Showing posts with label pervy hobbit fancier mode. Show all posts
Showing posts with label pervy hobbit fancier mode. Show all posts

Wednesday, 24 April 2013

W Dniu Nieprawdopodobnego Astronauty obejrzałyśmy z A. ostatni odcinek Broadchurch, który kompletnie nami pozamiatał, po czym odreagowałyśmy robiąc to, co obie lubimy: A. wykonując mi Prawdopodobnie Najlepszy Makijaż Jaki Miałam Na Sobie EVER, ja - pozując do zdjęć.






Broadchurch, mimo pozamiatania, polecam. Szczególnie z powodu Davida i Olivii.

Friday, 14 December 2012

Nerd mi się starzeje.

Nerd wewnętrzny, znaczy się.

Przykład: Sepulka poinformowała mnie wczoraj, że CC w naszym pięknym mieście organizuje maraton reżyserskich wersji LOTRa, dziś od dwudziestej drugiej do, circa about, dziesiątej trzydzieści jutro rano. Moja reakcja?
No ależ proszę. Taki maraton mogę sobie urządzić w domu, na kanapie pod kocykiem, z nieograniczonym dostępem do Earl Greya i opcją przewijania wędrówki przez Mordor.

Czy to już objaw starości? Czy po prostu rozleniwienia?

Z drugiej strony: wczoraj wyrwałam się wcześniej z pracy, żeby pojechać z Sepulką i Tenel do BDG, obejrzeć Frankensteina z Benedictem. (Być może kiedyś napiszę coś w rodzaju porządnej recenzji z tego wydarzenia: w tej chwili moje wnętrzności nadal śpiewają z zachwytu i nie jestem w stanie składać logicznych, gramatycznie poprawnych zdań.) Z trzeciej strony, w tym roku dostanę na Gwiazdkę kubek TARDIS, który sama sobie kupiłam (takie prezenty lubię najbardziej). Z czwartej strony, na samą myśl o Hobbicie mam ciarki i dreszcze. Nnngh, jak mawiają ludzie na Tumblrze.

Czyli: może on jeszcze nie stetryczał tak całkiem i do cna, ten mój nerd? Może po prostu się wysnobował?...
Taak. Tak będę sobie powtarzać.

Friday, 19 October 2012

Na dobry początek weekendu...

(Pees: Jak to jest, że kiedy się człowiek stara, ma różne głębokie przemyślenia i "wogle", po czym pisze poważny, dramatyczny fanfik, mało kto się koło niego zakręci - ale gdy się człowiekowi PRZYŚNI crossover Doktora Who i Downton Abbey, okazuje się, że pisemna wersja tegoż snu zostaje nominowana do jednej z najważniejszych nagród literackich w downtonowskim fandomie?... /czyste radości mojego życia)

Saturday, 13 October 2012

Pisanie o robieniu.

Czytałam wczoraj fanfiki z fandomu, z którym nie miałam, jak dotąd, bliższej styczności.
Czytam, czytam, akcja rozwija się powoli, i zmierza nieubłaganie do "sceny dla dorosłych"... po czym: BAM!

"Intimate lady lumps".
Przypuszczam, że chodziło o biust?... Ale może się nie znam? Pomocy?

Intymność jest piękna, nie uważacie? Dlaczego więc nie potrafimy o niej pisać (i mówić, niestety, też nie) w sposób oddający choć odrobinę tego piękna? Dlaczego nadużywamy wulgaryzmów albo słownictwa "klinicznego"? Aż się smutno robi.

(Fanfik porzuciłam bez żalu.)

Tuesday, 17 July 2012

Blog? Jaki blog?...

Ja się już kompletnie nie odnajduję, moi mili.
Powinnam się wyprowadzić z Tumblra. To złe miejsce jest, ów Tumblr. I dziwnych ludzi się tam poznaje. (Wspaniałych i uroczych, owszem też, ale jedna dziwna osoba potrafi kompletnie wyprowadzić człowieka z równowagi.)

Ale nic to. Trzeba zagryźć zęby, i raz wreszcie pomyśleć o sobie. Staram się być dobrą przyjaciółką, ale nic nie poradzę na to, że ktoś sobie roi mrzonki i lubuje się w jojczeniu na temat własnej nieszczęśliwości. Nie każcie mi dźwigać ciężaru świata na ramionach, bo nie podołam. Jestem tylko człowiekiem, kochani.

Z zupełnie innej beczki: Szkocja i północna Anglia to są te miejsca, w których mogłabym mieszkać choćby od jutra, i nie żałowałabym emigracji ani przez moment. Wszystko mi tam pasuje. Ludzie. Pogoda. (Tak!) Powietrze, od którego kręcą mi się włosy. Pejzaż za oknem. Muszę tam wrócić, po prostu MUSZĘ. Imperatyw kategoryczny.

A poza tym, dostałam zdjęcie z dedykacją od Phyllis, wywalczone dla mnie przez znajomą - i drugie, już takie 'standardowe', w odpowiedzi na mój list z LUTEGO. Niech żywi nie tracą nadziei, co? ;) Pięknie jest, powiadam Państwu. Aczkolwiek... czasami czuję, że jestem już za stara na to wszystko. Na GIFy. Na migające światełka. Na podskoki i piski. Na bycie tzw. crazy fangirl. I to wcale nie dlatego, że skończyłam tyle lat, ile skończyłam: raczej dlatego, że w tej chwili moje priorytety rozkładają się nieco inaczej.

I nie przepraszam za to. Prędzej czy później i tak dopadnie mnie ochota na skakanie po pokoju. Być może z całkiem innego powodu - ale o tym sza, nie zapeszajmy...

Tuesday, 14 February 2012

Jeszcze nie umarłam.

A przynajmniej - takie sprawiam wrażenie, albowiem oddycham, chodzę, kaszlę, czasami mówię, od czasu do czasu coś spożywam... Wiecie, o co chodzi.

Poza tym mam rozgrzebane cztery książki, jeden fanfik do skończenia (ten najbardziej "wyczerpujący" emocjonalnie dopisałam do końca - Esther, słyszysz?...), parę mglistych nie-fanfikowych pomysłów do zapisania, i szefa z paranoją i syndromem upierdliwości przednówkowej. Bo chyba zaczyna się powoli ten przednówek, czy nie?...

Poza tym, jest mgliście. I widziałam Żelazną damę z absolutnie genialną Meryl - Kopciuszkiem 2012, oraz Artystę, który był bardzo ładny, elegancki i w ogóle taki, jak lubię - choć Szpieg jest jednak jakiś taki bardziejszy.

Aha, i na zakończenie, z okazji święta patrona epileptyków i nerwowo chorych: poster autorstwa Mel. Przyjemności życzę!

Wednesday, 1 February 2012

Scotlaaaand! Freedooom!

- czyli: szef wyszedł z biura, może już dziś nie wróci. Oh, joy unlooked for. (Skąd to cytat? - Z The Fire and the Rose, prawdopodobnie najlepszego fanfika potterowskiego na świecie).

W zasadzie nie mam nic nowego do zaraportowania. Zimno jest, nic się człowiekowi nie chce. Trzeci rozdział sadomasochistycznie pokomplikowanego fanfika rodzi się w bólach, a w mojej głowie rozwija się kompletnie niepoważna wizja Elsie Hughes jako naczelnej terrorystki Downton Abbey. Esther wie, o co chodzi. ;)

Sapkowski zapowiedział kontynuację Sagi, być może już w przyszłym roku. No, nie wiem. Jakoś tak... niepewnie się z tym czuję. Ale nie ma sensu niczego skreślać, zanim się człowiek z tym nie zapozna. Ostatecznie, nie wszystko Żmija, co nowe od ASa.

Z ciekawostek natury ogólnoludzkiej: mam 'randkę' 14. lutego. Z własnym byłym facetem. No, proszę.

A w Mieście T. poustawiali koksowniki. Jeden tuż przy przystanku, z którego jeździ autobus w kierunku mojego domu. Popieram tę inicjatywę z całego serca, choć dziś pewnie wrócę spacerem/marszobiegiem. Żeby pomyśleć. I posłuchać Phyllis Logan w audiobooku BBC Dracula. Ta kobieta robi z Miną Murray takie rzeczy, że... aż mi ciepło.

Czego i Wam życzę, Drodzy Potencjalni Czytelnicy.

Friday, 27 January 2012

"Czy Karol Wojtyła miał syna?"

- zapytał wczoraj oszołom w zielonej bluzie, dorwawszy się do mikrofonu na spotkaniu z księdzem Bonieckim.

Popatrzyłyśmy na siebie z S., uniosłyśmy brwi, po czym dołączyłyśmy do pomruku dezaprobaty, jaki się przetoczył przez salę. Doprawdy, jak się trafia duchowny o sensownych poglądach, dużym szacunku dla rozmówcy i ostrym jak brzytwa poczuciu humoru, to może warto byłoby z nim merytorycznie podyskutować (na przykład o "kamienowaniu teologii wyzwolenia w Ameryce Południowej" - bo i takie pytanie padło, i udzielono na nie wyczerpującej odpowiedzi), a nie dolewać oliwy do ognia?...

(Nawiasem mówiąc, ksiądz Boniecki odpowiedział oszołomowi: Wojtyła nie znał matki swojego "domniemanego syna" w momencie, w którym doszło do poczęcia tegoż młodzieńca. "Czyli nie był jego ojcem?" - upewnił się oszołom. No shit, Sherlock!)


Cóż poza tym? Piszę jak oszalała; tak to już jest z fanfikami, że zaczyna się je jako formę skanalizowania pomysłów i emocji, a potem ciągnie się resztką sił, żeby zachować ciągłość akcji i nie zrazić czytelników zbyt długimi przerwami między poszczególnymi rozdziałami. Jeden z bieżących projektów już PRAWIE skończyłam, i miałam nadzieję, że wreszcie będę mogła się zająć czymś łoryginalnym - po czym K. przypomniał mi, że obiecałam napisać pewną bardzo konkretną rzecz z The Big Bang Theory. I, co więcej, nawet ją kiedyś nadgryzłam. Gdzie się podziewa ten plik, pytam?!

Czas byłby pokończyć te rzeczy, zanim nam światło wyłączą.


Czyta się aktualnie Mieville'a (myślałam, głupia, że po Dworcu Perdido nic mnie już nie zachwyci - po czym trafiłam do Armady, i umarłam z radości) i jednoaktówki Allena. Słucha się La Mer w wykonaniu Julio Iglesiasa, w oczekiwaniu na pełny album z muzyką ze Szpiega, zamówiony w obcym kraju, bo u nas nie do dostania. (Chyba, że się mylę?...) Nadal jest się trochę zakochanym w bardzo nieodpowiednim człowieku, ale trzyma się emocje na wodzy, i już prawie, prawie, wróciło się do równowagi emocjonalnej. Aha - Benedict nadal jest piękny.

I to by było na tyle, Mili Moi. Dobrego weekendu!

Wednesday, 18 January 2012

If I can't have Benedict, I'll take David...

To jest notka, której celem jest tak zwane pieszczotliwe zdenerwowanie Drogiej Dis.

Najpierw bodziec wizualny statyczny:
Mogłabym odbębniać poranną lekturę prasy w takim towarzystwie. Och, tak.

A teraz - bodziec wizualny dynamiczny, z wprowadzeniem.
Wprowadzenie: niedawno założyłam sobie tumblr.
Tumblr to takie urządzenie do fangirlingu, bardzo skuteczne narzędzie zresztą.
Problem polega na tym, że czasami ludzie, których blogi się aktualnie obserwuje, dodają coś nowego do (już i tak przesadnie długiej) listy obsesji osoby obserwującej.
Wczoraj udowodniono mi, że nie muszę być wielką fanką Doctora Who, żeby reagować na informację: "David Tennant grał w Much Ado About Nothing, w teatrze!" jak pies Pawłowa. ŚLINIĄC się.
Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą, o czym mówię:

A jeśli to Wam nie wystarcza - scena, w której Książę, Leonato i Claudio rozmawiają przygłośno o uczuciach, jakie Beatrice żywi do Benedicka:

Złamałam się, i ściągnęłam. Za pieniądze.
Po czym wyłam radośnie do późnych godzin nocnych.

Jestem biedną, głupiutką, i bardzo szczęśliwą myszką.

(Dis, nie odchodź, nie znielubiaj mnie doszczętnie, dobrze?...)

Sunday, 15 January 2012

Jem, więc... nie jestem głodna.

Dziesięć kilo temu pojmowałam jedzenie w sposób kompulsywny. Jadłam, co chciałam, jak chciałam, i kiedy chciałam.
Potem poszłam na dietę, w wyniku której odkryłam, że mam kości obojczyków, talię, oraz kilka innych elementów anatomii, o których posiadanie nigdy bym się nie posądzała.
Zaczęłam także traktować jedzenie... normalniej. Znaczy - na chandrę nadal najlepsze są lody malaga albo tort kajmakowy od Sowy, ale poza tym - nie trzeba się zapychać pustymi kaloriami, albowiem jest na świecie wiele innych, pysznych rzeczy.

Takie, na przykład, krewetki. Kupuje się paczkę mrożonych, ugotowanych, się umieszcza w woku czosnek, świeży imbir i takież chilli (z masłem, najchętniej solonym Lurpak), się wrzuca rozmrożone krewetki i trzy jabłka pokrojone w plasterki, a po kilku minutach wlewa się alkohol. Powinien to być cydr, ale białe wino średniej jakości też zrobi swoje. Na zakończenie można temu dodać słodkiego sosu chilli, i posypać płatkami migdałów oraz sezamem. I włula.

Do popicia tego cudu wybrałam vinho verde, albowiem na portugalskich się jeszcze nie znam. (Z wyjątkiem porto. Porto jest miłe.) Delikatnie zgazowane, przyjemnie orzeźwiające, zero kwasu. Na etykietce stoi napisane, że pasuje do owoców morza - wszystko się zgadza. Polecam.

Cóż poza tym? Końcówkę roboczotygodnia miałam wybitnie skopaną. Jutro wysyłam CV w kolejnych kilka miejsc. (Wrocław ładny jest, prawda?...) Nadal próbuję się odkochać, co nie jest wcale takie łatwe, jak początkowo myślałam. Czytam Mieville'a, Szostaka, Prusa (!) i młodego Zembatego, albowiem książki trzeba kiedyś podoczytywać. Przemyśliwuję wyjście na Dziewczynę z tatuażem. Skończyłam pisanie fanfika, w temacie którego wywnętrzałam się jakiś czas temu, i jestem wzruszona pozytywnym odzewem P.T. Czytelników. To mnie jeszcze trzyma na powierzchni, pod którą już tylko rozpacz i zgrzytanie zębów.

I mam obsesję. Dziwicie mi się?...

Miłego popołudnia!

Monday, 9 January 2012

Apel, tylko na wpół niepoważny.

Moje Drogie Znajome Kobiety.

Benedict Cumberbatch bardzo pragnie mieć dzieci.
Ja jestem genetycznie obciążona różnymi dolegliwościami, więc raczej nie bardzo mogę mu w tej kwestii dopomóc - ale gdyby któraś z Was zapragnęła się "poświęcić", chętnie zostanę Wróżką Chrzestną takiego maleństwa.

Tyle ode mnie. Idę spać. Kolejnego dnia pisania do północy nie zniosę.

Thursday, 5 January 2012

Accomplishment of the week.

Write a Sherlock/Irene story, while fighting off a killer-cold.
Post it on a fan fiction site overflowing with Sherlock/John slash.
Get 19 lovely, encouraging, almost worshipful reviews within the first 16 hours from the upload.
Die happy. (Of the cold.)

Monday, 19 December 2011

The Lady Felsham Show, albo: Lovejoy? Lovejoy who?...

Tak to już u mnie jest, proszę Państwa, że jedna obsesyjka rodzi kolejną.

Zaczęło się, jak zwykle ostatnio, od Downton Abbey. Sprawdzałam, mianowicie, co też robili wcześniej ci aktorzy spośród obsady, którzy przykuli moją uwagę w DA, a wcześniej kompletnie ich nie kojarzyłam.
W piątek padło na Phyllis Logan, grającą rolę pani Hughes, gospodyni Downton.
Wpisałam sobie jej nazwisko w YT - pierwszy wynik wyglądał następująco:


Szczęka mi opadła. Po pierwsze, jak można było unieszczęśliwić tę cudowną kobietę taką okropną, ponurą peruką?! Po drugie, zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej na temat Lovejoya, i jego stosunkowo nietypowej przyjaźni z Lady Jane. Owszem, Ian McShane stanowił dość istotny element tego równania.

Jest poniedziałek, a ja jestem kompletnie zakręcona na punkcie serialu o dilerze antyków. I jakkolwiek barwną postacią nie byłby sam Lovejoy, z jego bezpretensjonalnym podejściem do prawa i moralności, tendencją do pakowania się w najróżniejsze tarapaty, oraz cynicznym poczuciem humoru ("Eric, you have as much 'feeling' for antiques as Lucrecia Borgia had for catering!") - Lady Jane kradnie mu cały splendor. Jest urocza, spokojna, mocno stąpa po ziemi, ma niezachwiane zasady moralne (które IMHO powinna była jednakowoż złamać w co najmniej kilku sytuacjach...), i okręca sobie Lovejoya wokół małego palca w ciągu pierwszego kwadransa ich znajomości. Go, go, Lady Jane!
Chyba będę musiała napisać jakiś fanfik w tym temacie, bo brak mi materiału do czytania. A potencjał jest - tymczasem fandom albo w ogóle ignoruje jego istnienie, albo powołuje do życia tak idiotyczne twory, jak związek Lovejoya i męża Lady Jane. We do NOT approve of it, precious. Not by a long shot.
Pomijając wszystko inne, serial bardzo sympatyczny. Dla relaksu - można, czemu nie.

Sunday, 18 December 2011

Uptown Downstairs Abbey

Kim Cathrall can be given Elizabeth McG's job any time, I tell you.

Also, it is pure awesomeness.

Wednesday, 3 August 2011

Life through a lens

Przygotowuję się do zlecenia.
Czytam. Oglądam. Myślę.

Mam problemy ze snem, zapewne z powodu szaleństwa pod tytułem "Kompletna demolka łazienki, która może mnie nie zabije".

Wczoraj poszłam do miasta na wino chilijskie, zrobiona na Carrie Bradshaw. AJ twierdzi, że jestem - jednak! jednak! - bardziej Mirandą, i prosi, żebym się nie kłóciła z A., jak już będziemy razem. Bo jej się śniło, że byliśmy.
A jak zaczniecie się kłócić, grupa się rozpadnie...
Piękna abstrakcja.


Czytelniczo, w trakcie: Filary Ziemi Folletta, At Work Annie Leibovitz (wielbię bałwochwalczo); ostatnio - biografia Tomasza Beksińskiego, absolutnie niestrawna językowo.
Filmowo: White Nights, o którym nie mam sił pisać, bo powaliło mnie na kolana i nie pozwala wstać. Misza jest Miszą, a Helen... Helen pojawia się na ekranie, i wszystko inne traci na ważności. Wielka siła osobowości. I ciało, które wygrało tytuł Body of the Year. Czy mam komuś przypomnieć, że tej kobiecie bliżej już do siedemdziesiątki, niż do sześćdziesiątki?...


A w ramach wciągania P.T. Czytelników w moje obsesje: zdjęcie, które mam obecnie na tapecie, czyli Annie L. kontra Seks w wielkim mieście.

Friday, 20 May 2011

Oh, Captain Sparrow, you're BACK!

Jak przyjemnie spędzić czwartkowy wieczór w jednym prostym kroku: iść do kina na przedpremierowy pokaz On Stranger Tides.

Kilka kultowych tekstów ("I support the missionary's position!"; "Co, starszy pan nie może mieć hobby?!"; "Alright, feelings, damn you!", etc.). Świetne nowe postacie (Czarnobrody! O mamo...). Genialne role epizodyczne (Captain Teague!!!), w tym jakieś 25 sekund Judi Dench. Dobra muzyka: znane motywy, plus przyjemny kawałek na otwarcie, plus Rodrigo y Gabriela - ahh, bliss!

Innymi słowy, idźcie i zobaczcie - pomimo 3D i kilku nie-do-końca-przekonywujących motywów, film daje radę. O.


Tymczasem jesteśmy właśnie w trakcie bardzo trudnego (z fandomowego punktu widzenia) tygodnia: większość oglądanych przeze mnie seriali weszła w hiatus, albo uczyni to w ciągu najbliższych dni. Z jednej strony, lato daje człowiekowi możliwość zapoznania się z rzeczami, które trzyma w pudełku z tyłu głowy, oznakowanym "Kiedyś Na Pewno To Obejrzę" (BSG), ale z drugiej - jak to? mam CZEKAĆ, żeby się dowiedzieć, co będzie dalej z moimi ulubionymi bohaterami?!... Kompletny bezsens.

W ramach uporządkowania sytuacji, mój osobisty Best Of z ostatnich (tygo)dni - z pominięciem wszystkich spoilerów, które można/trzeba pominąć:

1) Po Dziurki W Nosie, albo: I po co nam kolejny sezon? - House. Nigdy nie przypuszczałam, że takie słowa padną kiedyś z moich ust, ale enough is enough, Mr. Shore. Szczególnie że bez Lisy zanosi się na bryndzę.
2) Oh No They Didn't!, albo: Swobodny opad szczęki - The Big Bang Theory. Tutaj nie da się nic powiedzieć bez zdradzania zakończenia, więc zmilczę. Ale zadowolona nie jestem.
3) Cliffhanger, Or What?, albo: Uniesienie brwi - Castle. Dobrze, że pewne rzeczy zostały w końcu wypowiedziane, ale odcinek sprawiał wrażenie przeładowanego emocjonalnie, a przez to był cokolwiek męczący.
4) Piękne Zamknięcie, albo: 30 sekund radości - Bones. Wielkie brawa dla scenarzystów, którym udało się upiec przy jednym ogniu trzy pieczenie: inkorporację rzeczywistości do serialu, zadowolenie fanów, i utrzymanie wiarygodności bohaterów. Tak się powinno wykonywać tego typu posunięcia, panie Shore. Będzie pan uprzejmy wyciągnąć naukę na przyszłość (choć w sumie na tym etapie pomoże nam to jak umarłemu kadzidło).
5) Getting It Going, albo: Dzieci i windy - The Good Wife. Tu także zmilczę, bo brak mi słów. O.
6) Jeszcze Nie Kończymy, albo: Nowe horyzonty - Body of Proof / Mortal Kombat: Legacy. Albowiem w obu gra Jeri Ryan, a poza tym: w BoP jest Dana Delany, a w MK:L - bohaterowie mojego wczesnego nastolęctwa. I jeszcze Game of Thrones, bezdyskusyjnie najlepszy debiut serialowy ostatnich tygodni.

A jeżeli komuś się wydaje, po lekturze powyższego zestawienia, że nudzę się w pracy, niech pospiesznie zamilknie i nie wychyla się z podobnymi herezjami. Pierwszy w miarę spokojny przeżyty tydzień od WIEKÓW. Aż nabrałam ochoty na posprzątanie mieszkania w sobotę.

Miłego weekendu Wam życzę! (Chyba, że jednak będzie koniec świata; w którym to wypadku: miło było Was znać... ;))

Tuesday, 19 April 2011

Wszyscy idziemy na Plac Wolności, by tam...

Innymi słowy, dziecko wpadło w fazę na Muchy, Kumka Olik i Happysad. Ciekawostka.

Pokonałam anginę - jestem wielka. Po drodze skończyłam WSZYSTKIE zaległe książki biblioteczne, oraz Balladyny i romanse na majowe spotkanie DKK (bardzo dobrze czyta mi się taką szalejącą narrację, w której jeden bohater wynika z drugiego, Hermes kradnie wszystkie żelazka na Ziemi, a Atena wychodzi za Ozyrysa i przestaje być Parthenos). Obejrzałam wszystkie dostępne odcinki Camelotu: nic-nie-ro-zu-miem! Ale nadal podoba mi się moralnie ambiwalentny Merlin, jako idea. Wczoraj zapoznałam się z materiałem dowodowym w postaci pierwszego odcinka Gry o tron: jak na mój gust, jest dobrze, a może być jeszcze lepiej. Pożyjemy, zobaczymy.

Poza tym: jestem sama w pracy (nie licząc szefa-sadysty), przez tydzień lub dwa, i cierpię z tego powodu niepomiernie. Życie ratują mi domowej roboty smoothie oraz pogoda. W kontekście posiadania przeze mnie okularów przeciwsłonecznych. Jej!

A że prócz tego nie mam nic inteligentnego do powiedzenia: macie na pocieszenie obrazek, z cyklu: "Co kręci Maple? - PIEGI!"



Miłego wtorku!

Tuesday, 12 April 2011

Dzisiejszy post sponsorują P.T. Czytelnicy :)

...albowiem zebrało mi się trochę komentarzy, na które wypadałoby odpowiedzieć. Zatem:

W temacie książkowym:
Tuszyńska wykonała w Oskarżonej... kawał dobrej roboty. Nie popadła we właściwy niektórym biografom syndrom fanatycznego uwielbienia dla przedmiotu swoich badań: zachowała rzeczowy obiektywizm, przedstawiła fakty, zadała sobie trud rozmowy z osobami, które brały bezpośredni udział w "koncercie nienawiści" wobec Wiery Gran. Ale mimo wszystko - nie jestem pewna, czy kupiłabym sobie tę książkę, gdybym nie miała możliwości przeczytać jej w ramach DKK. Coś mi tu nie pasuje, choć nie do końca wiem, co - Sepulka tak ma z Amberem, ja - z Wierą G. Ciekawostka.

W temacie kulinarnym:
Ptak w borówkach w wykonaniu niżej podpisanej składa się, jak sama nazwa wskazuje, z ptaka, którego najpierw moczy się w marynacie, a następnie poddaje obróbce cieplnej. Przy czym - o ile skład marynaty nie podlega zmianom, o tyle cała reszta: jak najbardziej.
Marynata składa się z borówek, takich ze słoika. Towarzyszyć im może, choć nie musi, tarnina do mięs (ewentualnie żurawina, równoważąca smak tejże). Prócz tego: ocet balsamiczny, kropla ciemnego sosu sojowego, odrobina oleju/oliwy, szczypiorek i młoda cebulka drobno skrojone. Suszona papryka porwana na kawałki - opcjonalnie. Soli się, będąc mną, nie dodaje - wychodzę z założenia, że zawsze można postawić na stole solniczkę. Tak przygotowaną marynatą pokrywa się ptaka: miałam okazję próbować i na cienkich plastrach piersi kurzęcej, i na kilogramowym filecie z indyka - sprawdza się tak samo dobrze, byle było jej sporo (w stosunku do mięsa).
Najlepiej zostawić jedno z drugim na noc w lodówce, w misce lub naczyniu żaroodpornym. Dnia następnego można odsączyć mięso z marynaty i rzucić na patelnię grillową - tak uczyniłam w domu z kurczakiem, pod koniec grillowania dodając grube plastry gruszki, na kilka minut zaledwie, żeby złapały ciepła. Można też ptaka w marynacie wstawić do piekarnika i piec do miękkości - tak zrobiłam indyka u rodziców. Pasuje do niego żurawina z chrzanu. Jeśli doda się sporo chrzanu, brak soli w dekokcie przestaje być odczuwalny nawet dla największych entuzjastów królowej przypraw.
Tak czy inaczej - smacznego!

A w ogóle to stwierdziłam, że coś za rzadko się pojawiam w blogosferze, i trzymam P.T. Czytelników w napięciu. Zatem - jeżeli nawet nie będę akurat miała nic ciekawego do powiedzenia (moje życie składa się ostatnio z pracy, pracy, i rzadkich okresów wytchnienia - jak choćby wielce uroczy miniony weekend), będzie dostawać ode mnie coś na pocieszenie (he, he, he).

Na pierwszy ogień pójdzie Helen. Bo nie mam wątpliwości, że sobie poradzi...:


Miłego popołudnia Wam życzę.

Friday, 11 March 2011

...i po odwyku.

Innymi słowy, odzyskałam dostęp do internetu w domu, po tym, jak udało mi się spalić dużego laptopa (zakupionego w Yamada Denki Amagi - wspomnienia, wspomnienia...), i przeżyć kilka dni w błogiej nieświadomości nieposiadania sterowników do modemu w netbooku. Hurra!

Poza tym, obejrzałam RED, i ponownie zapałałam żądzą poślubienia Helen Mirren. Girl can dream, jak powiedział House do Cuddy (czy mi się wydaje, czy najnowszy odcinek był niepokojąco wręcz dobry?). Plus, Karl Urban. I MLP. Mniam.

Z książkami też trafiam ostatnio wyjątkowo dobrze. Zimowy monarcha - takiego Merlina lubimy, proszę państwa, a że dodatkowo wszyscy inteligentni bohaterowie jeżdżą po Lancelocie jak po łysej kobyle? Przysłowiowy lukier na torcie. Historia smaku - przepyszna. I te wszystkie ciekawostki, rodem z Vincenta N.-M. (mój ulubiony squintern, aha!)... kto mógłby przypuszczać, na przykład, że Brazylia zdobyła sadzonki kawowców podstępem, wiążącym się między innymi z uwiedzeniem żony pewnego gubernatora? Są rzeczy między niebem i ziemią, itd., itp.

Prócz tego, panuje przyjemny spokój. Piszę list, na który ktoś czeka. Trzymam kciuki, żeby znajomym w Japonii nic się nie stało przy okazji wstrząsów wtórnych. I staram się zachować równowagę ciała, duszy i umysłu, bo pewien mądry człowiek powiedział mi, że od tego się wszystko zaczyna. I chyba miał rację.

Miłego weekendu.



EDYTKA mówi: No i w końcu się zatrzęsło, po dobrych kilku lat "życia na kredyt". Spodziewaliśmy się tego jeszcze za czasów mojego stypendium, o ile dobrze pamiętam.

Trzymam kciuki, Lolu jeszcze nie dała znaku życia.

Wednesday, 29 December 2010

Huśtawka poświąteczna

Pojechaliśmy na spotkanie z Naczelnym Rabinem Polski, które miało się odbyć w muzeum w Mieście Rodzinnym (moim). Schudrich nie dojechał. No, kurczę, no. Minus.

Przypomniało mi się, czemu chciałam tłumaczyć Księgę Pamięci, i pisać Poważną Książkę; dostałam kolejne materiały do Szafki z Judaikami i zainspirowałam się od nowa. Plus.

Przez Święta schudłam kilogram. Plus.

Nie mogę się skupić, usiąść na czterech literach, i dokończyć W kraju niewiernych (z biblioteki), a Mikołaj nie był uprzejmy przynieść mi Króla Bólu. Minus.

Dostałam za to Chochoły Szostaka, i Spacerownik z "żydowskimi" szlakami w Łodzi. Plus.

Tak zwany Shameless Fangirl Dream (SFD) wpędził mnie w fazę ponownego zachłyśnięcia się TBBT. Plus? Minus? Kto wie...

Jutro jadę do stolicy, po nie-wiadomo-jak-długiej-przerwie, spotkać się z przemiłymi ludźmi. Plus, plus, plus!

I zaraz się rok kończy. A Szanownych Państwa proszę o trzymanie kciuków za zdrowie mojej mamy, coby ona nie musiała rezygnować z balu sylwestrowego, a ja - iść na niego w jej zastępstwie...

Miłego wieczoru.