Showing posts with label a pill to make you numb. Show all posts
Showing posts with label a pill to make you numb. Show all posts

Friday, 23 May 2014

A recherche du Vivian Maier*

Miałam napisać notkę o tym, jak wszystkie moje długoterminowe plany biorą w łeb (nie pojedziesz do Poznania na Noc Świętojańską, chociaż umówiłaś się ze znajomymi z zagranicy pół roku temu - w zamian za to spędzisz długi weekend w samolotach, żeby przetłumaczyć jedno trzygodzinne spotkanie w Japonii i wrócić następnego dnia), ale nic to, nie będę oblewać internetów żółcią własną. Szkoda tylko, że w ten sposób moje wakacje w tym roku zostały okrojone do dwóch dni w Rydze na początku sierpnia (bo tak poza tym to, cytując post z Twarzoksiążki, planując tegoroczny urlop zajrzałam na swoje konto i zdałam sobie sprawę, że nie jestem zmęczona). Nic to, mówi się trudno, płacze się w poduszkę z bezsiły i działa się spontanicznie, zanim biczowata karma zdąży się uruchomić.

Spontaniczny był więc mój wtorkowy wypad na Szukając Vivian Maier, o którym to filmie dowiedziałam się dokładnie dwa dni wcześniej. Historię kobiety, która pozostawiła po sobie sto pięćdziesiąt tysięcy negatywów i mnóstwo pytań bez odpowiedzi ogląda się jak znakomity thriller, a zdjęcia Vivian są po prostu niesamowite. Najlepszy pomysł tygodnia, methinks - i to nawet przy założeniu, że w niedzielę rodzice wyciągnęli mnie do Myślęcinka, gdzie zeszliśmy cały ogród botaniczny i zoo z fauną polską, w którym warchlaki biegają luzem po alejkach a na wydry można patrzeć godzinami. A jutro wybieram się na Teorię wszystkiego Terry'ego Gilliama, coby uciec przed burzą: skoro w końcu udało mi się zebrać w sobie i umyć okna, to przecież MUSI popadać, prawda?...

A Szanownemu Państwu życzę pogody wewnętrznej i zewnętrznej, i kłaniam się nisko.




* Mam nadzieję, że tak się to pisze, ja, francuska niemowa. Tytuł francuskiej wystawy zdjęć Vivian mignął mi na ekranie przez ułamek sekundy, ale był piękny, dlatego więc o.

Friday, 15 February 2013

Będąc osobą przeziębioną...

...dobrze jest dysponować kubkiem do herbaty w kształcie TARDIS.
Kubek takowy wyposażony jest oto w pokrywkę (TARDIS powinna mieć dach, prawda?), dzięki czemu można w nim szybciutko przyrządzić, na ten przykład, napar z siemienia lnianego.
Taki smak/zapach z dzieciństwa, to siemię. Też tak macie?

Posiadanie wyżej wymienionego kubka nie wpływa jednak zasadniczo na poprawę komfortu życia osoby z przeziębieniem. W związku z powyższym - przemyśliwuję umówienie się na bańki. Bańki są dobre, choć podobno w dzisiejszych czasach dzieci w wieku przedszkolnym panicznie się ich boją. Biedactwa.

Dużo zdrowia Wam życzę, i wracam do pracy.

Monday, 12 November 2012

Życie jest sceną, czy coś w tym rodzaju.

Tytuł zainspirowany Anną Kareniną: miałam poważne obawy względem tego filmu, ale obronił się w bardzo dobrym stylu. Fakt, Jude Law jako Karenin jest zdecydowanie zbyt przystojny, Wroński (rocznik '90 WTF?) ma na głowie jajecznicę a Keira jakoś mnie specjalnie nie rzuciła na kolana - ale scenariusz, i kostiumy, i konwencja w jakiej podano widzowi całość, i Michelle Dockery (Lady Mary Crawley, ladies and gentlemen), Olivia Williams oraz rzesza aktorów mniej-pierwszoplanowych (nie będę ich obrażać degradacją do drugiego planu) robią swoje.

Tak więc: polecam. Idźcie, zobaczcie, niech tylko wejdzie do kin. Myśmy się z Sepulką załapały na pokaz przedpremierowy, z czego bardzom zadowolniona. Mniam.

Co jeszcze? Węzeł chłonny napędził mi stracha: szczęściem nie jest to masa zwyrodniałych komórek, a jedynie wyjątkowo męcząca infekcja. Obyło się bez gronkowców i paciorkowców: cieszmy się z małych rzeczy, tak? Ale co się nadenerwowałam przy okazji długiego weekendu, to moje...

W ubiegłym tygodniu spłodziłam plus-minus 16 tysięcy słów, które podobno komuś pomogły, a komuś innemu (wielu 'komusiom') poprawiły humor. Przypłaciłam to ostrym atakiem depresji w nocy z soboty na niedzielę (CO JA MAM Z TYMI SOBOTAMI?!), i ogólnie króliczym (patrz poniżej) samopoczuciem.




Ale jest nieźle. Stos dobrych rzeczy, stos złych rzeczy, i żadne z nich nie znoszą tych przeciwnych: ale na tym polega życie, prawda? (Jak powiedział Doktor do Amy w odcinku o Vincencie Van Goghu...)

Prócz tego: nowa Musierowicz średnia, chyba lepsza niż poprzednia, ale absolutnie bez szału. Kate Fox - bardzo pouczająca, i obnażająca mój przedziwny snobizm. Aktualnie The Blind Assassin Margaret Atwood: piękne, piękne, bolesne, piękne - i o mamo moja, to jest książka o River i Doktorze. Trzymajcie mnie...

Dobrego poniedziałku!

Monday, 29 October 2012

No i po kompocie.

A raczej: po jesieni.
Wczoraj jeszcze włóczyliśmy się z W. po cmentarzu, robiąc zdjęcia liściom i słońcu - a dziś już wyciągnęłam z szafy cieplejszy płaszcz, i zamieniłam zwiewną apaszkę w kolorze TARDIS blue na wełniany szalik w szkocką kratkę. A świat jest biały od szadzi.

W tym miejscu ciekawostka: słownik wielojęzyczny pokazuje mi kilka angielskich odpowiedników słowa 'szron' (white/silver forst, hoarfrost, rime), jedno francuskie słowo na 'szadź' (givre), i nie znajduje czegoś takiego jak 'zamróz'. Ha.

Cóż więcej? Stara bieda, chciałoby się powiedzieć. Ojcu znowu udało się doprowadzić mnie do łez (z cyklu: Rzeczy Które Się Robi O Wpół Do Pierwszej W Nocy Z Soboty Na Niedzielę). Zaburzenia łaknienia sobie są, i raczej nie chcą się oddalić. Mam powiększony węzeł chłonny zupełnie bez powodu. Przeczytałam Sonety Szekspira, i jestem mocno rozczarowana tłumaczeniem - oryginał za to wciąż przyprawia mnie o dreszcze. Od wczoraj jestem na nowo utopiona w Kate Fox, i mruczę z radości. (A propos mruczenia: Miya się znalazła, po dwóch miesiącach: uduszę ją, jak tylko przyjadę do domu.) Książki są dobre, proszę Państwa. Cała reszta jest... średnia.

A zdjęcie moich paznokci zrobił W., oczywiście.

Monday, 24 September 2012

Pozor na majtki, i Ex-TEA-minate.

Byłam-ci ja na Bałkanach, mili moi.
Bałkany są, w rzeczy samej, piękne. I tanie. I winnonośne. I morze tam występuje, Czarne w dodatku, z falami i algami i meduzami, i prawdziwymi plażami, a nie jakimś cholernym żwirem. I mówią/piszą tam po rosyjsku, który to język mam, okazuje się, zakodowany na poziomie molekularnym: uruchomił się automatycznie. (Z ciekawostek lingwistycznych: w Macedonii używa się cyrylicy, plus normalnego "J". Nie wiedziawszy. Ha.) A w Bratysławie nocowaliśmy w tym samym hotelu co banda wesołych Szkotów, którzy zaszokowali stateczną panią w recepcji swoim przywiązaniem do tradycji: stąd ostrzeżenie o bieliźnie osobistej. Wężykiem, wężykiem...

Zaliczyłam tylko jeden epizod ostrej depresji, na plaży w Słonecznym Brzegu, żeby było weselej. Od powrotu jest gorzej, doszły rozczarowania natury osobistej, zaginięcie mojego kota (mojego - w opozycji do znajdy przygarniętej przez matkę) i babcia na kardiologicznym OIOM-ie. (Wiesz, że oglądasz za dużo Ostrego dyżuru, gdy jedynym skrótem przychodzącym ci na myśl jest C-ICU...) W sobotę przyjemniej: poszłyśmy z Sepulką na sushi i napotkałyśmy czajnikowego Daleka zaczajonego na stoliku. Nie dałyśmy się zniszczyć, choć było blisko (dużo sushi za pół ceny = dwie bardzo najedzone whovianki). Wczoraj pakowanie, niewesołe rozważania, cztery tysiące słów machnięte tylko po to, żeby nie zacząć wyć lub rzucać się po pokoju.

A dziś znowu wyjeżdżam. Rozbita, potłuczona, zziębnięta wewnętrznie i zewnętrznie - na dwa tygodnie.
Po powrocie pokażę Wam trochę zdjęć. Analogowych, bo tak.
Tymczasem - dobrej jesieni, Mili Moi.

Wednesday, 15 August 2012

"Gra o tron" a sprawa polska

(Ta notka bierze się z nudów zaistniałych z okazji chorowania na anginę w środku lata.)

Twarzoksiążka cisnęła we mnie nie tak dawno temu informacją o książce opisującej czasy rozbicia dzielnicowego: że niby taka polska Gra o tron, itepe, itede... a że zajawka była interesująca, podreptałam do mojej ulubionej księgarni, i przynabyłam. Pozycja była o dziesięć złotych polskich droższa od letnich butów, w które zaopatrzyłam się pięć minut wcześniej. Ale nie o tym mowa.

Ciekawa rzecz, ta Korona śniegu i krwi. Autorka wykonała masę pracy badawczej, docierając do szczegółów, które - o ile są prawdziwe - zafrapowały mnie i sprowokowały do refleksji nad poziomem pokomplikowania (żeby nie powiedzieć: popieprzenia) naszej historii. I czytało się nieźle... jeżeli nie liczyć błędów interpunkcyjnych i ortograficznych, które "wymknęły się" redaktorom (jak można w tym samym zdaniu puścić słowa 'książę' i książe'?!) oraz tak zwanych motywów nadnaturalnych. Zwierzątka herbowe: w porządku (aczkolwiek daleki kuzyn rycerza Trzy Kawki był już zagraniem blisko linii autu), ale żeby od razu mieszać w sprawy śmiertelników Moce, Które Są? No, nie wiem...

Plus za ładne metafory na tak zwane "obowiązki małżeńskie". Nie obyło się bez przywołania rycerskiego oręża i tego, w czym się rzeczony oręż trzyma, ale taka epoka, nie przeskoczysz. Koniec końców: było nieźle, ale nie aż tak dobrze, jak się spodziewałam. Chyba byłoby najlepiej, gdybyście sami przeczytali, Mili Moi, i wyrobili sobie własne zdanie. Mogę w tym celu udostępnić mój egzemplarz - aczkolwiek bydlątko swoje waży, więc wolałabym raczej osobiście niż przez pocztę...


(Z zupełnie innej beczki: byłam w Japonii dni dwa i pół, z czego dwa w fabryce/biurze/na spotkaniu, ale i tak było cudownie. To tyle w skrócie. Idę chorować dalej.)

Monday, 23 April 2012

Sobota, dziewiąta rano. Telefon od taty.

Twój chrzestny spadł w nocy ze schodów w "daczy". Nie żyje.


Tyle tytułem notki numer czterysta.

Sunday, 19 February 2012

O dylematach moralnych

..słów niewiele, albowiem zasadniczo dotarłam już do konkluzji.

Jakiś czas temu dostałam krótką wiadomość tekstową, na którą bardzo, ale to bardzo chciałam odpisać. Tłumaczyłam to sobie wielorako: przecież to nie ja postępuję wybitnie niemoralnie (tylko trochę), nie ja stawiam szczęście dwóch innych osób pod znakiem zapytania dla własnego widzimisię (ale czy na pewno?...), i tak dalej, i tak dalej: więc w sumie czemu miałabym nie odpisywać? Ostatecznie mogłabym spróbować skierować rozmowę na tory obojętne uczuciowo (co mi się jeszcze dotąd nie udało, ale może?...). Innymi słowy, pieprzenie kotka za pomocą młotka, i poszukiwanie prostych dróg wyjścia z trudnej sytuacji.

Zwierzyłam się z tego wszystkiego A., kiedy wracałyśmy przez śnieg i noc gwiaździstą z hiszpańskiego, paląc beztrosko i wymieniając uwagi o życiu.

"A wierzysz w karmę?" zapytała A., krótko, zwięźle, i na temat.

Otóż, mili moi, wierzę. I dlatego nie będzie odpisywania na SMSy z pytaniami o mój stosunek do pogody. Nie będzie uśmiechania się do ekranu komputera, bo przyszedł mail. Nie będzie żadnej z tych rzeczy. Albo przyjdzie mi odrodzić się w skórze żuka gnojownika.

Tyle ode mnie. Proszę trzymać kciuki za moją stabilność emocjonalną, bo nie jest dobrze.

I miłego popołudnia. Napisałam dziś półtora tysiąca słów nie związanych z żadnym fanfikiem (w zasadzie to ja już NIE MAM żadnych pozaczynanych fanfików: trzeba to szybko naprawić, najchętniej opowieścią o pewnej terrorystce...), a teraz zamierzam skończyć Rioję i wrócić do Kłamstw Locke'a Lamory, które pewnie zaraz skończę (po Pająku jestem). Mniam, mniam, tyle powiem.

Wednesday, 25 January 2012

I'm somewhere, doing THIS.

often it is the only
thing
between you and
impossibility.
no drink,
no woman's love,
no wealth
can
match it.
nothing can save
you
except
writing.

it keeps the walls
from
failing.
the hordes from
closing in.

it blasts the
darkness.

writing is the
ultimate
psychiatrist,

the kindliest
god of all the
gods.

writing stalks
death.
it knows no
quit.

and writing
laughs
at itself,
at pain.

it is the last
expectation,
the last
explanation.


Charles Bukowski

Wednesday, 13 April 2011

Był jasny, zimny dzień kwietniowy...

Dziś też jest zimno, ale jasno - już nie.
Żadnych zegarów nie słychać. Nawet tego za ścianą.
Zaantybiotykowana, włażę pod kołdrę, żeby się posmucić i powalczyć z anginą.

With the lights out, it's less dangerous...

Wednesday, 3 March 2010

Zdaje się, że uzależniłam się od Grzędowicza. Wczoraj skończyłam pierwszy tom PLO, zakupiłam drugi, i już go czytam (w międzyczasie dokończyłam Untermana, więc nawet nie mam zbyt dużych wyrzutów sumienia). Jest mocny, zaprawdę trzepie i wbija w glebę. Ciekawe, czy uda mi się namówić Młodego, żeby sobie poczytał...

(Rzeczony Młody miał w piątek ostatni zabieg. Okulary poszły w kąt, ye, ye, ye.)

W realu, poza książkami, jest kiepsko. Nowe leki wyczuliły mnie maksymalnie na całe zło świata (między innymi na uwagi współpracownicy, która i tak nigdy do specjalnie taktownych nie należała), wywołały szaleńcze huśtawki łaknienia i suchość rogówki. No, trudno - miało być lepiej, jest beznadziejnie; wybierzemy opakowanie do końca, i robimy przerwę. Back to the old ways, that is -- painkillers. A whole lot of them.

A jutro pójdziemy dać się ukłuć. Może w końcu się dowiem, co mi siedzi w przysadce...?

Friday, 19 February 2010

D5000

Już jest. I jest piękny. A w zasadzie piękna, bo to w końcu kobieta powinna być. Jeszcze nie ustaliłyśmy, jak jej na imię - na razie poznajemy się powoli, dzięki ściągniętej z sieci instrukcji w cywilizowanym języku (sklep, nie wiedzieć czemu, przysłał tylko wersję niemiecką).

Trzyma mnie to przy życiu, do spółki z dwudziestoma ośmioma tabletkami nowego typu (pięć grup kolorystycznych!), brytyjskim sitcomem pt. Empty (Billy! Billy! Billy!...) oraz serią filmików dokumentalnych/behind the scenes - Merlin: Magic and Secrets. I jeszcze - z pożyczonym z biblioteki Piekłem pocztowym.

No, to jadę do domu dobrze zaopatrzona. Niech no tylko skończę pracę ;)

Sunday, 20 September 2009

Nie wiem, jakim cudem dotarłam w piątek do domu. W grę wchodzi jedynie siła woli.

Sypiam po 12 godzin, kiedy już uda mi się zasnąć. Albowiem, niestety - o ile sulfonamidy świetnie radzą sobie z anginą, o tyle z moją trzustką są permanentnie w stanie wojny.

Zabiję mojego szefa za ciąganie mnie w środę po spotkaniach służbowych (na których obecni byli także inni tłumacze), z gorączką rzędu 38,3. "To może weź dwa dni zwolnienia?" - zreflektował się po południu tego dnia. W końcu jutro muszę jechać do Pragi. Taak.

Wizje deliryczne towarzyszące anginie przeniosły się do świata realnego (choć skłonna jestem przypuszczać, że akurat wizyta Joanny M. do wizji nie należała...). Wczoraj pootwierałam maile z całego tygodnia (do tej pory stosowałam wybiórczą selekcję typu: od R. Singer - czytamy; reszta - potem). Spróbowałam przeanalizować treści z blogów i komentarzy, które podczytywałam, nieuważnie, w nielicznych chwilach niezawalenia pracą i niecierpienia z powodu przegrzewania się mózgu.

Doszłam wskutek tego do wniosku, że znowu coś mnie w życiu ominęło. Że pewne decyzje zostały podjęte za mnie, tak teraz, jak i zawsze, i broń Boże na wieki wieków, o nie.

I że nie zamierzam przepraszać za to, kim/czym jestem, i co w danym momencie robię. Ani za to, że nie mam siły pisać, rozmawiać, kontaktować się ze światem zewnętrznym, kiedy cierpię. I że tym cierpieniem nie lubię się dzielić z innymi.

Wczoraj posiedziałam na kanapie z Ulissesem i kotem na kolanach. Wzięłam głęboki oddech. Włączyłam komputer. Napisałam kawałek, który wreszcie mnie usatysfakcjonował jako początek Książki. I wzięłam sobie do serca radę Johnny'ego.





Drink up, me hearties, yo ho...

Tuesday, 30 June 2009

Nie ma to jak posiadanie brata, którego perypetie zdrowotne pozwalają człowiekowi na trzeźwe spojrzenie na to, co jemu samemu się przytrafia.

Innymi słowy, rwanie ósemki to pikuś w porównaniu z wkłuwaniem się pod spojówkę w celu podania znieczulenia, no nie?...

Thursday, 5 March 2009

dzisiaj jest inny dzień
data godzina wiek
budzimy się z bólem głowy
twoja skóra niedotykana
pasmo dmuchawców, z góry na dół
i w głąb
malinuję cię
jeżynuję
miodzę
we wszystkich językach świata



(circa about 10 lat temu, dzień taki jak dziś - z bólem głowy sugerującym narodziny bogini, i poziomem glukozy we krwi oscylującym wokół wartości ujemnych - zacząłby się od małej, czerwonej tabletki, której nazwa występuje na wszystkich listach 10 najpopularniejszych psychotropów na świecie. zamianę tabletki na ibuprom max uważam za pewnego rodzaju krok naprzód.)