwili stać.

Popełniłam za to drobny shodogai, i zakupiłam sobie bilet na The Australian Pink Floyd, koncert w Bydgoszczy. Wiadomo, to nie to samo, co oryginał, ale zobaczenie pełnej wersji The Wall, z animacjami, makietami i wszystkim, znajduje się dość wysoko na liście moich życiowych marzeń. Kupno mieszkania natomiast powolutku z niej spada. W każdym razie – kupno za pośrednictwem tej konkretnej agencji. Argh.

Friday, 19 September 2008

jean paul gaultier nie pasuje do mojej skory tak jak burberry.

w pracy pusto. zdejmuje buty, chodze boso po dywanie, slucham muzyki, ktorej nie wolno sluchac kiedy panowie sa w biurze. timonium, the past within the past. boli mnie glowa, chce wyrzucic lampe dajaca brzydkie, zimne swiatlo, komputer, telefon, ipoda, wszystko, polozyc sie w moim pokoju sprzed dziesieciu lat, rip 2002, i sluchac "a momentary lapse of reason" do przesytu, czyli trzy doby.

pulsowanie w skroniach. zabierzcie mnie do domu.

Wednesday, 17 September 2008

The Great Gig In The Sky

I haven't known until a moment ago.

And if the cloud bursts, thunder in your ear
You shout and no one seems to hear.
And if the band you're in starts playing different tunes
I'll see you on the dark side of the moon.


Rest in peace, Richard.