Miałam napisać notkę o tym, jak wszystkie moje długoterminowe plany biorą w łeb (nie pojedziesz do Poznania na Noc Świętojańską, chociaż umówiłaś się ze znajomymi z zagranicy pół roku temu - w zamian za to spędzisz długi weekend w samolotach, żeby przetłumaczyć jedno trzygodzinne spotkanie w Japonii i wrócić następnego dnia), ale nic to, nie będę oblewać internetów żółcią własną. Szkoda tylko, że w ten sposób moje wakacje w tym roku zostały okrojone do dwóch dni w Rydze na początku sierpnia (bo tak poza tym to, cytując post z Twarzoksiążki, planując tegoroczny urlop zajrzałam na swoje konto i zdałam sobie sprawę, że nie jestem zmęczona). Nic to, mówi się trudno, płacze się w poduszkę z bezsiły i działa się spontanicznie, zanim biczowata karma zdąży się uruchomić.
Spontaniczny był więc mój wtorkowy wypad na Szukając Vivian Maier, o którym to filmie dowiedziałam się dokładnie dwa dni wcześniej. Historię kobiety, która pozostawiła po sobie sto pięćdziesiąt tysięcy negatywów i mnóstwo pytań bez odpowiedzi ogląda się jak znakomity thriller, a zdjęcia Vivian są po prostu niesamowite. Najlepszy pomysł tygodnia, methinks - i to nawet przy założeniu, że w niedzielę rodzice wyciągnęli mnie do Myślęcinka, gdzie zeszliśmy cały ogród botaniczny i zoo z fauną polską, w którym warchlaki biegają luzem po alejkach a na wydry można patrzeć godzinami. A jutro wybieram się na Teorię wszystkiego Terry'ego Gilliama, coby uciec przed burzą: skoro w końcu udało mi się zebrać w sobie i umyć okna, to przecież MUSI popadać, prawda?...
A Szanownemu Państwu życzę pogody wewnętrznej i zewnętrznej, i kłaniam się nisko.
* Mam nadzieję, że tak się to pisze, ja, francuska niemowa. Tytuł francuskiej wystawy zdjęć Vivian mignął mi na ekranie przez ułamek sekundy, ale był piękny, dlatego więc o.
Spontaniczny był więc mój wtorkowy wypad na Szukając Vivian Maier, o którym to filmie dowiedziałam się dokładnie dwa dni wcześniej. Historię kobiety, która pozostawiła po sobie sto pięćdziesiąt tysięcy negatywów i mnóstwo pytań bez odpowiedzi ogląda się jak znakomity thriller, a zdjęcia Vivian są po prostu niesamowite. Najlepszy pomysł tygodnia, methinks - i to nawet przy założeniu, że w niedzielę rodzice wyciągnęli mnie do Myślęcinka, gdzie zeszliśmy cały ogród botaniczny i zoo z fauną polską, w którym warchlaki biegają luzem po alejkach a na wydry można patrzeć godzinami. A jutro wybieram się na Teorię wszystkiego Terry'ego Gilliama, coby uciec przed burzą: skoro w końcu udało mi się zebrać w sobie i umyć okna, to przecież MUSI popadać, prawda?...
A Szanownemu Państwu życzę pogody wewnętrznej i zewnętrznej, i kłaniam się nisko.
* Mam nadzieję, że tak się to pisze, ja, francuska niemowa. Tytuł francuskiej wystawy zdjęć Vivian mignął mi na ekranie przez ułamek sekundy, ale był piękny, dlatego więc o.

