Showing posts with label writing. Show all posts
Showing posts with label writing. Show all posts

Wednesday, 19 June 2013

That... was amazing, oraz tęsknota za piekarnikiem.

Melduję się z powrotem po prawie dwóch tygodniach w podróży służbowej. Dobrze jest być w domu, chociażby dlatego, że od kilku dni chodził za mną sernik z wiśniami, i proszę: jest piekarnik, jest sernik. Bardzo dobry zresztą, even if I do say so myself.

Tak więc: byłam na moment w Japonii, najadłam się dobrych rzeczy i obkupiłam w herbatę oraz niezbędną do życia elektronikę (iPod i słownik elektroniczny, hurra!). A teraz wróciłam, i okazało się, że moje opowiadanie zostało wyróżnione w pierwszej edycji Sherlockiady - konkurs, co prawda, bez nagród, ale po co komu nagrody? Fajnie, że się ludziom spodobało, i tyle: a Esther dziękuje się niniejszym za kopnięcie organizatorek konkursu w odpowiednie miejsce i nadanie sprawom odpowiedniego tempa... ;)

Poza tym: słucha się znowu więcej, bo iPod żyje, ogląda się Hannibala ze sporą przyjemnością i dreszczami na plecach, sprawdza się ostateczną wersję Da Ksionszki, i pisze się szeroko zakrojony fanfik we wszechświecie przypominającym siedemnastowieczne Karaiby. Takie lato to ja rozumiem...

Miłego czerwca Państwu życzę.

Wednesday, 9 January 2013

Julia Dream

Za dużo (co?!) starych Floydów. Rzuca mi się na mózg, niestety.

Na wątrobę też mi się coś rzuci, lada chwilę, lada dzień: jedyna nadzieja w tym, że Sepulka pojedzie pijać Guinnessa w najbardziej temu zajęciu sprzyjających okolicznościach przyrody, w związku z czym przestaniemy zwiedzać nowe knajpy w Mieście T. W ubiegły piątek odkryłyśmy kuchnię kreolską i uznałyśmy, że jest bardzo dobrze. W niedzielę poprawiłyśmy naszą opinię (komu chciałoby się gotować w święto?...) i doszłyśmy do wniosku, że to jest Nasze Nowe Miejsce - po czym wczoraj wylądowałyśmy DOKŁADNIE po drugiej stronie ulicy, w knajpie meksykańskiej. Wystrój, muzyka, jedzenie, shoty z tabasco: tres żenial. I jak tu żyć, proszę państwa, jak?...

(W ramach ratowania domowych budżetów, dziś nie idziemy na obiad - tylko na bilard, i piwo Murphy's.)

Żeby nie było, że tylko jem i piję ostatnio (mam wielką nadzieję, że ta czarna dziura kiedyś się wreszcie zamknie): czytać też mi się zdarza, i to bez specjalnych wpadek jakościowych. O PLO4 specjalnie wiele nie mam do powiedzenia: zdenerwowały mnie dłużyzny i błędy językowe, i zakończenie trochę też? Pewnie wrócę niedługo do poprzednich tomów dla czystej przyjemności obcowania z tym światem ZANIM autor zaczął odczuwać presję skończenia serii. Dla równowagi poczytałam sobie przy okazji przerwy świątecznej (w tych nielicznych chwilach, kiedy nie musiałam nikogo tłumaczyć/robić za przewodnika i niańkę w jednej osobie) Aktorki Maciejewskiego: piękne wywiady, wysoka kultura osobista autora, mnóstwo tytułów filmów i sztuk Teatru TV wynotowanych "for future reference". Za mało wiem o kobietach w polskim kinie, i trochę mnie to martwi. Trzeba będzie się poprawić.
Z rzeczy zupełnie świeżych: skończyłam Hyperiona, poczułam pilną potrzebę zapoznania się z Upadkiem, po czym otworzyłam pożyczone od Sepulki Czarne - i wsiąkłam. Jak skończę (a przeciągam sprawę niemiłosiernie, bo nie chce mi się porzucać tamtego świata), spróbuję pozbierać moje chaotyczne przemyślenia w mniej-więcej spójną całość. Trzymajcie kciuki.

Tymczasem zaś mam do napisania rozdział składający się w ośmiu dziewiątych z dialogów, i pomysł na rozwinięcie opka napisanego swego czasu na konkurs coperniconowy. Idę po kawę. Dobrej środy!

Monday, 12 November 2012

Życie jest sceną, czy coś w tym rodzaju.

Tytuł zainspirowany Anną Kareniną: miałam poważne obawy względem tego filmu, ale obronił się w bardzo dobrym stylu. Fakt, Jude Law jako Karenin jest zdecydowanie zbyt przystojny, Wroński (rocznik '90 WTF?) ma na głowie jajecznicę a Keira jakoś mnie specjalnie nie rzuciła na kolana - ale scenariusz, i kostiumy, i konwencja w jakiej podano widzowi całość, i Michelle Dockery (Lady Mary Crawley, ladies and gentlemen), Olivia Williams oraz rzesza aktorów mniej-pierwszoplanowych (nie będę ich obrażać degradacją do drugiego planu) robią swoje.

Tak więc: polecam. Idźcie, zobaczcie, niech tylko wejdzie do kin. Myśmy się z Sepulką załapały na pokaz przedpremierowy, z czego bardzom zadowolniona. Mniam.

Co jeszcze? Węzeł chłonny napędził mi stracha: szczęściem nie jest to masa zwyrodniałych komórek, a jedynie wyjątkowo męcząca infekcja. Obyło się bez gronkowców i paciorkowców: cieszmy się z małych rzeczy, tak? Ale co się nadenerwowałam przy okazji długiego weekendu, to moje...

W ubiegłym tygodniu spłodziłam plus-minus 16 tysięcy słów, które podobno komuś pomogły, a komuś innemu (wielu 'komusiom') poprawiły humor. Przypłaciłam to ostrym atakiem depresji w nocy z soboty na niedzielę (CO JA MAM Z TYMI SOBOTAMI?!), i ogólnie króliczym (patrz poniżej) samopoczuciem.




Ale jest nieźle. Stos dobrych rzeczy, stos złych rzeczy, i żadne z nich nie znoszą tych przeciwnych: ale na tym polega życie, prawda? (Jak powiedział Doktor do Amy w odcinku o Vincencie Van Goghu...)

Prócz tego: nowa Musierowicz średnia, chyba lepsza niż poprzednia, ale absolutnie bez szału. Kate Fox - bardzo pouczająca, i obnażająca mój przedziwny snobizm. Aktualnie The Blind Assassin Margaret Atwood: piękne, piękne, bolesne, piękne - i o mamo moja, to jest książka o River i Doktorze. Trzymajcie mnie...

Dobrego poniedziałku!

Monday, 25 June 2012

Nadchodzi taki czas...

...w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej skasować tej pisaniny.
A potem spływa na człowieka spokój i zen, i już się nie myśli o głupotach.

Zen bywa niekiedy zakłócany przez czynnik zewnętrzne: dla naprzykładu, przez Złodzieja Dusz niejakiej Anety J. Pozycja ta nie trafia na listę ostatnio przeczytanych, albowiem staram się jak najszybciej o niej zapomnieć: czego jak czego, ale MarySue'izmu nie lubimy, i krzywimy się na jego widok jak dzieci zmuszane do spożywania oleju rycynowego. Poza tym, doprawdy: w dialogach można używać różnych znaków przestankowych, nie tylko przecinka (w dodatku nie zawsze występującego we właściwym miejscu, ale tutaj już kłaniam się nisko paniom korektorkom, i szczerzę zęby - bynajmniej nie w uśmiechu)! Pani doktor (in spe?) filologii polskiej powinna chyba wiedzieć takie rzeczy?...

Zainspirowało mnie to do czytania rzetelnie skonstruowanych dzienników, tudzież do dopisania pewnej ostatniej sceny i pracy nad pewnym tekstem. Albowiem nie powinnam osądzać, dopóki sama czegoś nie opublikuję, nespa? A wredota moja przyrodzona wierci się i domaga uwagi. Toteż: koniec z wymówkami, proszę państwa, bierzemy się do galopu.

Kiedyś w końcu trzeba. Ma się, ostatecznie, te prawie-trzydzieści lat...

To ja idę pisać. A Państwu zostawiam zdjęcie morza w Sopocie, Bessą zrobione.


Friday, 23 March 2012

Notka?... Notka!

A bo komentarz Dis przypomniał mi, że nie piszę.

Nie piszę, bo czytam opowiadania George'a R.R. Martina o Judaszu Iskariocie (dobre! bardzo dobre!) i kończę Fabrykę muchołapek (zakręcone jak słoik, o Żydach i o Łodzi, więc potrójnie genialne), myślę, że napisałabym coś dziejącego się w Judei pod okupacją rzymską (i coś tam skrobię w tym kierunku), przeglądam zdjęcia z długiego weekendu (sierpniowego) w Gdańsku, słucham The Smashing Pumpkins i kupuję lodówkę na raty, bo stara postanowiła zakończyć naszą współpracę.

I cieszę się, że muffinki smakowały. Nawet jeśli mówi mi się, że jestem niedobra... ;)



Aha, i cytuję Timeless, bo przecież obiecałam:

"He dinna act like Alpha."
All Lyall's attention was on Biffy; he barely glanced at the Kingair Alpha. "He does in some areas," he replied.


I tak, tu chodzi o to, co myślicie. Ha!

PS. Dis! Czytałaś "Soulless"? Bo jeśli nie, to może Ci pożyczę przez PP?...

Wednesday, 1 February 2012

Scotlaaaand! Freedooom!

- czyli: szef wyszedł z biura, może już dziś nie wróci. Oh, joy unlooked for. (Skąd to cytat? - Z The Fire and the Rose, prawdopodobnie najlepszego fanfika potterowskiego na świecie).

W zasadzie nie mam nic nowego do zaraportowania. Zimno jest, nic się człowiekowi nie chce. Trzeci rozdział sadomasochistycznie pokomplikowanego fanfika rodzi się w bólach, a w mojej głowie rozwija się kompletnie niepoważna wizja Elsie Hughes jako naczelnej terrorystki Downton Abbey. Esther wie, o co chodzi. ;)

Sapkowski zapowiedział kontynuację Sagi, być może już w przyszłym roku. No, nie wiem. Jakoś tak... niepewnie się z tym czuję. Ale nie ma sensu niczego skreślać, zanim się człowiek z tym nie zapozna. Ostatecznie, nie wszystko Żmija, co nowe od ASa.

Z ciekawostek natury ogólnoludzkiej: mam 'randkę' 14. lutego. Z własnym byłym facetem. No, proszę.

A w Mieście T. poustawiali koksowniki. Jeden tuż przy przystanku, z którego jeździ autobus w kierunku mojego domu. Popieram tę inicjatywę z całego serca, choć dziś pewnie wrócę spacerem/marszobiegiem. Żeby pomyśleć. I posłuchać Phyllis Logan w audiobooku BBC Dracula. Ta kobieta robi z Miną Murray takie rzeczy, że... aż mi ciepło.

Czego i Wam życzę, Drodzy Potencjalni Czytelnicy.

Friday, 27 January 2012

"Czy Karol Wojtyła miał syna?"

- zapytał wczoraj oszołom w zielonej bluzie, dorwawszy się do mikrofonu na spotkaniu z księdzem Bonieckim.

Popatrzyłyśmy na siebie z S., uniosłyśmy brwi, po czym dołączyłyśmy do pomruku dezaprobaty, jaki się przetoczył przez salę. Doprawdy, jak się trafia duchowny o sensownych poglądach, dużym szacunku dla rozmówcy i ostrym jak brzytwa poczuciu humoru, to może warto byłoby z nim merytorycznie podyskutować (na przykład o "kamienowaniu teologii wyzwolenia w Ameryce Południowej" - bo i takie pytanie padło, i udzielono na nie wyczerpującej odpowiedzi), a nie dolewać oliwy do ognia?...

(Nawiasem mówiąc, ksiądz Boniecki odpowiedział oszołomowi: Wojtyła nie znał matki swojego "domniemanego syna" w momencie, w którym doszło do poczęcia tegoż młodzieńca. "Czyli nie był jego ojcem?" - upewnił się oszołom. No shit, Sherlock!)


Cóż poza tym? Piszę jak oszalała; tak to już jest z fanfikami, że zaczyna się je jako formę skanalizowania pomysłów i emocji, a potem ciągnie się resztką sił, żeby zachować ciągłość akcji i nie zrazić czytelników zbyt długimi przerwami między poszczególnymi rozdziałami. Jeden z bieżących projektów już PRAWIE skończyłam, i miałam nadzieję, że wreszcie będę mogła się zająć czymś łoryginalnym - po czym K. przypomniał mi, że obiecałam napisać pewną bardzo konkretną rzecz z The Big Bang Theory. I, co więcej, nawet ją kiedyś nadgryzłam. Gdzie się podziewa ten plik, pytam?!

Czas byłby pokończyć te rzeczy, zanim nam światło wyłączą.


Czyta się aktualnie Mieville'a (myślałam, głupia, że po Dworcu Perdido nic mnie już nie zachwyci - po czym trafiłam do Armady, i umarłam z radości) i jednoaktówki Allena. Słucha się La Mer w wykonaniu Julio Iglesiasa, w oczekiwaniu na pełny album z muzyką ze Szpiega, zamówiony w obcym kraju, bo u nas nie do dostania. (Chyba, że się mylę?...) Nadal jest się trochę zakochanym w bardzo nieodpowiednim człowieku, ale trzyma się emocje na wodzy, i już prawie, prawie, wróciło się do równowagi emocjonalnej. Aha - Benedict nadal jest piękny.

I to by było na tyle, Mili Moi. Dobrego weekendu!

Wednesday, 25 January 2012

I'm somewhere, doing THIS.

often it is the only
thing
between you and
impossibility.
no drink,
no woman's love,
no wealth
can
match it.
nothing can save
you
except
writing.

it keeps the walls
from
failing.
the hordes from
closing in.

it blasts the
darkness.

writing is the
ultimate
psychiatrist,

the kindliest
god of all the
gods.

writing stalks
death.
it knows no
quit.

and writing
laughs
at itself,
at pain.

it is the last
expectation,
the last
explanation.


Charles Bukowski

Sunday, 15 January 2012

Jem, więc... nie jestem głodna.

Dziesięć kilo temu pojmowałam jedzenie w sposób kompulsywny. Jadłam, co chciałam, jak chciałam, i kiedy chciałam.
Potem poszłam na dietę, w wyniku której odkryłam, że mam kości obojczyków, talię, oraz kilka innych elementów anatomii, o których posiadanie nigdy bym się nie posądzała.
Zaczęłam także traktować jedzenie... normalniej. Znaczy - na chandrę nadal najlepsze są lody malaga albo tort kajmakowy od Sowy, ale poza tym - nie trzeba się zapychać pustymi kaloriami, albowiem jest na świecie wiele innych, pysznych rzeczy.

Takie, na przykład, krewetki. Kupuje się paczkę mrożonych, ugotowanych, się umieszcza w woku czosnek, świeży imbir i takież chilli (z masłem, najchętniej solonym Lurpak), się wrzuca rozmrożone krewetki i trzy jabłka pokrojone w plasterki, a po kilku minutach wlewa się alkohol. Powinien to być cydr, ale białe wino średniej jakości też zrobi swoje. Na zakończenie można temu dodać słodkiego sosu chilli, i posypać płatkami migdałów oraz sezamem. I włula.

Do popicia tego cudu wybrałam vinho verde, albowiem na portugalskich się jeszcze nie znam. (Z wyjątkiem porto. Porto jest miłe.) Delikatnie zgazowane, przyjemnie orzeźwiające, zero kwasu. Na etykietce stoi napisane, że pasuje do owoców morza - wszystko się zgadza. Polecam.

Cóż poza tym? Końcówkę roboczotygodnia miałam wybitnie skopaną. Jutro wysyłam CV w kolejnych kilka miejsc. (Wrocław ładny jest, prawda?...) Nadal próbuję się odkochać, co nie jest wcale takie łatwe, jak początkowo myślałam. Czytam Mieville'a, Szostaka, Prusa (!) i młodego Zembatego, albowiem książki trzeba kiedyś podoczytywać. Przemyśliwuję wyjście na Dziewczynę z tatuażem. Skończyłam pisanie fanfika, w temacie którego wywnętrzałam się jakiś czas temu, i jestem wzruszona pozytywnym odzewem P.T. Czytelników. To mnie jeszcze trzyma na powierzchni, pod którą już tylko rozpacz i zgrzytanie zębów.

I mam obsesję. Dziwicie mi się?...

Miłego popołudnia!

Thursday, 5 January 2012

Accomplishment of the week.

Write a Sherlock/Irene story, while fighting off a killer-cold.
Post it on a fan fiction site overflowing with Sherlock/John slash.
Get 19 lovely, encouraging, almost worshipful reviews within the first 16 hours from the upload.
Die happy. (Of the cold.)

Monday, 2 May 2011

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni majowy -
dość drobny, lecz gęsty, zagłusza rozmowy;
kurtyną wilgoci okrywa ogrody
i moczy narzędzia, ogniska, z brzóz kłody
- to wszystko, co człowiek w beztroskim ferworze
w sobotę wieczorem zostawił na dworze,
by rankiem świątecznym, miast leżeć i kisnąć,
móc pielić, drwa rąbać, grillować z rodziną...
Cóż, plany się rypły - niedziela znów z głowy.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni majowy...


Obudziłam się wczoraj o wpół do ósmej rano z tym czymś w głowie, i nie udało mi się zasnąć, dopóki nie zeszłam na dół po pamiętnik i skrupulatnie wszystkiego nie zanotowałam. (Brakuje mi rymów dokładnych: wstyd!) Później słuchałam ścieżki dźwiękowej z gry Wiedźmin, i doszłam do wniosku, że byłby z tego fenomenalny pejzaż muzyczny do Silmarillionu, gdyby komukolwiek zachciało się sfilmować tę pozycję. Cały dzień pod znakiem Chwil wolności Virginii; wpadłam w rezonans z autorką, z którą mam o wiele za dużo wspólnego - czerpię z jej dzienników inspirację i przestrogę zarazem.

Zmusiłam mamę do obejrzenia fragmentu Downton Abbey na TVN Style (Alu! Wiedziałaś?!) - chyba zaskoczyło, i bardzo prawidłowo.

W sobotę byliśmy na Tuwimie dla dorosłych: na zmianę wyłam ze śmiechu, popadałam w zadumę i audiofilskie stany zachwycenia. A Bal w Operze z muzyką Możdżera jest po prostu... nie-do-o-pi-sa-nia. Polecam Państwu serdecznie: Teatr Roma, Scena Nova.

A teraz jestem sama w domu, popijam kawę z syropem Irish Cream, i czekam z utęsknieniem na trzecią sesję finałowego meczu MŚ w Sheffield. Judd Trump jest genialny, tyle Państwu powiem.

I miłego dalszego ciągu majówki życzę, pomimo niesprzyjającej aury...

Wednesday, 11 August 2010

Wczoraj obejrzałam sobie cztery odcinki Desperate Housewives. Były to pierwsze, i zapewne ostatnie odcinki, jakie widziałam w życiu - albowiem, choć serial wygląda sympatycznie, nie poruszył mnie aż do tego stopnia, żeby miało mi się zachcieć nadrabiać sześć sezonów. Skończył się storyline, z którym chciałam się zapoznać, i starczy: innymi słowy, Dana Delany i Julie Benz odjechały w siną dal, ku krainie bez wścibskich sąsiadów - oraz, w przypadku Dany, ku nowemu serialowi Body of Proof, z którym zamierzam zawrzeć znajomość, gdy tylko się pojawi. Bo trailer jest uroczy.

Ach, Dana, Dana... (w tym miejscu występują maślane oczy). Znaczy, khem, khem, już jestem z powrotem.

Okazuje się ponadto, że stare i dobre metody na pobudzenie własnej kreatywności nadal się sprawdzają. Dzieckiem będąc, zostałam przez rodzicielkę zarażona pasją do układania puzzli - i tak sobie te puzzle pykałam, po wielokroć, czasami wręcz ucząc się niektórych obrazków na pamięć (co to jest, 1000 elementów?), a przy okazji: mrucząc sobie pod nosem przeróżne opowieści. Wychodzi na to, że kiedy mam czymś zajęty ręce i oczy, mój umysł buja w obłokach, i płodzi wizje. Schemat ten sprawdza się również w przypadku durnych gier zręcznościowych na FB, ale nie w takim stopniu - skłonna jestem przypuszczać, że faktura elementów układanki, szelest klocków w pudełku etc. mają na mnie lepszy wpływ niż obsługa myszy jednym palcem - jakkolwiek to nie brzmi.

Dość, że przedwczoraj wymyśliło mi się opowiadanie. W zasadzie taka sobie vigniette, kilkustronicowa próba odpowiedzi sobie na pytanie, które przyszło mi do głowy w ubiegły weekend, i pozostało nie zadane (albowiem kultura osobista wymaga, aby nie drążyć tam, gdzie może zaboleć - w tym miejscu pozdrawiam ciepło Najlepszego Polskiego Dentystę). W ten sposób i ja jestem zadowolona, i osoba, której nie wymęczyłam psychicznie, powinna się cieszyć. O ile kiedykolwiek spotka mnie ponownie, i dowie się, że to o nią chodziło.

Cóż poza tym? Brzydkie spoilery do ATWT, brzydkie. Nie potrafię zrozumieć scenarzystów, stwierdzających: 'No tak, te dwie postacie świetnie ze sobą współgrają... jest chemia, jest energia, są tony niewyładowanego erotyzmu w powietrzu - i pewnie z radością pociągnęlibyśmy ten wątek dalej, gdyby nie to, że zdejmują nam serial po kilkudziesięciu latach na antenie. W tej sytuacji rozbijemy tę parę, jednej postaci ukręcimy łeb w beznadziejnie skonstruowanym wypadku (lub nie), a drugiej pozwolimy wrócić do byłego partnera, który jest skończonym kretynem i emocjonalnym popaprańcem...' Czy wspominałam już, że NIE ROZUMIEM? Właśnie.

Myślę, że stąd się biorą fanfiki. Z poczucia, że ktoś w tym towarzystwie musi się zachowywać rozsądnie ;)

Miłego popołudnia. Ja uciekam w miasto :)

Tuesday, 26 January 2010

Dziękczynienie optymisty.

Może nie ze wszystkim się zgadzam tak na dobre i do końca, ale... idea jest dobra.

Dziękuję za:
bałagan, który muszę posprzątać po imprezie - bo to oznacza, że mam przyjaciół;
podatki, które muszę zapłacić - ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony;
trawnik, który muszę skosić, okna, które trzeba umyć i rynny, które wymagają naprawy - bo to oznacza, że mam dom;
ubranie, które jest troszeczkę za ciasne - bo to oznacza, że mam co jeść;
cień, który patrzy, kiedy pracuję - bo to to oznacza, że jestem na słońcu;
ciągłe narzekanie na rząd - ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa;
duży rachunek za ogrzewanie - bo to oznacza, że jest mi ciepło;
panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem - ponieważ to oznacza, że słyszę;
stosy rzeczy do prania i prasowania - bo to oznacza, że moi ukochani są blisko;
budzik, który odzywa się każdego ranka - ponieważ to oznacza, że żyję;
zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia - bo to oznacza, że byłem aktywny.

Nie zapomnieć mi o tym, jak mawiała pewna łuczniczka.

Zwłaszcza kiedy tak wiele rzeczy wali mi się na łeb.

Przedłużony weekend zaczął się bardzo przyjemnie: jadąc do ubezpieczyciela wysiadłam przystanek za wcześnie, i maszerowałam sobie raźno w dramatycznym mrozie i pięknym słońcu, wdychając zapachy z Nestle, w którym jak raz wypiekano Chocapic. Człowiek otwierał usta, i czuł się, jakby jadł czekoladę. Mniam.

Zostawiłam ubezpieczycielowi mnóstwo pieniędzy, po czym pognałam do empiku, zakupić bilet na the Australian Pink Floyd Show w Bydgoszczy. Kompletny spontan: telefon od A. w czwartek wieczorem; "Jedziesz?" "Jak kupię bilet, to jadę..." - no więc jadę, i jestem przeszczęśliwa. Choć pusty śmiech mnie ogarnia na myśl o tym, jak historia lubi się powtarzać.

Piątkowy wieczór spędziłyśmy z Honey (od której przywędrowało Dziękczynienie) w górnym barze Hard Rock Cafe (bo tam się nie pali), pijąc drinki bezalkoholowe, bo na nic innego nie było nas stać. Przez większość czasu wyłyśmy ze śmiechu. Kolejne spotkanie, połączone z melanżem, również w stolicy - albo w Domu Na Wsi - albo w Tantrze toruńskiej (gdzieśmy onegdaj odkryli shota pod tytułem Płonący Szerszeń - Wściekły Pies wychodzi chyłkiem tylnym wyjściem, z ogonem między nogami, panie i panowie). Następnie, po wielu perypetiach, dotarłam do domu.

-Nie lubię was - oświadczyłam rodzicom na widok ich opalenizny. Nie lubię, i już. Może mi się odmieni w maju, jak mnie wezmą z sobą do Szwajcarii. Może.

W sobotę zadzwoniła sąsiadka. "Jesteś w domu? Poszedł pion centralnego ogrzewania, a zawory są w twojej piwnicy..." Taak. Ostatecznie problem naprawiono wczoraj późnym popołudniem, bo przecież nie mogłam się rozerwać i pofrunąć połową ciała z powrotem do T. Tymczasem udałam się do Ł., i przez kolejne 24 godziny intensywnie zagryzałam usta, żeby nie wybuchnąć. Płaczem, gniewem, wrzaskiem - czy to nie wszystko jedno?

Innymi słowy, minął rok. Od roku nie ma ze mną jednego z ludzi, których kocham najbardziej. Ciężko jest.

W niedzielę po mszy odwiedziła nas ciotka, najmłodsza siostra babci. "Śnił ci się już twój mąż?"
-On mi się nie chce przyśnić - powiedziała z wyrzutem babcia.
-Mnie się śni, i znajduje mi kota - to mama.
-Mnie śni się co najmniej raz na dwa tygodnie - to ja.
-Może trzeba go dobrze wspominać, żeby się przyśnił? - tata. - Nie powinnaś, babcia, tak ciągle na niego narzekać. Pamiętać trzeba te dobre rzeczy.
-Taak... ale echa tych innych rzeczy mi przeszkadzają.
-Przecież masz problemy ze słuchem? - mama. - Przestań słuchać tych ech!
Może gdyby to zrobiła, coś by się poprawiło. Tymczasem jest, jak jest, a ja mam zjedzone całe wnętrze ust.

A mój iPod zaliczył wczoraj kolejny upadek z wysokości, po czym postanowił odmówić współpracy. Trudno się mówi. Może mu przejdzie - jeśli nie, trzeba będzie nabyć nowy. I nie rzucać nim z wysokości.



Tak się to wszystko plecie, K3G normalnie. Dlatego odcinam się od złych energii, pustych kalorii i zawistnych myśli. Łudzę się, że zamarzam w lepszego człowieka. Może, może. Dosyć tego; wracam do pewnej krótkiej formy, o którą swego czasu prosiła mnie Tenel. Do zobaczenia.

Miłego popołudnia, drodzy.

Monday, 9 November 2009

Ziew.

Niskie ciśnienie atmosferyczne nie wpływa na mnie pozytywnie. To był eufemizm, oczywiście.

Weekend spędziłam kreatywnie, kopiując z jednego pliku do drugiego, i uzupełniając brakujące fragmenty w celu uzyskania spójnego tekstu. Łącznie wypracowałam kilkanaście stron - jestem z siebie minimalnie dumna. W międzyczasie skończyłam wybitnie interesującego (z formalnego punktu widzenia) Erskine'a oraz niepokojącego Diablaka, zakupiłam kolejne trzy pozycje (empik jest ZŁY), i obejrzałam w telewizorze Skrzynię umarlaka. Do dziś nie mogę się zdecydować, czy udusić tłumacza za zrobienie z Rzemyka Sznurka, czy też wycałować go gorąco za "małpę-wstańkę" i "Jaja-mu rachu-ciachu!". W związku z tym, wczoraj włączyłam na moment At World's End, ale zdekoncentrował mnie telefon od rodziny, którą wygnałam do ż-dowskiego DKF-u na Wielką ciszę. Się podobało się, z tego co słyszałam. Cieszy mnie to wielce; może i mnie uda się w końcu zobaczyć ten film, cooo?

A tak poza tym - mam dość bycia blondynką. I może wezmę sprawy we własne ręce, bo idea fryzjera jakoś nie napawa mnie w tym miesiącu entuzjazmem.

PS. Któż to mnie tak intensywnie poszukiwał dzisiaj z aliasu UW? Przyznać się bez bicia, proszę ;)

Wednesday, 28 October 2009

Umpararara.

Posiadanie zredukowanych do minimum spojówek owocuje dwudziestoma minutami płaczu w drodze do pracy. Pod słońce. Pomimo fotochromów. Jak miło. Ale przynajmniej wyrzuciłam z siebie partię łez, która w innym wypadku zostałaby wyzwolona przez napad histerii lub bezsensowną emocjonalność. Wierzcie mi, wiem, co mówię.

Dziecko się dowiedziało, że pociąg z Warszawy do Wiednia kosztuje w najlepszym razie 58 EUR, a w najgorszym 600 PLN w obie strony. Samolot? Jaki samolot...?

Zamyślałam się dzisiaj. Chyba było mi to potrzebne.

Rzeczy, które napisałam wiele miesięcy/lat temu, wracają do mnie tej jesieni z bardzo dziwnym oddźwiękiem. Dobrym, owszem, ale dziwnym.



(Pamiętacie fantazję House'a o striptizie w wykonaniu Cuddy? Właśnie oglądam wydłużoną wersję tej sceny. OMG. Komuś linka?)

Monday, 14 September 2009

Podaję osobom spoza miasta T. informacje o tym, gdzie się tu można zabawić lub upoić przyjemnym napojem alkoholowym, a tymczasem sama zwyczajnie nie pamiętam już, jak to jest - wyjść wieczorem, i wrócić nad ranem, zmęczonym i spełnionym.

(Nie, nie pijanym. Bo ja pić chyba [nie] umiem.)

Smutne to, że mając 27 lat nie mam czasu wyjść w miasto i zrelaksować się. I nie wiem, kiedy będę miała.

Z innej beczki - po przespaniu znacznej części weekendu (i spędzeniu pozostałej części na bieganiu tu, tam i ówdzie, bo jakże by mogło być inaczej) przyszłam do pracy powodowana głównie poczuciem obowiązku, aby dowiedzieć się, że moja współpracownica idzie na zwolnienie do końca tygodnia. Sama w biurze? Pracując za dwoje? W międzyczasie przygotowując pierwszy rozdział Księgi pamięci do przetłumaczenia? Czemu nie. Jak to powiedział w czwartek Michał G., 'umiem sobie zorganizować czas'.

Ale nie zrezygnuję z tej projektu. Bo nie po to walczyłam przez 11 lat, żeby wreszcie zająć się na poważnie pisaniem i tłumaczeniem książek, żeby teraz usiąść w kącie i płakać.

Najwyżej wezmę prywatny komputer do Pragi.

I zniknę stąd na dłużej. I tak wiem, że nie będziecie tęsknić, Skarby moje ;)

Miłego września.

Wednesday, 2 September 2009

Teksty tłumaczone przy pomocy profesjonalisty spod znaku google, po czym przesyłane mi do sprawdzenia, są nieocenionym źródłem wiedzy o świecie zewnętrznym i wewnętrznym.

Dla przykładu: dziś rano otrzymałam pocztą plik, w którym słowo 'abnormality' uparcie tłumaczono jako 'heterology'.

A ja się dziwię, że mam takie a nie inne podejście do świata... ;)



Zagalopowałyśmy się wczoraj z Lilli, rozmawiając o Złych Rzeczach. Otrzymałam zamówienie na opowiadanie. Się zrobi. Jak się napisze dwa rozdziały z dwóch różnych fanfików, które od wczoraj nie dają mi spokoju.

Poziom mojej weny jest wprostproporcjonalny do poziomu zapieprzu, jaki mam w pracy.


ROTFL.
Jeszcze kilka kwiatków spod znaku zautomatyzowanego tłumaczenia:

Is impracticable rearranging / order done?
Check.

Did you return the material handling that you used to the original position?
...come again?

I worked in the Czech office and was finished and did report it?
Well, I did tell everyone in my home office what I did last week...

I check it at a point in time when all work was finished and do it with the work end at a point in time when I satisfied a check standard.
Hmm. Do I satisfy any check standards? I'm not so sure.

And so it goes, on and on.

Thursday, 7 May 2009

So, David Ogden Stiers came out at 66. Good for him, says I, thumbs up, seriously.

Started handing my newest story out to people -- and found another bunch of mistakes that desperately need correcting. I must be writing faster than I think, blah.
The nicest thing I heard about it (to date) was my co-worker's suggestion to translate it into English, because, "you know, Zadie Smith is likely to publish this in one of those 'young writers' antologies' of hers..." Guess I have a new goal in life.
Of course, the idea of changing it into a movie script stands strong. Still.

"Dragonball" WAS funny, just like Tenel mentioned; what was even funnier, though, was the banter preceeding and following the movie itself. I haven't laughed so hard in ages, I must say.
Once again, my best wishes for W., no grudges held, Bro.

In other news, I'm aching for Japanese food. Not the restaurant-served-fancy kind, but the simple-cheap-snacks-you-could-buy-in-every-combini kind.

And I'm currently gathering up courage to call my dentist. Need to have another tooth pulled out, and during summer holidays, too. Not the nicest perspective, no -- but maybe my recurring problems would finally be over. Keeping my fingers crossed.

ETA.
Ruda dziwka na pulpę śliwkową bita w drzazgi obfitującym taboretem.
Innymi słowy, klimaty wielkanocne powróciły. Z siłą wodospadu.
Poszłabym się upić, ale muszę swoje w pracy odsiedzieć. Niedobrze.

Thursday, 16 April 2009

To może być dobre. Obejrzyjcie zdjęcia, Tilda wygląda... niesamowicie.

Życie zamienia mnie w stworzenie połowicznie nocne (innymi słowy, albo nie mogę spać i oglądam "Fantazję 1940" Disneya o wpół do czwartej w nocy, albo przesypiam 11 godzin i nadal mam niedosyt). Po trzech tygodniach posuchy na polu fanfikowym, udało mi się wreszcie odstąpić od wałkowania prze-komplikowanego tematu linii czasu w "Tchnieniu" i skończyć trzeci rozdział crossovera Devil Wears Prada i Bad Girls. Nurzam się po szyję w mrocznym świecie więzienia dla kobiet, i jest mi z tym niepokojąco dobrze. Równie niepokojące wydaje mi się szalone powodzenie, jakim to maleństwo cieszy się wśród czytelników, ale to już zupełnie inna bajka.

Zainfekowana przez Siobhan, od dwóch dni nie mogę się uwolnić od "C'est Une Belle Journee" i "Mefie-toi". Nie narzekam, broń Boże :)

Monday, 6 April 2009

Żebym ja się od znajomych musiała dowiadywać, że mnie w gazecie wydrukowali?!

(Na papierze - w piątkowej "Stołecznej". Skrócili i trochę nabroili w tekście, ale niech im będzie...)

Wstyd, Panno K.