Showing posts with label moving pictures. Show all posts
Showing posts with label moving pictures. Show all posts

Tuesday, 1 July 2014

Nie, nadal nie umarłam.

Pobyłam sobie za to w Dżapanii godzin pięćdziesiąt parę (dzięki czemu nie odczułam negatywnych skutków zmiany czasu: well done me), zakupiłam czytnik ebooków do użytku pozadomowego (bardzo dobra rzecz do samolotu, taki czytnik), zrobiłam parę projektów scrapbookingowych i kupiłam śliczną sukienkę typu pin-up w ramach prezentu na urodziny od samej siebie.

I siedzę nad opowiadaniem własnym, robiąc z niego minipowieść, bo tak.

I oglądam Endeavoura (ostatni odcinek! co ja zrobię?!), podkochując się troszeczkę w paniczu Evansie.
I wchłonęłam wszystkie filmy o X-Menach w ciągu jakichś dwóch tygodni (Jean i Logan łamią mi serce,  a spośród Fassbendera i McAvoya wybieram Jackmana, ze wskazaniem na akcent Jamesa McA.).
I byłam w kinie na Riwierze dla dwojga, który to film jest słodką, nieprzesadnie przeintelektualizowaną komedyjką z Emmą Thompson i Piercem Brosnanem, idealną na lato. W tymże kinie mnie zassało, ponieważ promowano Podróż na sto stóp, film o kuchni francuskiej i indyjskiej - z Helen Mirren. Mniam. (A teraz Państwo zgadują, czy chodzi mi o jedzenie, czy o Dame Helen, czy może o jedno i drugie.)

O, i śledzę tabelkę mistrzostw, gdyż tatuś zagramanicą nie może oglądać późnowieczornych meczy.
I ucieszyłam się Stenką w dubbingowanej wersji bardzo ślicznego Jak wytresować smoka 2, ponieważ nie lubię pani Blanchett. (I w ogóle to SMOKISMOKISMOKIIIII!)
I znowu mi proponują jakąś robotę na Wyspach, a ja nie wiem, co mam zrobić. Wzdech.

I na wszelki wypadek życzę Państwu miłego lata - czort raczy wiedzieć, kiedy mnie następnym razem napadnie wena na pisanie. Wszystkiego najcieplejszego!

Friday, 23 May 2014

A recherche du Vivian Maier*

Miałam napisać notkę o tym, jak wszystkie moje długoterminowe plany biorą w łeb (nie pojedziesz do Poznania na Noc Świętojańską, chociaż umówiłaś się ze znajomymi z zagranicy pół roku temu - w zamian za to spędzisz długi weekend w samolotach, żeby przetłumaczyć jedno trzygodzinne spotkanie w Japonii i wrócić następnego dnia), ale nic to, nie będę oblewać internetów żółcią własną. Szkoda tylko, że w ten sposób moje wakacje w tym roku zostały okrojone do dwóch dni w Rydze na początku sierpnia (bo tak poza tym to, cytując post z Twarzoksiążki, planując tegoroczny urlop zajrzałam na swoje konto i zdałam sobie sprawę, że nie jestem zmęczona). Nic to, mówi się trudno, płacze się w poduszkę z bezsiły i działa się spontanicznie, zanim biczowata karma zdąży się uruchomić.

Spontaniczny był więc mój wtorkowy wypad na Szukając Vivian Maier, o którym to filmie dowiedziałam się dokładnie dwa dni wcześniej. Historię kobiety, która pozostawiła po sobie sto pięćdziesiąt tysięcy negatywów i mnóstwo pytań bez odpowiedzi ogląda się jak znakomity thriller, a zdjęcia Vivian są po prostu niesamowite. Najlepszy pomysł tygodnia, methinks - i to nawet przy założeniu, że w niedzielę rodzice wyciągnęli mnie do Myślęcinka, gdzie zeszliśmy cały ogród botaniczny i zoo z fauną polską, w którym warchlaki biegają luzem po alejkach a na wydry można patrzeć godzinami. A jutro wybieram się na Teorię wszystkiego Terry'ego Gilliama, coby uciec przed burzą: skoro w końcu udało mi się zebrać w sobie i umyć okna, to przecież MUSI popadać, prawda?...

A Szanownemu Państwu życzę pogody wewnętrznej i zewnętrznej, i kłaniam się nisko.




* Mam nadzieję, że tak się to pisze, ja, francuska niemowa. Tytuł francuskiej wystawy zdjęć Vivian mignął mi na ekranie przez ułamek sekundy, ale był piękny, dlatego więc o.

Wednesday, 7 May 2014

Gwałtowny wzrost współczynnika WTF.

Śniło mi się dziś, że poszłam kupować bieliznę - taką, jakiej sama nigdy bym nie kupiła, bo ciało nie po temu - w towarzystwie mieszanym, mocno mnie dopingującym.
Po przebudzeniu, i uświadomieniu sobie "na trzeźwo" tożsamości moich towarzyszy, gapiłam się w sufit przez dobre pięć minut.
Podświadomość to straszna sprawa, moi drodzy.
(Z zupełnie innej beczki, zaczęłam oglądać Penny Dreadful, i w połowie odcinka nie wiem jeszcze, czy mi się podoba - choć obecność Evy Green stanowi ważny argument in plus.)

Tuesday, 18 February 2014

Proszę mi pogratulować: ogarnęłam się ze sobą na tyle, że po pracy poszłam odwiedzić autę.

(Geneza formy gramatycznej: TA TARDIS, więc i TA auta.)

Auta stała sobie, nie niepokojona przez nikogo, od początków stycznia, albowiem rozjechała mi się ostatnio psyche z somą, toteż wolałam za kółko nie siadać. Poza tym, była zima. Cóż się okazało: auta odpaliła od pierwszego kopa, znaczy - mrozy nie zabiły akumulatora. Jedyny mankament stanowi fakt, że miejsce postoju auty wypadło pod drzewem, zamieszkanym (sądząc z efektów) przez trzy pokolenia gawronów z wybitnie regularną przemianą materii.

Wniosek?
Jutro spalamy kalorie na salsie, a w piątek: przy myciu auty, która w sobotę rano powinna pofatygować się aftostradą, a nawet dwiema, ku miejscowości rodzinnej. (Mojej, nie auty, boć ona z Pruszkowa.) Tymczasem - stoi jak stała, jeść nie woła, a takiej... ugawronionej, nikt przecież nie ruszy. (I tablic mi tym razem nie zajumali! Same plusy dodatnie.)

Ja natomiast przytargałam z biura książki empiczne (Deathless, Beksińscy, Zorkownia), zadałam piekarnikowi krojsanciki (znam osobę, która tak właśnie to wymawia), zrobiłam herbatę miętowo-miodową, i wpełzłam pod koc. Staram się o akredytację na festiwal jazzowy w przyszłym tygodniu, więc trzeba się cieszyć ciszą i spokojem, póki jest... co nie znaczy, że nie wymienię go skwapliwie na Karolaka i Dudziak.

A Fasola mówi mi ponadto, że koniecznie chce pójść ze mną do kina.

Kobietom (w tym Tildzie) (oraz Thomasowi W. H.) się nie odmawia...

Wednesday, 10 July 2013

Hello, sweetie, czyli Alex i ja

Przypuszczam, że niektórzy z Was wiedzą już, gdzie będę spędzać sobotni wieczór za tydzień z haczykiem.
Tak jest. W Manchesterze.
Nie darowałabym sobie, gdybym przegapiła Alex Kingston w roli Lady M. Moje obsesyjne oddanie dla tej kobiety liczy się na lata - mniej-więcej piętnaście tychże, gdyby się bliżej zastanowić - i możliwość zobaczenia jej na żywo, w klasycznym repertuarze, nie mogła przejść mi koło nosa. (Szczególnie biorąc pod uwagę, że Kingston ma za sobą pracę nad trzema sztukami pana ze Stratford, i - całkiem niedawno - rolę Siostry Oddziałowej w Locie nad kukułczym gniazdem, którego też nie dane mi było obejrzeć.)

Ale nie o tym miało być.
Miało być o tym, że w ubiegły weekend nawiedziła mnie Mari, która wyznała, że nigdy nie widziała niczego (filmu, serialu etc.) z Alex. Wyznanie to sprowokowało mnie do zastanowienia się, co można by polecić osobie chcącej zapoznać się z filmografią Ms. K., a dysponującej, z uwagi na tzw. Prawdziwe Życie, ograniczonymi zasobami czasu.

Stąd też: poniższa lista Absolutnych Alex Kingston Must-See Films/TV Series (spisywana celem zapomnienia o jutrzejszym egzaminie i wizycie u lekarza, uch). Kolejność przypadkowa, albowiem nie podejmuję się różnicować jakościowo - nie przy obecnym stanie moich nerwów.

Ostry dyżur, sezon 4. Alex cieszyła widzów swoją obecnością przez dobrych dziesięć sezonów, ale dla mnie osobiście początki jej 'kariery' w roli Elizabeth Corday są zdecydowanie najlepsze. Po pierwsze, czy wiecie, że romans Lizzie z Bentonem był pierwszym tak otwarcie zaprezentowanym związkiem międzyrasowym w amerykańskiej telewizji? Otóż, był. W połowie lat dziewięćdziesiątych. Niewyobrażalne. Poza tym, Alex flirtująca z Clooneyem, grająca w darty i jedząca jajko (tak!!) należy do widoków, które trudno zapomnieć. O.

Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders. Tego też nie będziemy w stanie zapomnieć... Znane są przypadki "poważnych" aktorów i scenarzystów brytyjskich, którzy do dziś rumienią się na wspomnienie swojej pierwszej styczności z Moll. Idealna pozycja (sic!) na długie, jesienne wieczory - raczej samotne, a zresztą: może wcale nie? Aczkolwiek "zainspirowane" towarzystwo może prowadzić do przerw w oglądaniu. Co wcale nie musi być takie złe... (O matko, to była prawdopodobnie najbardziej oględna recenzja Moll jaką kiedykolwiek napisałam. Brawo dla mnie.)

Sordid Things (do obejrzenia w całości na YouTube). Alinearna oś czasu, pokomplikowana intryga, i Kingston oszukująca przeróżne wredoty. Ciekawa rzecz, nawet bardzo. Mniam.

Hope Springs. Co się stanie, gdy cztery byłe pensjonariuszki zakładu penitencjarnego znajdą się w posiadaniu ogromnej kasy, i bez możliwości opuszczenia kraju (czasy sprzed strefy Schengen)? Ano, różne ciekawe rzeczy się zadzieją. Nie jestem pewna, czy mała miejscowość w Szkocji jest na to przygotowana...

Upstairs, Downstairs, nowa wersja, sezon 2. Mam mocno mieszane uczucia względem nowego UD (klasyczne uwielbiam), ale nie wobec dr Blanche Mottershead. Blanche jest urocza, i chcę jej płaszcz. Może być z zawartością... ;)

DoKTOr. (Podoba mi się taka wersja polskiego tytułu DW, co ja poradzę?) River Song jest... specyficzna. Można ją uwielbiać, można też (podobno) jej nie znosić. Tak czy owak, silne emocje - gwarantowane. A jakie ona nosi buty... Jejku, jej.


I to tyle dobrego, przynajmniej na początek. Potem można zacząć się wgłębiać w Marchlands, albo Lost in Austen, albo Boudicę, albo ubolewać nad brakiem pierwszoplanowych ról filmowych w karierze Alex. Ale - nie traćmy nadziei. Ostatecznie Kingston ma dopiero 50 lat, a wygląda i zachowuje się jak typowa Władczyni Czasu. Przy dobrych wiatrach, będę ją oglądać w premierowej roli siedząc w domu spokojnej starości. Czego sobie i Państwu życzę... ;))

Wednesday, 24 April 2013

W Dniu Nieprawdopodobnego Astronauty obejrzałyśmy z A. ostatni odcinek Broadchurch, który kompletnie nami pozamiatał, po czym odreagowałyśmy robiąc to, co obie lubimy: A. wykonując mi Prawdopodobnie Najlepszy Makijaż Jaki Miałam Na Sobie EVER, ja - pozując do zdjęć.






Broadchurch, mimo pozamiatania, polecam. Szczególnie z powodu Davida i Olivii.

Monday, 12 November 2012

Życie jest sceną, czy coś w tym rodzaju.

Tytuł zainspirowany Anną Kareniną: miałam poważne obawy względem tego filmu, ale obronił się w bardzo dobrym stylu. Fakt, Jude Law jako Karenin jest zdecydowanie zbyt przystojny, Wroński (rocznik '90 WTF?) ma na głowie jajecznicę a Keira jakoś mnie specjalnie nie rzuciła na kolana - ale scenariusz, i kostiumy, i konwencja w jakiej podano widzowi całość, i Michelle Dockery (Lady Mary Crawley, ladies and gentlemen), Olivia Williams oraz rzesza aktorów mniej-pierwszoplanowych (nie będę ich obrażać degradacją do drugiego planu) robią swoje.

Tak więc: polecam. Idźcie, zobaczcie, niech tylko wejdzie do kin. Myśmy się z Sepulką załapały na pokaz przedpremierowy, z czego bardzom zadowolniona. Mniam.

Co jeszcze? Węzeł chłonny napędził mi stracha: szczęściem nie jest to masa zwyrodniałych komórek, a jedynie wyjątkowo męcząca infekcja. Obyło się bez gronkowców i paciorkowców: cieszmy się z małych rzeczy, tak? Ale co się nadenerwowałam przy okazji długiego weekendu, to moje...

W ubiegłym tygodniu spłodziłam plus-minus 16 tysięcy słów, które podobno komuś pomogły, a komuś innemu (wielu 'komusiom') poprawiły humor. Przypłaciłam to ostrym atakiem depresji w nocy z soboty na niedzielę (CO JA MAM Z TYMI SOBOTAMI?!), i ogólnie króliczym (patrz poniżej) samopoczuciem.




Ale jest nieźle. Stos dobrych rzeczy, stos złych rzeczy, i żadne z nich nie znoszą tych przeciwnych: ale na tym polega życie, prawda? (Jak powiedział Doktor do Amy w odcinku o Vincencie Van Goghu...)

Prócz tego: nowa Musierowicz średnia, chyba lepsza niż poprzednia, ale absolutnie bez szału. Kate Fox - bardzo pouczająca, i obnażająca mój przedziwny snobizm. Aktualnie The Blind Assassin Margaret Atwood: piękne, piękne, bolesne, piękne - i o mamo moja, to jest książka o River i Doktorze. Trzymajcie mnie...

Dobrego poniedziałku!

Monday, 2 July 2012

Wypada powiedzieć, że jutro wieczorem umykam do domu, i znikam na kolejny tydzień, nie przyjmując do wiadomości zmian zachodzących w mojej metryce.

Wypada również dodać, że onegdaj obejrzałam wreszcie The Best Exotic Marigold Hotel, i spłakałam się jak dzieciak, bo było to piękne doznanie. Wczoraj natomiast poszłam na Nietykalnych, i też było świetnie, mądrze i zabawnie i bez owijania pewnych rzeczy w bawełnę.

A poza tym: czytam Dukaja, śni mi się w te gorące, parne noce niejaki pan B. C. (bardzo niechętnie się wstaje z łóżka po takim śnie), a po powrocie ze Szkocji zamierzam zrobić własny aparat typu "pinhole". Z papieru. Nawet nie pytajcie... ;)))

Dobrego tygodnia, mili moi.

Wednesday, 18 January 2012

If I can't have Benedict, I'll take David...

To jest notka, której celem jest tak zwane pieszczotliwe zdenerwowanie Drogiej Dis.

Najpierw bodziec wizualny statyczny:
Mogłabym odbębniać poranną lekturę prasy w takim towarzystwie. Och, tak.

A teraz - bodziec wizualny dynamiczny, z wprowadzeniem.
Wprowadzenie: niedawno założyłam sobie tumblr.
Tumblr to takie urządzenie do fangirlingu, bardzo skuteczne narzędzie zresztą.
Problem polega na tym, że czasami ludzie, których blogi się aktualnie obserwuje, dodają coś nowego do (już i tak przesadnie długiej) listy obsesji osoby obserwującej.
Wczoraj udowodniono mi, że nie muszę być wielką fanką Doctora Who, żeby reagować na informację: "David Tennant grał w Much Ado About Nothing, w teatrze!" jak pies Pawłowa. ŚLINIĄC się.
Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą, o czym mówię:

A jeśli to Wam nie wystarcza - scena, w której Książę, Leonato i Claudio rozmawiają przygłośno o uczuciach, jakie Beatrice żywi do Benedicka:

Złamałam się, i ściągnęłam. Za pieniądze.
Po czym wyłam radośnie do późnych godzin nocnych.

Jestem biedną, głupiutką, i bardzo szczęśliwą myszką.

(Dis, nie odchodź, nie znielubiaj mnie doszczętnie, dobrze?...)

Tuesday, 3 January 2012

Good morning, Mr. Holmes.

A Scandal in Belgravia wspięło się błyskawicznie na szczyt listy moich obsesyjek.
Ten sms, w którym Irene mówi Sherlockowi "Dzień dobry" - i to, co Sherlock zatrzymał sobie na pamiątkę - i cała masa drobiazgów, tak pięknie nawiązujących do Skandalu w Bohemii... Prześcieradło Sherlocka. "Suknia bojowa" Irene. Większość tekstów Mycrofta. I dynamika relacji Sherlocka i Irene - coś, co mnie zawsze, nieodmiennie fascynuje.
Gdyby nie skopane zakończenie (nie wydaje mi się, żeby panna Adler zasłużyła sobie na ten los - niewykorzystany potencjał, niesprawiedliwość, seksizm, you name it), podobałoby mi się bardzo. Pomimo pewnych przekrętów, naciągania materii fabuły i czego tam jeszcze. A tak - podoba mi się prawiebardzo.
I nie wiem, co zrobię za dwa tygodnie, kiedy skończy się drugi sezon. Będzie to wybitnie smutny moment.

Poza tym - myślę o szczerości i o braku tejże. Czy kłamstwo wypowiedziane w dobrej wierze nadal jest kłamstwem?...

Monday, 2 January 2012

Houston, do you hear me?

Początek roku jest jakiś taki... senny.

Najchętniej zwinęłabym się w kłębek pod biurkiem, i przespała kolejne trzy dni - aż do czwartku, kiedy to wybieram się na Grę cieni. Tego NIE WOLNO przespać.

Moi przemili goście pojechali dziś rano, prowadząc po drodze nierówną walkę z PKP. A mówiłam, że trzeba było zostać?...

Wczoraj obejrzeliśmy Constantine'a. Tilda Swinton. Tilda SWINTON. TILDA SWINTON!... Już mi lepiej. Wybaczcie.

Ponadto - przeczytałam Ziarno prawdy Miłoszewskiego: kawał dobrego kryminału, a piosenka Wham! w połączeniu z Hitlerem stanowi dodatkową wisienkę na torcie. Mniam.

Chcę do domu. Obejrzeć Skandal w Belgravii, i spać. Dobry plan, prawda?...

Tuesday, 27 December 2011

Ostatnia naiwna.

Jakiż ten Smuteczek był uroczy... Panu Maciejowi Stuhrowi wielkie należą się podziękowania za powołanie do życia tak uroczego bytu. Oby się tylko nie okazało, że byt pobył chwileczkę i zaraz odszedł w nie-byt: skoro bowiem zebrało się tak zdolną i kreatywną ekipę, grzechem byłoby ją teraz rozpuścić na cztery i więcej wiatrów, czyż nie?

Tomasz Kot był dla mnie objawieniem w kategorii: Mężczyzna Wcześniej O Umiejętność Śpiewania Nie Podejrzewany, Śpiewa, I Czyni To Nad Wyraz Sprawnie. Ania Dąbrowska zaśpiewała O, Romeo!, wywołując u mnie nieodpartą potrzebę zwinięcia się w kłębek na jakimś parapecie, w towarzystwie koca, książki, i kubka kakao. Panowie Stuhr i Małecki prezentowali się nienagannie w surdutach i spodniach sztuczkowych, przyprawiając pierś moją o unoszenie się westchnieniami za dawno minionemi czasami męskiej elegancji w wydaniu proponowanym przez Szarmanta. I ten język... te piosenki... ten świat, przy którym (na którym?) się, poniekąd, wychowałam, i do którego wracam jak do domu.
Piękne, proszę Państwa, piękne.

Święta minęły mi poza tym na obsesyjnym czytaniu książek natury lekkiej i przyjemnej, napisanych smakowicie i o szybsze bicie serca mnie przyprawiających. W tej chwili pochłaniam wynurzenia globtroterskie panów Manna i Materny, ocierając co chwila łzy szczerego śmiechu - a w kolejce czeka Miłoszewski, i Prokop z Hołownią, i Niedźwiedź, który Esther do koperty nie mieści się.
I ręcznik cieplutki, kąpielowy dostałam. I smoczą ścierkę donaczynną. I drugi tom "Poczytaj mi, mamo", ten z opowieścią o zarozumiałej łyżeczce: tak, mili moi, mama kupiła mi skondensowaną wersję moich ulubionych bajek z dzieciństwa, których oryginały tata dawno temu wyniósł był na śmietnik (czego do dziś do końca przebaczyć mu nie mogę).
I odcinek świąteczny mojego pasjami ulubianego ostatnio serialu obejrzałam - i choć coś mi zgrzyta (ale nie wiem, co), bardzom rada, że pewne wątki zostały wreszcie doprowadzone do tego, co się wydaje końcem być szczęśliwym.

I jeszcze stada ozdobników, epitetów i neologizmów obudził ten Smuteczek w moim uśpionym rozumku - miejcie więc na uwadze, że będę Was nimi atakować przez czas jakiś. Wytrzymacie?...

Dobrej końcówki roku Wam życzę, i umykam do kina.

Sunday, 25 December 2011

I jeszcze jeden...

Wiem, wiem - zamieszczałam to w ubiegłym roku, ale:
a) moje Święta wcale nie są 'jolly', a przed załamaniem nerwowym ratuje mnie wyłącznie porto,
b) człowiek nigdy nie ma za dużo Michelle... to jest, Susan... i Śmierci, niech będzie, że Śmierci też,
c) za godzinę rozpocznie się emisja Downton Abbey: Christmas Special, a niektórzy muszą czekać z jego oglądaniem aż do jutra (sniff).

TOTEŻ:


Happy belated Hogswatch, my dears.

Monday, 19 December 2011

The Lady Felsham Show, albo: Lovejoy? Lovejoy who?...

Tak to już u mnie jest, proszę Państwa, że jedna obsesyjka rodzi kolejną.

Zaczęło się, jak zwykle ostatnio, od Downton Abbey. Sprawdzałam, mianowicie, co też robili wcześniej ci aktorzy spośród obsady, którzy przykuli moją uwagę w DA, a wcześniej kompletnie ich nie kojarzyłam.
W piątek padło na Phyllis Logan, grającą rolę pani Hughes, gospodyni Downton.
Wpisałam sobie jej nazwisko w YT - pierwszy wynik wyglądał następująco:


Szczęka mi opadła. Po pierwsze, jak można było unieszczęśliwić tę cudowną kobietę taką okropną, ponurą peruką?! Po drugie, zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej na temat Lovejoya, i jego stosunkowo nietypowej przyjaźni z Lady Jane. Owszem, Ian McShane stanowił dość istotny element tego równania.

Jest poniedziałek, a ja jestem kompletnie zakręcona na punkcie serialu o dilerze antyków. I jakkolwiek barwną postacią nie byłby sam Lovejoy, z jego bezpretensjonalnym podejściem do prawa i moralności, tendencją do pakowania się w najróżniejsze tarapaty, oraz cynicznym poczuciem humoru ("Eric, you have as much 'feeling' for antiques as Lucrecia Borgia had for catering!") - Lady Jane kradnie mu cały splendor. Jest urocza, spokojna, mocno stąpa po ziemi, ma niezachwiane zasady moralne (które IMHO powinna była jednakowoż złamać w co najmniej kilku sytuacjach...), i okręca sobie Lovejoya wokół małego palca w ciągu pierwszego kwadransa ich znajomości. Go, go, Lady Jane!
Chyba będę musiała napisać jakiś fanfik w tym temacie, bo brak mi materiału do czytania. A potencjał jest - tymczasem fandom albo w ogóle ignoruje jego istnienie, albo powołuje do życia tak idiotyczne twory, jak związek Lovejoya i męża Lady Jane. We do NOT approve of it, precious. Not by a long shot.
Pomijając wszystko inne, serial bardzo sympatyczny. Dla relaksu - można, czemu nie.

Thursday, 15 December 2011

Only If For The Night

First and foremost: Happy 30th Birthday, Michelle, you beautiful, beautiful person!


A z innej beczki: we wtorek zaliczyłam załamanie nerwowe, albowiem mój szef po raz pierwszy potwierdził, że istnieje możliwość zamknięcia naszego oddziału w połowie przyszłego roku. Oczywiście, moja pierwsza reakcja ("Nie znajdę innej pracy w T., bo wszystkie firmy zatrudniające ludzi z mojej branży upadną, więc będę musiała się stąd wynieść, i po co ja brałam kredyt mieszkaniowyyyy!...") była kompletnie nieracjonalna. Nie lubię, kiedy emocje biorą u mnie górę nad zdrowym rozsądkiem.

Na całe szczęście, łyknęłam ziołowy otumaniacz, zablokowałam co bardziej nieprzyjemne ośrodki w mózgu, i zaczęłam myśleć.

Mieszkanie można przecież wynająć. A za trzy lata - spróbować sprzedać. Nawet jeśli nie dostanie się za to takiej samej kwoty, za jaką się je kupiło, można będzie zapłacić większą ratę kredytu, i mieć bank nieco bardziej w nosie, niż obecnie. To raz.

Ja przecież nawet nie lubię tego miasta. I nie mam tu rodziny, ani facetomęża. Owszem, mam przyjaciół - ale moi przyjaciele, jako i ja, należą do istot światłych i mobilnych, toteż podróże im nie straszne, a kontaktu tracić nie będzie trzeba. To dwa.

Na domiar złego, zasiedziałam się w tej pracy. Owszem, czasami jest fajnie: nie ma co robić, można poczytać ebooki albo popisać (dwa fanfiki z Downton Abbey w dwa tygodnie, ze średnią 1,5-2k słów w lengłydżu dziennie - nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna), czasami się wyjeżdża w delegacje (ostatnio coraz rzadziej, bo w końcu kryzys...) - ale summa summarum niczego nowego już się tutaj nie nauczę. Pora oswobodzić wychodek. To trzy.

I tak sobie myślę, że może powinnam w końcu spróbować czegoś nowego. Na dobrą sprawę, odkąd siedem lat temu wyjechałam na stypendium, robię rzeczy, których nigdy robić nie chciałam. Skoro więc zmiana sama pcha mi się w ręce...

Dzisiaj wysłałam pierwsze CV. I zobaczymy.



Ponadto: czytam Szpiega - prowadzenie fabuły podobne jak w filmie, bardzo mrr. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek Black Mirror, i w zasadzie nie wiem, co myśleć. Chyba muszę obadać następny.

A potem "przeskakałam" Złoty kompas, żeby w końcu usłyszeć Iana McKellena i Kristin Scott-Thomas, i porównać Johna Faa z Charlesem Carsonem. Jim Carter jest uroczy, nie ma co do tego wątpliwości. (A Eva Green znów gra czarownicę. Ha!).

I nadal czekam na poranek 26. grudnia, kiedy to usiądę w jakimś kącie z butelką wina (tak, dobrze przeczytaliście: poranek), i obejrzę świąteczny odcinek Downton. Mam objawy odstawienia. Biedna ja... ;)

Miłego piątku, bo czwartek już w sumie za nami.

Aha - Jo nie dostanie ciasteczka za zdemaskowanie podłego spisku Roberta P. i jego fanów. Za taki postępek należy Jej się cała tarta. Najlepiej czekoladowa. :)

Monday, 5 December 2011

because what else is there?

Tytuł dzisiejszej notki sponsoruje Frank O'Hara. Mniam, proszę państwa, mniam.

A propos nie-bardzo-mniam: po lekturze dwóch niezwykle przyjemnych pozycji z cyklu o Matthew Swifcie (autorka ma na koncie jedenaście powieści, a jest z rocznika 1986 - los nie jest sprawiedliwy...) oraz niepokojącego Przeciwnika, spróbowałam się zapoznać z Końcem pieśni młodego Zembatego. Na razie odrzuciłam w kąt, i kwiczę - może mi kiedyś przejdzie. Po dużym kubku grzanego wina. Albo i nie. Kiepsko napisane, i z denerwującymi powtórzeniami, i... szkoda, no. Potencjał był, może nadal jest, i podoba mi się przechrzczenie Morgaine na Morrigan: ale muszę poczekać. Zająć się czymś innym.

Jeszcze co do Matthew Swifta, którego zaczęłam wielbić bałwochwalczo: gdyby ktoś wpadł kiedyś na pomysł ekranizowania tej serii, głównego bohatera powinien zagrać Dan Stevens. Dowód poniżej.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Wybrałam się do kina w sobotę. Na Szpiega, który był piękny, i wyważony, i znakomicie zagrany, i z obsadą smakowitą (Laura Carmichael w dwuminutowym epizodzie, i Mark Strong, i Roger Lloyd-Pack!). Do nowego centrum handlowego, które jest głupie, bo nie ma w nim ani jednej księgarni. Ale podobno jest Subway. Subwaya lubimy.
Aby dostać się ode mnie do rzeczonego przybytku konsumpcjonistycznej rozpusty, trzeba wsiąść w autobus, i dojechać do krańcówki, zwanej na pewnych obszarach kraju pętlą.
Albo - przespacerować się. Co też uczyniłam, niepomna faktu, że w sobotę obchodzono dwudzieste urodziny pewnego radia.
Niektórzy z Was pewnie wiedzą, że dach siedziby rzeczonej toruńskiej rozgłośni widać z okna mojej kuchni. No cóż, peszek. W sobotę rano, między tostem z masłem solonym a kawą z kardamonem, obserwowałam ponuro autokary wypluwające na przystanek pod moim blokiem pielgrzymów z, powiedzmy, Nowego Targu, ale nic bardziej ekstremalnego się nie działo. Uspokojona, wyszłam z domu, przyjęłam kurs na kino - i przypomniałam sobie, że muszę przejść obok kościoła redemptorystów.
Oszfak.
Ale idę, bo idę.
Wytrzymałam w stanie względnej powagi do pierwszego skrzyżowania, na którym minęła mnie silna grupa z Gdyni Pogórza, prowadzona przez starszego dżentelmena w czerwonym płaszczu o krzyżackim kroju, uszytym z "flagowego" materiału. Dżentelmen miał nad jedną piersią naszytego orzełka, nad drugą - krzyż, a na plecach - obraz Najświętszego Serca Jezusa.
Przedarłam się przez wielotysięczny tłum emerytów, otaczających namioty z zestawami do odbioru pewnej stacji telewizyjnej, po czym spróbowałam się znieczulić nikotyną. Nie pomogło.
Ludzie są... Są. I czasami już sam ten fakt stanowi poważny problem.

Miłego tygodnia, moi drodzy. Ja sobie tu spokojnie z szoku powychodzę.

Saturday, 22 October 2011

All the goods things

Wbrew optymistycznemu (na pozór jeno, na pozór...) tytułowi, jest mi ostatnio raczej źle, miewam depresję, a zamknięta wczoraj Tigana jeszcze dodatkowo pogłębia ten nastrój. Choć będzie to, prawdopodobnie, jedna z Bardzo Ważnych Książek W Moim Życiu.

Poza tym niedawno wróciłam z kina, z bólem gardła i gorączką. Przypuszczam, że jest to rodzaj reakcji obronnej - organizm protestuje przeciwko masakrowaniu twórczości Dumasa oraz niszczeniu przepięknych sterowców. Jak to miało być? Film mocno średni, rozpoczynający za to nowy gatunek, tzw. "cloakpunk"? Pan Piskorski się nie pomylił, tyle powiem.

To ja już pozostanę przy czwartym sezonie Merlina, shall I? Albowiem Katie wyrosła, dojrzała, i jest z niej całkiem przyzwoita Morgana - a całość trzyma poziom poprzednich sezonów, więc jest nieźle.

A tak w ogóle, to chciałam napisać, że byłam w Austrii i wróciłam, i widziałam się wczoraj z K., i z Młodym, i nawet miejscówka (Złote Tarasy) mi nie przeszkadzała. I że tytuł blogu się zmienił (niewiele, ale jednak), bo Wujek Google zbyt często sprowadzał tu dziwnych ludzi po starym tytule, o. A tego sobie nie życzymy.

I wreszcie: chciałabym, za przykładem Ali, napisać, co bym zrobiła z wielką kasą, gdybym takową miała. A nie mam, niestety.
Załóżmy jednak, na potrzeby eksperymentu, że weszłam w posiadanie sumy, która nie tylko umożliwia mi rozliczenie się z kredytu hipotecznego przed rokiem 2030., ale także pozwala na pewną elastyczność.
W pierwszej kolejności - wyjeżdżam Oz-Busem w trzymiesięczną podróż z Londynu do Nowego Jorku. Potem lecę na Kubę, odpocząć po trudnej marszrucie. A potem - potem kupuję jakąś ładną kamienicę w Warszawie, i otwieram hotel w kooperatywie z siostrą stryjeczną. I spędzam odtąd czas w dyskretnie oświetlonym barze, wymyślając zabójcze dla ciała i umysłu koktajle, lub w fotelu przy recepcji, witając gości i rozwiązując nierozwiązywalne problemy (przy dyskretnym wspomaganiu ze strony wzmiankowanych koktajli). A w przerwach jeżdżę do miast, które lubię, melduję się w hotelach, które należą do kogoś zupełnie innego, i pozwalam, żeby się mną zajmowano.
Aha. I idę na ten kurs hydroterapii, o którym mi wczoraj naopowiadał Młody, żeby móc pokazać dzieciakom z porażeniem, autyzmem etc., jakie fajne mogą być delfiny.

I to by było na tyle. Miłego wieczoru, zakasłała i powlokła się pod prysznic...

Saturday, 17 September 2011

45 hours left...

...until I'm going to watch the first episode of Downton Abbey's second series.

And I can't WAIT. Even if Michelle isn't going to look like THIS:
(Original image can be found here).

Question of the day/week is: can I afford the two series DVD box, that goes out in November, AND Jessica Fellowes' book? Answer: I'd better make sure I do...

Monday, 22 August 2011

Wicked, and proud of it

Zaraziłam T.:

1) Julie A.:


2) ...oraz Bobem, którego można obejrzeć tutaj.

Tee-he!

PS. Opanowałam dziś niezwykle przydatny skill: "Mycie ciała i włosów - plus spłukiwanie wanny - przy użyciu 1,5-litrowej butelki wody mineralnej". A godzinę później włączyli wodę. Damn.

Wednesday, 3 August 2011

Life through a lens

Przygotowuję się do zlecenia.
Czytam. Oglądam. Myślę.

Mam problemy ze snem, zapewne z powodu szaleństwa pod tytułem "Kompletna demolka łazienki, która może mnie nie zabije".

Wczoraj poszłam do miasta na wino chilijskie, zrobiona na Carrie Bradshaw. AJ twierdzi, że jestem - jednak! jednak! - bardziej Mirandą, i prosi, żebym się nie kłóciła z A., jak już będziemy razem. Bo jej się śniło, że byliśmy.
A jak zaczniecie się kłócić, grupa się rozpadnie...
Piękna abstrakcja.


Czytelniczo, w trakcie: Filary Ziemi Folletta, At Work Annie Leibovitz (wielbię bałwochwalczo); ostatnio - biografia Tomasza Beksińskiego, absolutnie niestrawna językowo.
Filmowo: White Nights, o którym nie mam sił pisać, bo powaliło mnie na kolana i nie pozwala wstać. Misza jest Miszą, a Helen... Helen pojawia się na ekranie, i wszystko inne traci na ważności. Wielka siła osobowości. I ciało, które wygrało tytuł Body of the Year. Czy mam komuś przypomnieć, że tej kobiecie bliżej już do siedemdziesiątki, niż do sześćdziesiątki?...


A w ramach wciągania P.T. Czytelników w moje obsesje: zdjęcie, które mam obecnie na tapecie, czyli Annie L. kontra Seks w wielkim mieście.