Showing posts with label dark side of the moon. Show all posts
Showing posts with label dark side of the moon. Show all posts

Friday, 13 March 2015

Laska maga ma na czubku gałkę...

...a pewni Autorzy zostaną z nami na zawsze, ponieważ wciąż będziemy Ich czytać, i znajdować coś nowego w doskonale znanych tekstach. Na tę okoliczność nabyłam wczoraj elektroniczną wersję Ciekawych czasów (papierowe, angielskie wydanie, leży w jednym z kartonów - w sąsiedztwie Zimistrza oraz Dobrego omenu). Powinno się dodać tę książkę do kanonu lektur obowiązkowych na orientalistyce. Seriously.

A propos kartonów - żeby nie wchodzić głębiej w temat, który mnie przybija i przygnębia (no, może jeszcze tylko dodam, że podobno będzie jeszcze jedna część historii Tiffany, już gotowa) - zastanawiam się, czy Kathryn Janeway czuła się równie beznadziejnie, pakując swoje rzeczy przed wyprowadzką z Voyagera. Mimo wszystko - to był jej dom, nie do końca idealny (ha!), ale: dom. Trochę mnie podnosi na duchu takie racjonalizowanie w duchu WWCJD - What Would Captain Janeway Do? Może nie jest/nie będzie najgorzej.
Aczkolwiek - w zimne, ponure, deszczowe dni, kiedy wszystko człowieka boli, a mózg spoczywa przygwożdżony do gleby masą złych informacji - czasami ciężko jest w to uwierzyć.
Idę tłumaczyć instrukcję obsługi zestawu hydroponicznego.

Thursday, 21 March 2013

Czasami najpoważniejszą jasną stroną życia jest fakt, że udało się człowiekowi przeżyć kolejny dzień bez kompletnego, stuprocentowego załamania. Skreślony kwadracik w kalendarzu. Idziemy dalej.

Nadal uczę się jeździć, po ciemku, w zadymce, na śniegu. Nadal zrywam tynk ze ścian, razem z paznokciami. Nadal nie śpię po nocach, zamiast tego oglądając ładne seriale: Broadchurch, Call the Midwife czy Last Tango in Halifax.

Nadal udaję, że jest w porządku. And the Oscar goes to me.

Monday, 24 September 2012

Pozor na majtki, i Ex-TEA-minate.

Byłam-ci ja na Bałkanach, mili moi.
Bałkany są, w rzeczy samej, piękne. I tanie. I winnonośne. I morze tam występuje, Czarne w dodatku, z falami i algami i meduzami, i prawdziwymi plażami, a nie jakimś cholernym żwirem. I mówią/piszą tam po rosyjsku, który to język mam, okazuje się, zakodowany na poziomie molekularnym: uruchomił się automatycznie. (Z ciekawostek lingwistycznych: w Macedonii używa się cyrylicy, plus normalnego "J". Nie wiedziawszy. Ha.) A w Bratysławie nocowaliśmy w tym samym hotelu co banda wesołych Szkotów, którzy zaszokowali stateczną panią w recepcji swoim przywiązaniem do tradycji: stąd ostrzeżenie o bieliźnie osobistej. Wężykiem, wężykiem...

Zaliczyłam tylko jeden epizod ostrej depresji, na plaży w Słonecznym Brzegu, żeby było weselej. Od powrotu jest gorzej, doszły rozczarowania natury osobistej, zaginięcie mojego kota (mojego - w opozycji do znajdy przygarniętej przez matkę) i babcia na kardiologicznym OIOM-ie. (Wiesz, że oglądasz za dużo Ostrego dyżuru, gdy jedynym skrótem przychodzącym ci na myśl jest C-ICU...) W sobotę przyjemniej: poszłyśmy z Sepulką na sushi i napotkałyśmy czajnikowego Daleka zaczajonego na stoliku. Nie dałyśmy się zniszczyć, choć było blisko (dużo sushi za pół ceny = dwie bardzo najedzone whovianki). Wczoraj pakowanie, niewesołe rozważania, cztery tysiące słów machnięte tylko po to, żeby nie zacząć wyć lub rzucać się po pokoju.

A dziś znowu wyjeżdżam. Rozbita, potłuczona, zziębnięta wewnętrznie i zewnętrznie - na dwa tygodnie.
Po powrocie pokażę Wam trochę zdjęć. Analogowych, bo tak.
Tymczasem - dobrej jesieni, Mili Moi.

Sunday, 22 July 2012

Nie powinnam być dobra dla ludzi.
To mi zwyczajnie nie służy.

Wednesday, 23 May 2012

Let me show you who I am.

Właściwie mogłoby nie być tytułu. Bo jak to wszystko ogarnąć?

I think I'm falling for you.
I wanted to kill myself last night.
I've been job-hunting for you.
I have a room in my house with your name on the door.
Come and stay...

Wszystko to na przestrzeni dwudziestu czterech godzin.

Co się mówi, kiedy nie można odpowiedzieć: hej, wiesz, ja chyba też zaczynam tracić dla Ciebie głowę...?

Bo nie zaczynam.
Ja w ogóle rzadko kiedy tracę głowę. Nie lubię tego stanu, nie tęsknię za nim, nie pożądam go.
A potem komuś się to przydarza w odniesieniu do mnie - i co mam powiedzieć? Hej, świetnie, genialnie po prostu. Drinki z palemką dla wszystkich!...

Niekoniecznie.
Więc jest mi teraz źle, moi mili.



A poza tym: trochę czytam, kupuję filmy do Bessy, trochę łażę z rzeczoną Bessą po mieście i się wygłupiam. I czekam bardzo na Gdańsk. I to tyle właściwie.
I nadal nie jest dobrze.

Sunday, 25 December 2011

I jeszcze jeden...

Wiem, wiem - zamieszczałam to w ubiegłym roku, ale:
a) moje Święta wcale nie są 'jolly', a przed załamaniem nerwowym ratuje mnie wyłącznie porto,
b) człowiek nigdy nie ma za dużo Michelle... to jest, Susan... i Śmierci, niech będzie, że Śmierci też,
c) za godzinę rozpocznie się emisja Downton Abbey: Christmas Special, a niektórzy muszą czekać z jego oglądaniem aż do jutra (sniff).

TOTEŻ:


Happy belated Hogswatch, my dears.

Tuesday, 29 November 2011

Dziś jest dzień smutny, i za zimny, i nie wiem czy chce mi się iść samej na Szpiega (na pewno musiałabym zahaczyć o dom i zamienić jesienne pantofelki na normalne obuwie, hmpf!), i wciąż jeszcze nie przeszła mi faza na 5 bardzo konkretnych piosenek Florence, i myślę, że Dan Stevens powinien zagrać Matthew Swifta z powodu tych swoich niesamowicie błękitnych oczu, i nie chcę myśleć o prezentach gwiazdkowych dla mnie od innych ludzi, a wprost przeciwnie jak najbardziej, i nie mam się dziś do kogo przytulić, a rano było tak zimno że zmarzła mi spodnia strona języka, zaimpregnowana czarnym Hallsem, i nie znoszę być słaba i zależna od ludzi, i nie lubię jak się mnie traktuje jak obiekt seksualny, bo się takowym nie czuję ani nie chcę czuć, i wszystkie moje słabości (nie tylko fizyczne) wyprowadzają mnie dziś z równowagi, i nawet ta z założenia terapeutyczna notka nie spełniła swojego zadania, i przepraszam, że Was tym wszystkim zanudziłam, ale czasami po prostu muszę się wykrzyczeć, choćby tylko dointernetowo.

I miłego popołudnia. Na przykład z gorącą czekoladą, której ja nie wypiję, bo ostatnio wyjątkowo mocno nienawidzę swojego ciała.

Tuesday, 8 November 2011

"Dear Mr. F.--up yours!", and other stories.

Gdybyście chcieli się dowiedzieć, moi Mili Czytelnicy, jak NIE należy rozwiązywać wątków romansowych, zachęcam Was serdecznie do obejrzenia ostatniego odcinka drugiego sezonu Downton Abbey.
A kiedy już załapiecie gigantyczny zjazd i festiwal zwątpienia w zdrowie psychiczne scenarzystów, jak to miało miejsce u mnie wczoraj około północy, przeczytajcie sobie ten fanfik, Alternative Universe dla całego sezonu, i schylcie czoła przed jego autorką. Tyle w tym temacie.

In other news, Gandalf's still dead. Obsuwam się po równi pochyłej w otchłań ciężkiej depresji, albowiem świat jest złym, złym miejscem, w którym nie mogę sobie znaleźć żadnej sensownej niszy ekologicznej. A Księżyc się wypełnia. Bez komentarza.

Poza tym - przeczytałam ostatnio Między młotem a piorunem, w którym Atticus rozważa zalety Star Treka jako religii (Kirk i Spock jako aniołki na ramionach, podpowiadające alternatywne metody podejścia do życiowych decyzji i problemów!), przyznaje się do (przeniesionego od autora, I'm sure) uwielbienia dla Neila Gaimana, oraz mąci wodę w Asgardzie. Zaprawdę, polecam: szczególnie, że Morrigan znowu ma piękne wejście, choć tym razem nikogo nie uszczęśliwia swoimi wdziękami. Uff.
Kroniki Żelaznego Druida podobają mi się, jak dotąd, o wiele bardziej niż, chociażby, cykl o Temeraire autorstwa pani Novik, choć u pana Hearne'a nie ma smoków. Ot, magia dobrego pisarstwa.

A tak w ogóle - chcę już do Dublina. I do Szkocji. I gdziekolwiek, byle dalej stąd.

Friday, 7 October 2011

We only got four minutes to save the world

Jak zwykle, tytuł jest projekcją tego, co aktualnie gra mi pod czaszką, i nie ma nic wspólnego z treścią notki. O.

La Tumba... nie dorównała, niestety, Union Jackowi. Na mój gust za dużo było w niej elementów nadprzyrodzonych, a Billy i jego kompania zbyt często wydostawali się z tarapatów tylko i wyłącznie dzięki szczęściu, i pomocy kilku nie bardzo żywych piratów. Napełniło mnie to niejakim smutkiem, albowiem potencjał był, i się zmył. Wzdech.

Kończę właśnie wybitnie stresujący tydzień w pracy, i szykuję się na weekend z hiszpańskim (kiedyś w końcu trzeba zacząć się uczyć), książkami i aspiryną, albowiem, jak na wzorowego pracownika przystało, zaczynam się przeziębiać w piątek, a nie, na przykład, we wtorek. Nic to: ważne, żeby zdusić świństwo w zarodku, i być w formie w przyszły weekend. Zamierzam bowiem dobrze się bawić, pomimo że Ala i Vramin jednak nie przyjadą, który to fakt napawa mnie smutkiem głębokiem. Do moich planów należy, między innymi, przebranie się w coś pasującego do tegorocznego klimatu konwentu - jak dotąd wymyśliłam gorset na białej koszuli, czarne, koronkowe rękawiczki, sporo stylizowanej biżuterii i borsalino. Hell yeah!

A wczoraj był smutny dzień. Urodziny Dziadka, tego jedynego i prawdziwego. Powoli mija trzeci rok, odkąd Go nie ma. Nadal tęsknię.

Miłego weekendu, moi mili.

Tuesday, 4 October 2011

Pani Zofia Nasierowska zmarła wczoraj.

Monday, 19 September 2011

...wondering and wondering -- when will my life begin?

To z Tangled - tak mi się jakoś narzuca w związku z hiatusem, w jaki weszło moje tak zwane życie.

Wczoraj w nocy byłam już o krok od wymyślania pseudo-optymistycznych powodów, dla których obecny stan rzeczy nie powinien mnie martwić. Wiecie, coś w rodzaju: "Nie mogę zrobić prania, bo pralka wciąż stoi na środku pokoju i czeka na ułożenie płytek na podłodze, ani dostać się do moich szaf, zaklejonych folią dla ochrony przed kurzem - ale ostatecznie dzięki temu mam szansę zedrzeć do cna tych kilka rzeczy, które od ponad trzech tygodni leżą w mojej malutkiej walizce urlopowej, i zrobić miejsce na nowe ciuchy, które kupię, jak kiedyś wyjdę z długów!..." Tyle tylko, że to nie działa.

Wobec czego - kupiłam wczoraj chilijskiego merlota, przyjęłam pół butelki na pusty żołądek, i poszłam spać. I już mi trochę lepiej - na duszy. Na ciele nie zanotowano zmian na lepsze lub gorsze. Mówiłam, że układ trawienny mam po słoniu.

Co nie zmienia faktu, że chciałabym kiedyś w końcu posprzątać mieszkanie. Pozbyć się kurzu, resztek gruzu i wszechobecnej folii. Ogarnąć ten sajgon przed piątkowym przyjazdem rodziców. I wziąć długi, gorący prysznic.

Podjęłam stanowcze kroki w kierunku realizacji tego planu. Zobaczymy.

Tymczasem: zaczął się drugi sezon Downton Abbey, serialu genialnego (czego dowodem są trzy nagrody Emmy, otrzymane onegdaj przez jego twórców, i czwarta - dla Dame Maggie Smith). Gdybym miała po temu warunki, zwinęłabym się dziś po południu na kanapie pod kocem, zaparzyła herbatę z orzechami laskowymi i płatkami kakao, i obejrzała ten pierwszy odcinek - ale ponieważ jest, jak jest, odkładam arcyprzyjemne obcowanie z Dame Maggie, Michelle, błękitnymi oczami Dana Stevensa oraz zapierającymi dech w piersi kostiumami z drugiego dziesięciolecia ubiegłego wieku - na niedzielę. A w oczekiwaniu na tę niewątpliwą przyjemność, podczytuję sobie fanfiki: ten najlepszy, najwspanialszy i najbardziej bolesny: "Any Other World", i różne inne, jak chociażby skrzyżowanie świata Downton z Sherlockiem, które wywołało dziś u mnie radosny pisko-kwik. Mniam.

Z powodów oczywistych, największą sympatię żywię do Lady Mary. Lubiłabym ją nawet, gdyby nie grała jej Michelle: ta kobieta po prostu JEST mną, w bardzo wielu aspektach charakteru i elementach biografii (niestety, ja zdecydowanie nie jestem NIĄ - mój ojciec nie jest earlem, a przynajmniej nic nam na ten temat nie wiadomo; no i nie mam takich fantastycznych sukienek...). Jest tak... potłuczona, poraniona duchowo, że po prostu nie można jej nie współczuć. Zresztą, proszę mnie nie słuchać: najlepiej zrobicie, wyrabiając sobie na jej temat własne zdanie, drogą kontaktu wzrokowego z materiałem dowodowym. Polecam.

Na zakończenie, z cyklu: Rozczarowanie tygodnia - Martwe Jezioro Marcina Mortki. Czy to NAPRAWDĘ pisał ten sam człowiek, który popełnił jakże smakowitą Karaibską krucjatę?! Wierzyć mi się nie chce...

Miłego poniedziałku.

Tuesday, 13 September 2011

Perfume came naturally from Paris - for cars, she couldn't care less...

Kto wie, z jakiego to utworu? ;)

Urlop wywołał we mnie uczucia zarezerwowane dotąd dla kombinacji "teściowa-rzeka-nowy samochód". Widoki wspaniałe, mnóstwo pożywki dla wyobraźni, Loverdose Diesla, białe wino z czerwonych winogron - oraz dusząca, nerwowa, pełna wzajemnych pretensji atmosfera w grupie, co dotąd nie zdarzało się na wakacjach z moim ojcem. Stawia to pod znakiem zapytania mój udział w Wielkiej Wyprawie Do Norwegii, zaplanowanej z rozmachem na lipiec przyszłego roku.

Nic to. Spakuję plecak, i pojadę się starzeć do Szkocji, a co.

Powrót do rzeczywistości nie należał do przyjemnych. I nawet nie chodzi tu o kompletny bałagan w domu, i brak łazienki... choć w sumie, o to też. Bo gdybym miała teraz do dyspozycji prysznic, wlazłabym do niego, włączyła deszczownicę, i rozpłakała się malowniczo na okoliczność końca pewnej ery, rozpoczętej z przytupem w lutym 1999. Dwanaście lat, no. I tyle, koniec pieśni. (Co mi przypomina, że powinnam przeczytać młodego Zembatego, a nie zamawiać książki o smokach w armii brytyjskiej czasów napoleońskich, o).

Nic to. Zaciskamy zęby, cowabunga i do przodu. Bo w końcu inaczej nie można.

Monday, 1 August 2011

Been dazed and confused for so long it's not true...

A bo źle mi dziś na świecie.

Pomijając te rzeczy, o których wiedziałam, że się skopią - skopało się jeszcze kilka takich spraw, które powinny były być w porządku.

Do rzyci z tym wszystkim.

Byłoby kompletnie nieznośnie, gdyby nie dieta. Owszem, wkurza mnie - zjadłabym lody z bitą śmietaną lub/i sosem czekoladowym na poprawę humoru, a tu lipa - ale 2,2 kg zgubione w tydzień - no, to już coś jest. A będzie lepiej - choćby dlatego, że przy depresji opuszcza mnie apetyt (z pominięciem słodkiego, a tego mi nie wolno).


Aha. Dziwne rzeczy mi się śnią. Zupełnie nie przystające do tego, co się wokół mnie dzieje. FTW?...

Saturday, 16 July 2011

'Cause maybe you're gonna be the one that saves me.

Przyjechałam do domu, gdzie jest - jak zwykle - cieplej, słoneczniej i przyjemniej niż w Mieście T. Przynajmniej z pozoru.
Pogrzeb w poniedziałek.
W porównaniu z tym, jak bardzo przygnębieni byliśmy wszyscy po śmierci dziadka (tego "prawdziwego" - ojca mamy), atmosfera jest raczej... swobodna. Daleka od wybuchów frenetycznej radości, ale dojmujący smutek także jest nam obcy.
Bądź co bądź, ten człowiek nie chciał mieć z nami nic wspólnego od prawie dwudziestu lat...

Catholic guilt does not become you, powiedziała wczoraj T., więc już nie desperuję. I staram się ignorować większość z tego, co mówi do mnie rodzina, bo tylko pogłębiam sobie kompleksy, no.

A poza tym - byłam na ostatnim Potterze. Za mało emocji w emocjach, ale Maggie, Helena, Julie i Alan uratowali sytuację. I muzyka dobra. I kilka tekstów ("Wy i czyja armia?!"). Aha: człowieka, który wynalazł okulary 3D, należy komisyjnie powiesić. Jeszcze nie zdecydowałam, za co.

A teraz idę pić z Młodym, bo co nam innego pozostało?...

Wszystkim, którzy mnie wspierali i wspierają, serdecznie dziękuję. Jesteście najlepsi!

Thursday, 14 July 2011

Note to self:
Zrzucić 15, nie 10, kilo, zanim pozwoli się komukolwiek robić mi zdjęcia :///

Monday, 11 July 2011

Epickość, ulotność, i inne -ści

Let's swim to the moon
Let's climb through the tide
Penetrate the evenin' that the
City sleeps to hide

Let's swim out tonight, love
It's our turn to try
Parked beside the ocean
On our moonlight drive


Zlot był, jak można się domyślić, prześwietny. Jedyną jego złą stroną była długość, a raczej krótkość. W przyszłym roku obstawiam siedem (w porywach do jedenastu) dni.

Nie przypominam sobie, żeby mi się kiedykolwiek wcześniej zdarzyło dostać czkawki ze śmiechu trzy razy pod rząd.
Ani żeby trzeba się było modlić do duchów internetu o zasięg.
Ani żeby parskana kalarepa, ostry sos paprykowy, "czyraki" (żywy, nieżywy, i zombie) oraz wyrażenie "Bynajmniej ubierz swetr!" awansowały tak wysoko na liście rzeczy, od których poprawia mi się humor.

Poza tym: porozmawiałam z kilkoma osobami na tematy poważne i niepoważne. Oparzyłam sobie plecy w czerwonego smoka. Dałam sobie wyprzeć z mózgu (przynajmniej trochę) anty-asertywność, za co bardzo dziękuję Pewnej Wiewiórce.

I w ogóle - było fajnie. Gdybym mogła, wróciłabym sobie na przykład do piątkowego popołudnia/wieczoru, i tam już została. Czas mógłby sobie płynąć, jak chce, oby to czynił beze mnie.


Albowiem dziś, w dniu skądinąd bardzo przyjemnie rozpoczętym, okazało się, że wspomniany w poprzedniej notce człowiek wcale nie zamierza się z kimkolwiek godzić. On zaprosił do siebie wdowę po swoim przyjacielu z młodości nie po to, żeby poprosić ją o wstawiennictwo u jej córki i zięcia, którzy są zarazem jego synową i synem. Nie po to, żeby - jeśli tak trudno jest mu się przyznać do błędu - choćby spróbować wypracować jakiś punkt odniesienia, grunt do rozmowy. Do kompromisu, jeśli nie do zgody. Nie, moi drodzy. Nic z tych rzeczy.
Ten człowiek miał pretensje. Nie podobało mu się, mianowicie, że przez te wszystkie lata, kiedy pomiatał swoim synem i jego rodziną, teściowie rzeczonego syna nie utrzymywali z nim kontaktów towarzyskich. Że nie przychodzili na herbatę i ploteczki.
Zawezwał więc matkę mojej matki, żeby na nią... może nie dosłownie nawrzeszczeć, bo człowiek umierający nie bardzo ma chyba siłę podnosić głos, ale coś mocno zbliżonego w wymowie i charakterze.
A mój tata, zmęczony, sponiewierany, i bardzo, bardzo dzielny, spacerował wokół budynku szpitala, z nadzieją, że jego teściowa zadzwoni i powie mu: Twój ojciec chciałby się z tobą pogodzić przed śmiercią.

Chciałabym móc teraz wzruszyć ramionami i powiedzieć, że wykreślam tego człowieka (człowieka?!) z mojego życia raz na zawsze - ale nie potrafię. Może nadal mam cień nadziei: nie ze względu na mnie, ale z powodu taty. Może jednak nie jestem aż tak doszczętnie zepsuta i podła.

A może po prostu nawet na to nie mam już siły.

Tuesday, 5 July 2011

It's my party, and I cry if I want to.

Starsza jestem. O kolejny dzień.

Przed kwadransem dopadła mnie migrena - prawdopodobnie wywołana sprzedaną mi dziś informacją.

Mój dziadek - człowiek, który niejako na własną prośbę odwrócił się od nas wiele lat temu - umiera na nowotwór.
Kompletnie nie wiem, co zrobić z tą wiedzą.
Ale boleć - boli.

Wednesday, 11 May 2011

Dowiedzieć się, na dwa miesiące przed jeszcze-nie-trzydziestymi urodzinami, że już teraz trzeba rozpocząć terapię farmakologiczną, która prawdopodobnie potrwa do końca naszego życia - bezcenne, psiakrew.

Oddam tę wiadomość w dowolne dobre ręce. Jacyś chętni?...

Z innej, nieco bardziej radosnej beczki: Szaleństwo aniołów kojarzy mi się z udanym mariażem Neverwhere (miejsce akcji) i The Dresden Files (styl, setting, etc.). W związku z czym, polecam.

I idę się chmurzyć dalej.

Wednesday, 13 April 2011

Był jasny, zimny dzień kwietniowy...

Dziś też jest zimno, ale jasno - już nie.
Żadnych zegarów nie słychać. Nawet tego za ścianą.
Zaantybiotykowana, włażę pod kołdrę, żeby się posmucić i powalczyć z anginą.

With the lights out, it's less dangerous...

Sunday, 27 March 2011

The hills are alive with the sound of music...

Innymi słowy, ja mam fazę na musicale z dzieciństwa, a Julie Andrews jest boginią (tak, tak, Mary Poppins też jeszcze dzisiaj obejrzę). Ale nie o tym miała być mowa.

Mama właśnie zadzwoniła, żeby mi powiedzieć, że dziś jest rocznica śmierci cadyka z Leżajska, w związku z czym na Kazimierzu jest mniej więcej tylu chasydów, co w Jerozolimie. I że kupiła sobie na jarmarku dwustronne poncho za 40 złotych. I że byli w dwóch synagogach, i kupili ciasteczka cynamonowe, i pili purimową herbatkę z wiśniówką... I CO JESZCZE, DO KROĆSET?!

Ja tymczasem uszanowałam potrzebę spędzenia przez rodziców romantycznego weekendu w Krakowie, i zamiast zabrać się z nimi, nacieszyć oczy przejawami kultury, którą się fascynuję i o której staram się pisać, a do tego, och, nie wiem, może spotkać się z Oh-reen i Alexis - poszłam wczoraj na masakrycznie nudne zajęcia, które właściwie nie były mi do niczego potrzebne, i z których uciekłam po dwóch i pół (z sześciu zaplanowanych) godzin, bo mózg mi się zlasował.

A do tego w piątek szef znowu był uprzejmy zmieszać mnie z błotem, bo taki akurat miał nastrój.

Nie. Przepadam. Za. Swoim. Życiem. Za rzycią też nie do końca.

Są jednak i jasne strony - upiekłam wczoraj genialnego kurczaka z gruszkami, marynowanego w borówkach (ukłon w stronę mojej nieodżałowanej pamięci postaci z Wiedźmin RPG: rudowłosej czarodziejki-lesbijki z upodobaniem do fioletowych sukienek i jarząbka z sosem borówkowym), a przygody panny Tarabotti zostały przeze mnie z sukcesem "sprzedane" Ali. Tu dodam: sprzedane w tłumaczeniu, które nawet nie byłoby złe, gdyby Conall rzucił czasami jakimś solidniejszym mięsem (po angielsku, owszem, rzuca), szyk wyrazów w co drugim zdaniu nie został kompletnie zaburzony (bo pani tłumaczce wyraźnie spodobała się taka forma "postarzania" stylu wypowiedzi postaci), a słówko 'claviger' zyskało swój polski odpowiednik (bo skoro można było przetłumaczyć 'drone', to czemu nie..., itd.).Ale - trzeba oddać cesarzowi to, co cesarskie: Alexia mówiąca "O, losie!" to bardzo przyjemne połączenie.

Innymi słowy, ostatnio bywa u mnie różnie, kwadratowo i podłużnie. I znów nie wygrałam w totka...