Już jest. I jest piękny. A w zasadzie piękna, bo to w końcu kobieta powinna być. Jeszcze nie ustaliłyśmy, jak jej na imię - na razie poznajemy się powoli, dzięki ściągniętej z sieci instrukcji w cywilizowanym języku (sklep, nie wiedzieć czemu, przysłał tylko wersję niemiecką).
Trzyma mnie to przy życiu, do spółki z dwudziestoma ośmioma tabletkami nowego typu (pięć grup kolorystycznych!), brytyjskim sitcomem pt. Empty (Billy! Billy! Billy!...) oraz serią filmików dokumentalnych/behind the scenes - Merlin: Magic and Secrets. I jeszcze - z pożyczonym z biblioteki Piekłem pocztowym.
No, to jadę do domu dobrze zaopatrzona. Niech no tylko skończę pracę ;)
Showing posts with label billy boyd. Show all posts
Showing posts with label billy boyd. Show all posts
Friday, 19 February 2010
Monday, 9 November 2009
Ziew.
Niskie ciśnienie atmosferyczne nie wpływa na mnie pozytywnie. To był eufemizm, oczywiście.
Weekend spędziłam kreatywnie, kopiując z jednego pliku do drugiego, i uzupełniając brakujące fragmenty w celu uzyskania spójnego tekstu. Łącznie wypracowałam kilkanaście stron - jestem z siebie minimalnie dumna. W międzyczasie skończyłam wybitnie interesującego (z formalnego punktu widzenia) Erskine'a oraz niepokojącego Diablaka, zakupiłam kolejne trzy pozycje (empik jest ZŁY), i obejrzałam w telewizorze Skrzynię umarlaka. Do dziś nie mogę się zdecydować, czy udusić tłumacza za zrobienie z Rzemyka Sznurka, czy też wycałować go gorąco za "małpę-wstańkę" i "Jaja-mu rachu-ciachu!". W związku z tym, wczoraj włączyłam na moment At World's End, ale zdekoncentrował mnie telefon od rodziny, którą wygnałam do ż-dowskiego DKF-u na Wielką ciszę. Się podobało się, z tego co słyszałam. Cieszy mnie to wielce; może i mnie uda się w końcu zobaczyć ten film, cooo?
A tak poza tym - mam dość bycia blondynką. I może wezmę sprawy we własne ręce, bo idea fryzjera jakoś nie napawa mnie w tym miesiącu entuzjazmem.
PS. Któż to mnie tak intensywnie poszukiwał dzisiaj z aliasu UW? Przyznać się bez bicia, proszę ;)
Weekend spędziłam kreatywnie, kopiując z jednego pliku do drugiego, i uzupełniając brakujące fragmenty w celu uzyskania spójnego tekstu. Łącznie wypracowałam kilkanaście stron - jestem z siebie minimalnie dumna. W międzyczasie skończyłam wybitnie interesującego (z formalnego punktu widzenia) Erskine'a oraz niepokojącego Diablaka, zakupiłam kolejne trzy pozycje (empik jest ZŁY), i obejrzałam w telewizorze Skrzynię umarlaka. Do dziś nie mogę się zdecydować, czy udusić tłumacza za zrobienie z Rzemyka Sznurka, czy też wycałować go gorąco za "małpę-wstańkę" i "Jaja-mu rachu-ciachu!". W związku z tym, wczoraj włączyłam na moment At World's End, ale zdekoncentrował mnie telefon od rodziny, którą wygnałam do ż-dowskiego DKF-u na Wielką ciszę. Się podobało się, z tego co słyszałam. Cieszy mnie to wielce; może i mnie uda się w końcu zobaczyć ten film, cooo?
A tak poza tym - mam dość bycia blondynką. I może wezmę sprawy we własne ręce, bo idea fryzjera jakoś nie napawa mnie w tym miesiącu entuzjazmem.
PS. Któż to mnie tak intensywnie poszukiwał dzisiaj z aliasu UW? Przyznać się bez bicia, proszę ;)
Tuesday, 7 July 2009
Aragorn, you pervy hobbit fancier!
Can I marry Billy's accent? Thank you.
ETA:
Britney's songs should simply be sung by people other than her. Here's the secret. Do I get a cookie?
Subscribe to:
Posts (Atom)