Może nie ze wszystkim się zgadzam tak na dobre i do końca, ale... idea jest dobra.
Dziękuję za:bałagan, który muszę posprzątać po imprezie - bo to oznacza, że mam przyjaciół;
podatki, które muszę zapłacić - ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony;
trawnik, który muszę skosić,
okna, które trzeba umyć i
rynny, które wymagają naprawy - bo to oznacza, że mam dom;
ubranie, które jest troszeczkę za ciasne - bo to oznacza, że mam co jeść;
cień, który patrzy, kiedy pracuję - bo to to oznacza, że jestem na słońcu;
ciągłe narzekanie na rząd - ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa;
duży rachunek za ogrzewanie - bo to oznacza, że jest mi ciepło;
panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem - ponieważ to oznacza, że słyszę;
stosy rzeczy do prania i prasowania - bo to oznacza, że moi ukochani są blisko;
budzik, który odzywa się każdego ranka - ponieważ to oznacza, że żyję;
zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia - bo to oznacza, że byłem aktywny.
Nie zapomnieć mi o tym, jak mawiała pewna łuczniczka.
Zwłaszcza kiedy tak wiele rzeczy wali mi się na łeb.
Przedłużony weekend zaczął się bardzo przyjemnie: jadąc do ubezpieczyciela wysiadłam przystanek za wcześnie, i maszerowałam sobie raźno w dramatycznym mrozie i pięknym słońcu, wdychając zapachy z Nestle, w którym jak raz wypiekano Chocapic. Człowiek otwierał usta, i czuł się, jakby jadł czekoladę. Mniam.
Zostawiłam ubezpieczycielowi mnóstwo pieniędzy, po czym pognałam do empiku, zakupić bilet na the Australian Pink Floyd Show w Bydgoszczy. Kompletny spontan: telefon od A. w czwartek wieczorem; "Jedziesz?" "Jak kupię bilet, to jadę..." - no więc jadę, i jestem przeszczęśliwa. Choć pusty śmiech mnie ogarnia na myśl o tym, jak historia lubi się powtarzać.
Piątkowy wieczór spędziłyśmy z Honey (od której przywędrowało Dziękczynienie) w górnym barze Hard Rock Cafe (bo tam się nie pali), pijąc drinki bezalkoholowe, bo na nic innego nie było nas stać. Przez większość czasu wyłyśmy ze śmiechu. Kolejne spotkanie, połączone z melanżem, również w stolicy - albo w Domu Na Wsi - albo w Tantrze toruńskiej (gdzieśmy onegdaj odkryli shota pod tytułem Płonący Szerszeń - Wściekły Pies wychodzi chyłkiem tylnym wyjściem, z ogonem między nogami, panie i panowie). Następnie, po wielu perypetiach, dotarłam do domu.
-Nie lubię was - oświadczyłam rodzicom na widok ich opalenizny. Nie lubię, i już. Może mi się odmieni w maju, jak mnie wezmą z sobą do Szwajcarii. Może.
W sobotę zadzwoniła sąsiadka. "Jesteś w domu? Poszedł pion centralnego ogrzewania, a zawory są w twojej piwnicy..." Taak. Ostatecznie problem naprawiono wczoraj późnym popołudniem, bo przecież nie mogłam się rozerwać i pofrunąć połową ciała z powrotem do T. Tymczasem udałam się do Ł., i przez kolejne 24 godziny intensywnie zagryzałam usta, żeby nie wybuchnąć. Płaczem, gniewem, wrzaskiem - czy to nie wszystko jedno?
Innymi słowy, minął rok. Od roku nie ma ze mną jednego z ludzi, których kocham najbardziej. Ciężko jest.
W niedzielę po mszy odwiedziła nas ciotka, najmłodsza siostra babci. "Śnił ci się już twój mąż?"
-On mi się nie chce przyśnić - powiedziała z wyrzutem babcia.
-Mnie się śni, i znajduje mi kota - to mama.
-Mnie śni się co najmniej raz na dwa tygodnie - to ja.
-Może trzeba go dobrze wspominać, żeby się przyśnił? - tata. - Nie powinnaś, babcia, tak ciągle na niego narzekać. Pamiętać trzeba te dobre rzeczy.
-Taak... ale echa tych innych rzeczy mi przeszkadzają.
-Przecież masz problemy ze słuchem? - mama. - Przestań słuchać tych ech!
Może gdyby to zrobiła, coś by się poprawiło. Tymczasem jest, jak jest, a ja mam zjedzone całe wnętrze ust.
A mój iPod zaliczył wczoraj kolejny upadek z wysokości, po czym postanowił odmówić współpracy. Trudno się mówi. Może mu przejdzie - jeśli nie, trzeba będzie nabyć nowy. I nie rzucać nim z wysokości.
Tak się to wszystko plecie, K3G normalnie. Dlatego odcinam się od złych energii, pustych kalorii i zawistnych myśli. Łudzę się, że zamarzam w lepszego człowieka. Może, może. Dosyć tego; wracam do pewnej krótkiej formy, o którą swego czasu prosiła mnie Tenel. Do zobaczenia.
Miłego popołudnia, drodzy.