Showing posts with label doctor who. Show all posts
Showing posts with label doctor who. Show all posts

Monday, 17 February 2014

Ręce zajęte, a serial w tle

Niniejszym oświadczam, że drugi sezon "Homeland" (na którym zakończyłam oglądanie, ponieważ doprawdy, ILE MOŻNA?) bardzo dobrze sprawdza się jako podkład audiowizualny pod robótki ręczne. Oto dowód.






Szalik Toma Bakera, aka. Czwartego Doktora, bazujący na gamie kolorystycznej z 11 i 12 sezonu bodajże, został wykonany na okoliczność zbliżających się urodzin Sepulki (przez grzeczność nie powiem, których ;)) ) - i wręczony wczoraj, z pewnym wyprzedzeniem, jako antidotum na przeziębienie i dreszcze. "Dzieło" ma dwa metry (plus frędzle), i kontynuuje tegoroczną tradycję dziergania, którą wyrobiłam sobie z powodu ataku wyrzutów sumienia ("tak bezproduktywnie ślepię w te seriale, i co z tego wynika?..."). W przyszłym tygodniu planuję otulacz czajnikowy z Union Flag. Stej tjund.

Monday, 12 November 2012

Życie jest sceną, czy coś w tym rodzaju.

Tytuł zainspirowany Anną Kareniną: miałam poważne obawy względem tego filmu, ale obronił się w bardzo dobrym stylu. Fakt, Jude Law jako Karenin jest zdecydowanie zbyt przystojny, Wroński (rocznik '90 WTF?) ma na głowie jajecznicę a Keira jakoś mnie specjalnie nie rzuciła na kolana - ale scenariusz, i kostiumy, i konwencja w jakiej podano widzowi całość, i Michelle Dockery (Lady Mary Crawley, ladies and gentlemen), Olivia Williams oraz rzesza aktorów mniej-pierwszoplanowych (nie będę ich obrażać degradacją do drugiego planu) robią swoje.

Tak więc: polecam. Idźcie, zobaczcie, niech tylko wejdzie do kin. Myśmy się z Sepulką załapały na pokaz przedpremierowy, z czego bardzom zadowolniona. Mniam.

Co jeszcze? Węzeł chłonny napędził mi stracha: szczęściem nie jest to masa zwyrodniałych komórek, a jedynie wyjątkowo męcząca infekcja. Obyło się bez gronkowców i paciorkowców: cieszmy się z małych rzeczy, tak? Ale co się nadenerwowałam przy okazji długiego weekendu, to moje...

W ubiegłym tygodniu spłodziłam plus-minus 16 tysięcy słów, które podobno komuś pomogły, a komuś innemu (wielu 'komusiom') poprawiły humor. Przypłaciłam to ostrym atakiem depresji w nocy z soboty na niedzielę (CO JA MAM Z TYMI SOBOTAMI?!), i ogólnie króliczym (patrz poniżej) samopoczuciem.




Ale jest nieźle. Stos dobrych rzeczy, stos złych rzeczy, i żadne z nich nie znoszą tych przeciwnych: ale na tym polega życie, prawda? (Jak powiedział Doktor do Amy w odcinku o Vincencie Van Goghu...)

Prócz tego: nowa Musierowicz średnia, chyba lepsza niż poprzednia, ale absolutnie bez szału. Kate Fox - bardzo pouczająca, i obnażająca mój przedziwny snobizm. Aktualnie The Blind Assassin Margaret Atwood: piękne, piękne, bolesne, piękne - i o mamo moja, to jest książka o River i Doktorze. Trzymajcie mnie...

Dobrego poniedziałku!

Friday, 19 October 2012

Na dobry początek weekendu...

(Pees: Jak to jest, że kiedy się człowiek stara, ma różne głębokie przemyślenia i "wogle", po czym pisze poważny, dramatyczny fanfik, mało kto się koło niego zakręci - ale gdy się człowiekowi PRZYŚNI crossover Doktora Who i Downton Abbey, okazuje się, że pisemna wersja tegoż snu zostaje nominowana do jednej z najważniejszych nagród literackich w downtonowskim fandomie?... /czyste radości mojego życia)