- czyli: szef wyszedł z biura, może już dziś nie wróci. Oh, joy unlooked for. (Skąd to cytat? - Z The Fire and the Rose, prawdopodobnie najlepszego fanfika potterowskiego na świecie).
W zasadzie nie mam nic nowego do zaraportowania. Zimno jest, nic się człowiekowi nie chce. Trzeci rozdział sadomasochistycznie pokomplikowanego fanfika rodzi się w bólach, a w mojej głowie rozwija się kompletnie niepoważna wizja Elsie Hughes jako naczelnej terrorystki Downton Abbey. Esther wie, o co chodzi. ;)
Sapkowski zapowiedział kontynuację Sagi, być może już w przyszłym roku. No, nie wiem. Jakoś tak... niepewnie się z tym czuję. Ale nie ma sensu niczego skreślać, zanim się człowiek z tym nie zapozna. Ostatecznie, nie wszystko Żmija, co nowe od ASa.
Z ciekawostek natury ogólnoludzkiej: mam 'randkę' 14. lutego. Z własnym byłym facetem. No, proszę.
A w Mieście T. poustawiali koksowniki. Jeden tuż przy przystanku, z którego jeździ autobus w kierunku mojego domu. Popieram tę inicjatywę z całego serca, choć dziś pewnie wrócę spacerem/marszobiegiem. Żeby pomyśleć. I posłuchać Phyllis Logan w audiobooku BBC Dracula. Ta kobieta robi z Miną Murray takie rzeczy, że... aż mi ciepło.
Czego i Wam życzę, Drodzy Potencjalni Czytelnicy.
Showing posts with label downton abbey. Show all posts
Showing posts with label downton abbey. Show all posts
Wednesday, 1 February 2012
Tuesday, 27 December 2011
Ostatnia naiwna.
Jakiż ten Smuteczek był uroczy... Panu Maciejowi Stuhrowi wielkie należą się podziękowania za powołanie do życia tak uroczego bytu. Oby się tylko nie okazało, że byt pobył chwileczkę i zaraz odszedł w nie-byt: skoro bowiem zebrało się tak zdolną i kreatywną ekipę, grzechem byłoby ją teraz rozpuścić na cztery i więcej wiatrów, czyż nie?
Tomasz Kot był dla mnie objawieniem w kategorii: Mężczyzna Wcześniej O Umiejętność Śpiewania Nie Podejrzewany, Śpiewa, I Czyni To Nad Wyraz Sprawnie. Ania Dąbrowska zaśpiewała O, Romeo!, wywołując u mnie nieodpartą potrzebę zwinięcia się w kłębek na jakimś parapecie, w towarzystwie koca, książki, i kubka kakao. Panowie Stuhr i Małecki prezentowali się nienagannie w surdutach i spodniach sztuczkowych, przyprawiając pierś moją o unoszenie się westchnieniami za dawno minionemi czasami męskiej elegancji w wydaniu proponowanym przez Szarmanta. I ten język... te piosenki... ten świat, przy którym (na którym?) się, poniekąd, wychowałam, i do którego wracam jak do domu.
Piękne, proszę Państwa, piękne.
Święta minęły mi poza tym na obsesyjnym czytaniu książek natury lekkiej i przyjemnej, napisanych smakowicie i o szybsze bicie serca mnie przyprawiających. W tej chwili pochłaniam wynurzenia globtroterskie panów Manna i Materny, ocierając co chwila łzy szczerego śmiechu - a w kolejce czeka Miłoszewski, i Prokop z Hołownią, i Niedźwiedź, który Esther do koperty nie mieści się.
I ręcznik cieplutki, kąpielowy dostałam. I smoczą ścierkę donaczynną. I drugi tom "Poczytaj mi, mamo", ten z opowieścią o zarozumiałej łyżeczce: tak, mili moi, mama kupiła mi skondensowaną wersję moich ulubionych bajek z dzieciństwa, których oryginały tata dawno temu wyniósł był na śmietnik (czego do dziś do końca przebaczyć mu nie mogę).
I odcinek świąteczny mojego pasjami ulubianego ostatnio serialu obejrzałam - i choć coś mi zgrzyta (ale nie wiem, co), bardzom rada, że pewne wątki zostały wreszcie doprowadzone do tego, co się wydaje końcem być szczęśliwym.
I jeszcze stada ozdobników, epitetów i neologizmów obudził ten Smuteczek w moim uśpionym rozumku - miejcie więc na uwadze, że będę Was nimi atakować przez czas jakiś. Wytrzymacie?...
Dobrej końcówki roku Wam życzę, i umykam do kina.
Tomasz Kot był dla mnie objawieniem w kategorii: Mężczyzna Wcześniej O Umiejętność Śpiewania Nie Podejrzewany, Śpiewa, I Czyni To Nad Wyraz Sprawnie. Ania Dąbrowska zaśpiewała O, Romeo!, wywołując u mnie nieodpartą potrzebę zwinięcia się w kłębek na jakimś parapecie, w towarzystwie koca, książki, i kubka kakao. Panowie Stuhr i Małecki prezentowali się nienagannie w surdutach i spodniach sztuczkowych, przyprawiając pierś moją o unoszenie się westchnieniami za dawno minionemi czasami męskiej elegancji w wydaniu proponowanym przez Szarmanta. I ten język... te piosenki... ten świat, przy którym (na którym?) się, poniekąd, wychowałam, i do którego wracam jak do domu.
Piękne, proszę Państwa, piękne.
Święta minęły mi poza tym na obsesyjnym czytaniu książek natury lekkiej i przyjemnej, napisanych smakowicie i o szybsze bicie serca mnie przyprawiających. W tej chwili pochłaniam wynurzenia globtroterskie panów Manna i Materny, ocierając co chwila łzy szczerego śmiechu - a w kolejce czeka Miłoszewski, i Prokop z Hołownią, i Niedźwiedź, który Esther do koperty nie mieści się.
I ręcznik cieplutki, kąpielowy dostałam. I smoczą ścierkę donaczynną. I drugi tom "Poczytaj mi, mamo", ten z opowieścią o zarozumiałej łyżeczce: tak, mili moi, mama kupiła mi skondensowaną wersję moich ulubionych bajek z dzieciństwa, których oryginały tata dawno temu wyniósł był na śmietnik (czego do dziś do końca przebaczyć mu nie mogę).
I odcinek świąteczny mojego pasjami ulubianego ostatnio serialu obejrzałam - i choć coś mi zgrzyta (ale nie wiem, co), bardzom rada, że pewne wątki zostały wreszcie doprowadzone do tego, co się wydaje końcem być szczęśliwym.
I jeszcze stada ozdobników, epitetów i neologizmów obudził ten Smuteczek w moim uśpionym rozumku - miejcie więc na uwadze, że będę Was nimi atakować przez czas jakiś. Wytrzymacie?...
Dobrej końcówki roku Wam życzę, i umykam do kina.
Labels:
books,
downton abbey,
moving pictures,
pan jeremi
Sunday, 18 December 2011
Uptown Downstairs Abbey
Kim Cathrall can be given Elizabeth McG's job any time, I tell you.
Also, it is pure awesomeness.
Also, it is pure awesomeness.
Thursday, 15 December 2011
Only If For The Night
First and foremost: Happy 30th Birthday, Michelle, you beautiful, beautiful person!
A z innej beczki: we wtorek zaliczyłam załamanie nerwowe, albowiem mój szef po raz pierwszy potwierdził, że istnieje możliwość zamknięcia naszego oddziału w połowie przyszłego roku. Oczywiście, moja pierwsza reakcja ("Nie znajdę innej pracy w T., bo wszystkie firmy zatrudniające ludzi z mojej branży upadną, więc będę musiała się stąd wynieść, i po co ja brałam kredyt mieszkaniowyyyy!...") była kompletnie nieracjonalna. Nie lubię, kiedy emocje biorą u mnie górę nad zdrowym rozsądkiem.
Na całe szczęście, łyknęłam ziołowy otumaniacz, zablokowałam co bardziej nieprzyjemne ośrodki w mózgu, i zaczęłam myśleć.
Mieszkanie można przecież wynająć. A za trzy lata - spróbować sprzedać. Nawet jeśli nie dostanie się za to takiej samej kwoty, za jaką się je kupiło, można będzie zapłacić większą ratę kredytu, i mieć bank nieco bardziej w nosie, niż obecnie. To raz.
Ja przecież nawet nie lubię tego miasta. I nie mam tu rodziny, ani facetomęża. Owszem, mam przyjaciół - ale moi przyjaciele, jako i ja, należą do istot światłych i mobilnych, toteż podróże im nie straszne, a kontaktu tracić nie będzie trzeba. To dwa.
Na domiar złego, zasiedziałam się w tej pracy. Owszem, czasami jest fajnie: nie ma co robić, można poczytać ebooki albo popisać (dwa fanfiki z Downton Abbey w dwa tygodnie, ze średnią 1,5-2k słów w lengłydżu dziennie - nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna), czasami się wyjeżdża w delegacje (ostatnio coraz rzadziej, bo w końcu kryzys...) - ale summa summarum niczego nowego już się tutaj nie nauczę. Pora oswobodzić wychodek. To trzy.
I tak sobie myślę, że może powinnam w końcu spróbować czegoś nowego. Na dobrą sprawę, odkąd siedem lat temu wyjechałam na stypendium, robię rzeczy, których nigdy robić nie chciałam. Skoro więc zmiana sama pcha mi się w ręce...
Dzisiaj wysłałam pierwsze CV. I zobaczymy.
Ponadto: czytam Szpiega - prowadzenie fabuły podobne jak w filmie, bardzo mrr. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek Black Mirror, i w zasadzie nie wiem, co myśleć. Chyba muszę obadać następny.
A potem "przeskakałam" Złoty kompas, żeby w końcu usłyszeć Iana McKellena i Kristin Scott-Thomas, i porównać Johna Faa z Charlesem Carsonem. Jim Carter jest uroczy, nie ma co do tego wątpliwości. (A Eva Green znów gra czarownicę. Ha!).
I nadal czekam na poranek 26. grudnia, kiedy to usiądę w jakimś kącie z butelką wina (tak, dobrze przeczytaliście: poranek), i obejrzę świąteczny odcinek Downton. Mam objawy odstawienia. Biedna ja... ;)
Miłego piątku, bo czwartek już w sumie za nami.
Aha - Jo nie dostanie ciasteczka za zdemaskowanie podłego spisku Roberta P. i jego fanów. Za taki postępek należy Jej się cała tarta. Najlepiej czekoladowa. :)
A z innej beczki: we wtorek zaliczyłam załamanie nerwowe, albowiem mój szef po raz pierwszy potwierdził, że istnieje możliwość zamknięcia naszego oddziału w połowie przyszłego roku. Oczywiście, moja pierwsza reakcja ("Nie znajdę innej pracy w T., bo wszystkie firmy zatrudniające ludzi z mojej branży upadną, więc będę musiała się stąd wynieść, i po co ja brałam kredyt mieszkaniowyyyy!...") była kompletnie nieracjonalna. Nie lubię, kiedy emocje biorą u mnie górę nad zdrowym rozsądkiem.
Na całe szczęście, łyknęłam ziołowy otumaniacz, zablokowałam co bardziej nieprzyjemne ośrodki w mózgu, i zaczęłam myśleć.
Mieszkanie można przecież wynająć. A za trzy lata - spróbować sprzedać. Nawet jeśli nie dostanie się za to takiej samej kwoty, za jaką się je kupiło, można będzie zapłacić większą ratę kredytu, i mieć bank nieco bardziej w nosie, niż obecnie. To raz.
Ja przecież nawet nie lubię tego miasta. I nie mam tu rodziny, ani facetomęża. Owszem, mam przyjaciół - ale moi przyjaciele, jako i ja, należą do istot światłych i mobilnych, toteż podróże im nie straszne, a kontaktu tracić nie będzie trzeba. To dwa.
Na domiar złego, zasiedziałam się w tej pracy. Owszem, czasami jest fajnie: nie ma co robić, można poczytać ebooki albo popisać (dwa fanfiki z Downton Abbey w dwa tygodnie, ze średnią 1,5-2k słów w lengłydżu dziennie - nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna), czasami się wyjeżdża w delegacje (ostatnio coraz rzadziej, bo w końcu kryzys...) - ale summa summarum niczego nowego już się tutaj nie nauczę. Pora oswobodzić wychodek. To trzy.
I tak sobie myślę, że może powinnam w końcu spróbować czegoś nowego. Na dobrą sprawę, odkąd siedem lat temu wyjechałam na stypendium, robię rzeczy, których nigdy robić nie chciałam. Skoro więc zmiana sama pcha mi się w ręce...
Dzisiaj wysłałam pierwsze CV. I zobaczymy.
Ponadto: czytam Szpiega - prowadzenie fabuły podobne jak w filmie, bardzo mrr. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek Black Mirror, i w zasadzie nie wiem, co myśleć. Chyba muszę obadać następny.
A potem "przeskakałam" Złoty kompas, żeby w końcu usłyszeć Iana McKellena i Kristin Scott-Thomas, i porównać Johna Faa z Charlesem Carsonem. Jim Carter jest uroczy, nie ma co do tego wątpliwości. (A Eva Green znów gra czarownicę. Ha!).
I nadal czekam na poranek 26. grudnia, kiedy to usiądę w jakimś kącie z butelką wina (tak, dobrze przeczytaliście: poranek), i obejrzę świąteczny odcinek Downton. Mam objawy odstawienia. Biedna ja... ;)
Miłego piątku, bo czwartek już w sumie za nami.
Aha - Jo nie dostanie ciasteczka za zdemaskowanie podłego spisku Roberta P. i jego fanów. Za taki postępek należy Jej się cała tarta. Najlepiej czekoladowa. :)
Labels:
all the small things,
downton abbey,
moving pictures
Tuesday, 8 November 2011
"Dear Mr. F.--up yours!", and other stories.
Gdybyście chcieli się dowiedzieć, moi Mili Czytelnicy, jak NIE należy rozwiązywać wątków romansowych, zachęcam Was serdecznie do obejrzenia ostatniego odcinka drugiego sezonu Downton Abbey.
A kiedy już załapiecie gigantyczny zjazd i festiwal zwątpienia w zdrowie psychiczne scenarzystów, jak to miało miejsce u mnie wczoraj około północy, przeczytajcie sobie ten fanfik, Alternative Universe dla całego sezonu, i schylcie czoła przed jego autorką. Tyle w tym temacie.
In other news, Gandalf's still dead. Obsuwam się po równi pochyłej w otchłań ciężkiej depresji, albowiem świat jest złym, złym miejscem, w którym nie mogę sobie znaleźć żadnej sensownej niszy ekologicznej. A Księżyc się wypełnia. Bez komentarza.
Poza tym - przeczytałam ostatnio Między młotem a piorunem, w którym Atticus rozważa zalety Star Treka jako religii (Kirk i Spock jako aniołki na ramionach, podpowiadające alternatywne metody podejścia do życiowych decyzji i problemów!), przyznaje się do (przeniesionego od autora, I'm sure) uwielbienia dla Neila Gaimana, oraz mąci wodę w Asgardzie. Zaprawdę, polecam: szczególnie, że Morrigan znowu ma piękne wejście, choć tym razem nikogo nie uszczęśliwia swoimi wdziękami. Uff.
Kroniki Żelaznego Druida podobają mi się, jak dotąd, o wiele bardziej niż, chociażby, cykl o Temeraire autorstwa pani Novik, choć u pana Hearne'a nie ma smoków. Ot, magia dobrego pisarstwa.
A tak w ogóle - chcę już do Dublina. I do Szkocji. I gdziekolwiek, byle dalej stąd.
A kiedy już załapiecie gigantyczny zjazd i festiwal zwątpienia w zdrowie psychiczne scenarzystów, jak to miało miejsce u mnie wczoraj około północy, przeczytajcie sobie ten fanfik, Alternative Universe dla całego sezonu, i schylcie czoła przed jego autorką. Tyle w tym temacie.
In other news, Gandalf's still dead. Obsuwam się po równi pochyłej w otchłań ciężkiej depresji, albowiem świat jest złym, złym miejscem, w którym nie mogę sobie znaleźć żadnej sensownej niszy ekologicznej. A Księżyc się wypełnia. Bez komentarza.
Poza tym - przeczytałam ostatnio Między młotem a piorunem, w którym Atticus rozważa zalety Star Treka jako religii (Kirk i Spock jako aniołki na ramionach, podpowiadające alternatywne metody podejścia do życiowych decyzji i problemów!), przyznaje się do (przeniesionego od autora, I'm sure) uwielbienia dla Neila Gaimana, oraz mąci wodę w Asgardzie. Zaprawdę, polecam: szczególnie, że Morrigan znowu ma piękne wejście, choć tym razem nikogo nie uszczęśliwia swoimi wdziękami. Uff.
Kroniki Żelaznego Druida podobają mi się, jak dotąd, o wiele bardziej niż, chociażby, cykl o Temeraire autorstwa pani Novik, choć u pana Hearne'a nie ma smoków. Ot, magia dobrego pisarstwa.
A tak w ogóle - chcę już do Dublina. I do Szkocji. I gdziekolwiek, byle dalej stąd.
Monday, 19 September 2011
...wondering and wondering -- when will my life begin?
To z Tangled - tak mi się jakoś narzuca w związku z hiatusem, w jaki weszło moje tak zwane życie.
Wczoraj w nocy byłam już o krok od wymyślania pseudo-optymistycznych powodów, dla których obecny stan rzeczy nie powinien mnie martwić. Wiecie, coś w rodzaju: "Nie mogę zrobić prania, bo pralka wciąż stoi na środku pokoju i czeka na ułożenie płytek na podłodze, ani dostać się do moich szaf, zaklejonych folią dla ochrony przed kurzem - ale ostatecznie dzięki temu mam szansę zedrzeć do cna tych kilka rzeczy, które od ponad trzech tygodni leżą w mojej malutkiej walizce urlopowej, i zrobić miejsce na nowe ciuchy, które kupię, jak kiedyś wyjdę z długów!..." Tyle tylko, że to nie działa.
Wobec czego - kupiłam wczoraj chilijskiego merlota, przyjęłam pół butelki na pusty żołądek, i poszłam spać. I już mi trochę lepiej - na duszy. Na ciele nie zanotowano zmian na lepsze lub gorsze. Mówiłam, że układ trawienny mam po słoniu.
Co nie zmienia faktu, że chciałabym kiedyś w końcu posprzątać mieszkanie. Pozbyć się kurzu, resztek gruzu i wszechobecnej folii. Ogarnąć ten sajgon przed piątkowym przyjazdem rodziców. I wziąć długi, gorący prysznic.
Podjęłam stanowcze kroki w kierunku realizacji tego planu. Zobaczymy.
Tymczasem: zaczął się drugi sezon Downton Abbey, serialu genialnego (czego dowodem są trzy nagrody Emmy, otrzymane onegdaj przez jego twórców, i czwarta - dla Dame Maggie Smith). Gdybym miała po temu warunki, zwinęłabym się dziś po południu na kanapie pod kocem, zaparzyła herbatę z orzechami laskowymi i płatkami kakao, i obejrzała ten pierwszy odcinek - ale ponieważ jest, jak jest, odkładam arcyprzyjemne obcowanie z Dame Maggie, Michelle, błękitnymi oczami Dana Stevensa oraz zapierającymi dech w piersi kostiumami z drugiego dziesięciolecia ubiegłego wieku - na niedzielę. A w oczekiwaniu na tę niewątpliwą przyjemność, podczytuję sobie fanfiki: ten najlepszy, najwspanialszy i najbardziej bolesny: "Any Other World", i różne inne, jak chociażby skrzyżowanie świata Downton z Sherlockiem, które wywołało dziś u mnie radosny pisko-kwik. Mniam.
Z powodów oczywistych, największą sympatię żywię do Lady Mary. Lubiłabym ją nawet, gdyby nie grała jej Michelle: ta kobieta po prostu JEST mną, w bardzo wielu aspektach charakteru i elementach biografii (niestety, ja zdecydowanie nie jestem NIĄ - mój ojciec nie jest earlem, a przynajmniej nic nam na ten temat nie wiadomo; no i nie mam takich fantastycznych sukienek...). Jest tak... potłuczona, poraniona duchowo, że po prostu nie można jej nie współczuć. Zresztą, proszę mnie nie słuchać: najlepiej zrobicie, wyrabiając sobie na jej temat własne zdanie, drogą kontaktu wzrokowego z materiałem dowodowym. Polecam.
Na zakończenie, z cyklu: Rozczarowanie tygodnia - Martwe Jezioro Marcina Mortki. Czy to NAPRAWDĘ pisał ten sam człowiek, który popełnił jakże smakowitą Karaibską krucjatę?! Wierzyć mi się nie chce...
Miłego poniedziałku.
Wczoraj w nocy byłam już o krok od wymyślania pseudo-optymistycznych powodów, dla których obecny stan rzeczy nie powinien mnie martwić. Wiecie, coś w rodzaju: "Nie mogę zrobić prania, bo pralka wciąż stoi na środku pokoju i czeka na ułożenie płytek na podłodze, ani dostać się do moich szaf, zaklejonych folią dla ochrony przed kurzem - ale ostatecznie dzięki temu mam szansę zedrzeć do cna tych kilka rzeczy, które od ponad trzech tygodni leżą w mojej malutkiej walizce urlopowej, i zrobić miejsce na nowe ciuchy, które kupię, jak kiedyś wyjdę z długów!..." Tyle tylko, że to nie działa.
Wobec czego - kupiłam wczoraj chilijskiego merlota, przyjęłam pół butelki na pusty żołądek, i poszłam spać. I już mi trochę lepiej - na duszy. Na ciele nie zanotowano zmian na lepsze lub gorsze. Mówiłam, że układ trawienny mam po słoniu.
Co nie zmienia faktu, że chciałabym kiedyś w końcu posprzątać mieszkanie. Pozbyć się kurzu, resztek gruzu i wszechobecnej folii. Ogarnąć ten sajgon przed piątkowym przyjazdem rodziców. I wziąć długi, gorący prysznic.
Podjęłam stanowcze kroki w kierunku realizacji tego planu. Zobaczymy.
Tymczasem: zaczął się drugi sezon Downton Abbey, serialu genialnego (czego dowodem są trzy nagrody Emmy, otrzymane onegdaj przez jego twórców, i czwarta - dla Dame Maggie Smith). Gdybym miała po temu warunki, zwinęłabym się dziś po południu na kanapie pod kocem, zaparzyła herbatę z orzechami laskowymi i płatkami kakao, i obejrzała ten pierwszy odcinek - ale ponieważ jest, jak jest, odkładam arcyprzyjemne obcowanie z Dame Maggie, Michelle, błękitnymi oczami Dana Stevensa oraz zapierającymi dech w piersi kostiumami z drugiego dziesięciolecia ubiegłego wieku - na niedzielę. A w oczekiwaniu na tę niewątpliwą przyjemność, podczytuję sobie fanfiki: ten najlepszy, najwspanialszy i najbardziej bolesny: "Any Other World", i różne inne, jak chociażby skrzyżowanie świata Downton z Sherlockiem, które wywołało dziś u mnie radosny pisko-kwik. Mniam.
Z powodów oczywistych, największą sympatię żywię do Lady Mary. Lubiłabym ją nawet, gdyby nie grała jej Michelle: ta kobieta po prostu JEST mną, w bardzo wielu aspektach charakteru i elementach biografii (niestety, ja zdecydowanie nie jestem NIĄ - mój ojciec nie jest earlem, a przynajmniej nic nam na ten temat nie wiadomo; no i nie mam takich fantastycznych sukienek...). Jest tak... potłuczona, poraniona duchowo, że po prostu nie można jej nie współczuć. Zresztą, proszę mnie nie słuchać: najlepiej zrobicie, wyrabiając sobie na jej temat własne zdanie, drogą kontaktu wzrokowego z materiałem dowodowym. Polecam.
Na zakończenie, z cyklu: Rozczarowanie tygodnia - Martwe Jezioro Marcina Mortki. Czy to NAPRAWDĘ pisał ten sam człowiek, który popełnił jakże smakowitą Karaibską krucjatę?! Wierzyć mi się nie chce...
Miłego poniedziałku.
Saturday, 17 September 2011
45 hours left...
...until I'm going to watch the first episode of Downton Abbey's second series.
And I can't WAIT. Even if Michelle isn't going to look like THIS:
(Original image can be found here).
Question of the day/week is: can I afford the two series DVD box, that goes out in November, AND Jessica Fellowes' book? Answer: I'd better make sure I do...
And I can't WAIT. Even if Michelle isn't going to look like THIS:
(Original image can be found here).
Question of the day/week is: can I afford the two series DVD box, that goes out in November, AND Jessica Fellowes' book? Answer: I'd better make sure I do...
Subscribe to:
Posts (Atom)

