Nie, nadal nie umarłam.
Pobyłam sobie za to w Dżapanii godzin pięćdziesiąt parę (dzięki czemu nie odczułam negatywnych skutków zmiany czasu: well done me), zakupiłam czytnik ebooków do użytku pozadomowego (bardzo dobra rzecz do samolotu, taki czytnik), zrobiłam parę projektów scrapbookingowych i kupiłam śliczną sukienkę typu pin-up w ramach prezentu na urodziny od samej siebie.
I siedzę nad opowiadaniem własnym, robiąc z niego minipowieść, bo tak.
I oglądam Endeavoura (ostatni odcinek! co ja zrobię?!), podkochując się troszeczkę w paniczu Evansie.
I wchłonęłam wszystkie filmy o X-Menach w ciągu jakichś dwóch tygodni (Jean i Logan łamią mi serce, a spośród Fassbendera i McAvoya wybieram Jackmana, ze wskazaniem na akcent Jamesa McA.).
I byłam w kinie na Riwierze dla dwojga, który to film jest słodką, nieprzesadnie przeintelektualizowaną komedyjką z Emmą Thompson i Piercem Brosnanem, idealną na lato. W tymże kinie mnie zassało, ponieważ promowano Podróż na sto stóp, film o kuchni francuskiej i indyjskiej - z Helen Mirren. Mniam. (A teraz Państwo zgadują, czy chodzi mi o jedzenie, czy o Dame Helen, czy może o jedno i drugie.)
O, i śledzę tabelkę mistrzostw, gdyż tatuś zagramanicą nie może oglądać późnowieczornych meczy.
I ucieszyłam się Stenką w dubbingowanej wersji bardzo ślicznego Jak wytresować smoka 2, ponieważ nie lubię pani Blanchett. (I w ogóle to SMOKISMOKISMOKIIIII!)
I znowu mi proponują jakąś robotę na Wyspach, a ja nie wiem, co mam zrobić. Wzdech.
I na wszelki wypadek życzę Państwu miłego lata - czort raczy wiedzieć, kiedy mnie następnym razem napadnie wena na pisanie. Wszystkiego najcieplejszego!
Pobyłam sobie za to w Dżapanii godzin pięćdziesiąt parę (dzięki czemu nie odczułam negatywnych skutków zmiany czasu: well done me), zakupiłam czytnik ebooków do użytku pozadomowego (bardzo dobra rzecz do samolotu, taki czytnik), zrobiłam parę projektów scrapbookingowych i kupiłam śliczną sukienkę typu pin-up w ramach prezentu na urodziny od samej siebie.
I siedzę nad opowiadaniem własnym, robiąc z niego minipowieść, bo tak.
I oglądam Endeavoura (ostatni odcinek! co ja zrobię?!), podkochując się troszeczkę w paniczu Evansie.
I wchłonęłam wszystkie filmy o X-Menach w ciągu jakichś dwóch tygodni (Jean i Logan łamią mi serce, a spośród Fassbendera i McAvoya wybieram Jackmana, ze wskazaniem na akcent Jamesa McA.).
I byłam w kinie na Riwierze dla dwojga, który to film jest słodką, nieprzesadnie przeintelektualizowaną komedyjką z Emmą Thompson i Piercem Brosnanem, idealną na lato. W tymże kinie mnie zassało, ponieważ promowano Podróż na sto stóp, film o kuchni francuskiej i indyjskiej - z Helen Mirren. Mniam. (A teraz Państwo zgadują, czy chodzi mi o jedzenie, czy o Dame Helen, czy może o jedno i drugie.)
O, i śledzę tabelkę mistrzostw, gdyż tatuś zagramanicą nie może oglądać późnowieczornych meczy.
I ucieszyłam się Stenką w dubbingowanej wersji bardzo ślicznego Jak wytresować smoka 2, ponieważ nie lubię pani Blanchett. (I w ogóle to SMOKISMOKISMOKIIIII!)
I znowu mi proponują jakąś robotę na Wyspach, a ja nie wiem, co mam zrobić. Wzdech.
I na wszelki wypadek życzę Państwu miłego lata - czort raczy wiedzieć, kiedy mnie następnym razem napadnie wena na pisanie. Wszystkiego najcieplejszego!







