Showing posts with label lotr. Show all posts
Showing posts with label lotr. Show all posts

Friday, 14 December 2012

Nerd mi się starzeje.

Nerd wewnętrzny, znaczy się.

Przykład: Sepulka poinformowała mnie wczoraj, że CC w naszym pięknym mieście organizuje maraton reżyserskich wersji LOTRa, dziś od dwudziestej drugiej do, circa about, dziesiątej trzydzieści jutro rano. Moja reakcja?
No ależ proszę. Taki maraton mogę sobie urządzić w domu, na kanapie pod kocykiem, z nieograniczonym dostępem do Earl Greya i opcją przewijania wędrówki przez Mordor.

Czy to już objaw starości? Czy po prostu rozleniwienia?

Z drugiej strony: wczoraj wyrwałam się wcześniej z pracy, żeby pojechać z Sepulką i Tenel do BDG, obejrzeć Frankensteina z Benedictem. (Być może kiedyś napiszę coś w rodzaju porządnej recenzji z tego wydarzenia: w tej chwili moje wnętrzności nadal śpiewają z zachwytu i nie jestem w stanie składać logicznych, gramatycznie poprawnych zdań.) Z trzeciej strony, w tym roku dostanę na Gwiazdkę kubek TARDIS, który sama sobie kupiłam (takie prezenty lubię najbardziej). Z czwartej strony, na samą myśl o Hobbicie mam ciarki i dreszcze. Nnngh, jak mawiają ludzie na Tumblrze.

Czyli: może on jeszcze nie stetryczał tak całkiem i do cna, ten mój nerd? Może po prostu się wysnobował?...
Taak. Tak będę sobie powtarzać.

Wednesday, 23 November 2011

Here I Am

Taaak. Faza na Bryana Adamsa to nie jest to, co mi się zazwyczaj przytrafia we wtorkowe przedpołudnia. No cóż.

Chciałam poinformować, że nadal żyję - i że już tęsknię za Dublinem, który widzi mi się miastem przytulnym, absolutnie nie metropolitarnym, i pełnym uprzejmych ludzi uznających mnie za "swoją". I to zanim dociera do nich, że noszę triskel. Ha!

Co robiłam? Zwiedziłam cmentarz (oczywiście), wzięłam udział w czytaniu Ulissesa (paradoksalnie, eksperymenty językowe Joyce'a są bardziej strawne w języku dla mnie obcym) w Sweeney's i w Baking Party połączonym z walką na gatunki muzyczne u Dagi, połaziłam z N. po wzgórzach i lasach, nauczyłam się pić Guinnessa z syropem z czarnej porzeczki...

No i - byłam na koncercie-łamane-przez-projekcji-filmowej.

Czyli: dostałam na twarz The Fellowship of the Ring z muzyką na żywo. I wciąż jeszcze nie mogę dojść do siebie. To było coś... INNEGO. Publiczność - jako organizm zbiorowy - też to chyba odczuła, i reagowała w sposób asocjowany zazwyczaj z teatrem, a nie z kinem czy filharmonią (choć popcorn i lody sprzedawane podczas przerwy wywołały u mnie niejaki dysonans poznawczy). I to też było piękne...

I ludzie, z którymi tam byłam. Ci znani, i ci dopiero poznawani.

Mam syndrom odstawienia, i chcę być tam, bo jest mi tu dziwnie. Zimno, wietrznie, zimowo; Słońce o poranku świeci mi wyzywająco w twarz i gwiżdże sobie na moją potrzebę ciepła, harmonii i spokoju.

Na nadmiar harmonii ostatnio nie narzekam. Zaczyna się swobodne spadanie, i nawet nie chodzi o to, że CHCĘ spadać, bo nie chcę, nie zależy mi. To się dzieje niejako obok mnie, bez świadomego udziału mojego mózgu, podżebrowej pompy ssąco-tłoczącej czy czego tam jeszcze. Ale to jeszcze nie jest okoliczność łagodząca. Może nawet wręcz przeciwnie.

Ech, zagmatwane to wszystko. A to nie jest przecież pora na zagmatwanie, tylko na ciepłe napoje, i dobre książki (Lewandowski się rozszedł pod koniec, a szkoda, bo potencjał był), i muzykę sączącą się gdzieś w tle.

Żeby tak przynajmniej mieć dość pieniędzy na wycieczkę do Trójmiasta - a tu nic, el doopa po prostu.

Dobrej środy, Mili Moi - połowa tygodnia za nami! ;)

Tuesday, 19 April 2011

Wszyscy idziemy na Plac Wolności, by tam...

Innymi słowy, dziecko wpadło w fazę na Muchy, Kumka Olik i Happysad. Ciekawostka.

Pokonałam anginę - jestem wielka. Po drodze skończyłam WSZYSTKIE zaległe książki biblioteczne, oraz Balladyny i romanse na majowe spotkanie DKK (bardzo dobrze czyta mi się taką szalejącą narrację, w której jeden bohater wynika z drugiego, Hermes kradnie wszystkie żelazka na Ziemi, a Atena wychodzi za Ozyrysa i przestaje być Parthenos). Obejrzałam wszystkie dostępne odcinki Camelotu: nic-nie-ro-zu-miem! Ale nadal podoba mi się moralnie ambiwalentny Merlin, jako idea. Wczoraj zapoznałam się z materiałem dowodowym w postaci pierwszego odcinka Gry o tron: jak na mój gust, jest dobrze, a może być jeszcze lepiej. Pożyjemy, zobaczymy.

Poza tym: jestem sama w pracy (nie licząc szefa-sadysty), przez tydzień lub dwa, i cierpię z tego powodu niepomiernie. Życie ratują mi domowej roboty smoothie oraz pogoda. W kontekście posiadania przeze mnie okularów przeciwsłonecznych. Jej!

A że prócz tego nie mam nic inteligentnego do powiedzenia: macie na pocieszenie obrazek, z cyklu: "Co kręci Maple? - PIEGI!"



Miłego wtorku!

Monday, 22 March 2010

Informacja o drugiej części "Hobbita" wywołuje u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, ufam panu Del Toro na tyle, żeby czekać na nią z pewnym podekscytowaniem, ale z drugiej... dosyć się w życiu naczytałam kiepskich fanfików, żeby wiedzieć, w co się to może przerodzić. Miejmy nadzieję, że Peter będzie trzymał rękę na pulsie, i nie pozwoli idei rozejść się na szwach.

Coś przedziwnego kazało mi uwierzyć, że zmiana czasu na letni nastąpiła była onegdaj - w związku z czym de facto zyskałam godzinę, wstając stosunkowo wcześnie, i spędziłam ją w łóżku z The lovely bones (książką, całkiem zresztą do rzeczy) i Alfredem. Dopisałam kilka wstawek, rozmasowałam nadgarstek, i poszłam do kina na Beats of Freedom. Najprostszy komentarz: ZA KRÓTKIE... Ja chcę jeszcze raz! Przypomniała mi się moja młodość, durna i chmurna, i radosne były to wspomnienia.

A potem chodziłam w deszczu, paląc jak smok (po raz pierwszy od półtora miesiąca) i słuchając głupawych piosenek. Zupełnie jakby czas cofnął się o jakieś dziesięć lat. No i fajnie, no.

Z informacji istotnych chyba tylko dla mnie, acz ważkich w swej prostocie: spędzamy Wielkanoc u nas, a nie u babci. To oznacza, że w sytuacji krańcowego wyczerpania emocjonalnego będę mogła uciec na strych, zamknąć się w gościnnej sypialni i gapić się na chmury przez okno dachowe. Innymi słowy: może jakoś to wszystko przeżyję, i nie będę musiała płakać i krzyczeć przy świątecznym stole, jak to miało miejsce w roku ubiegłym.

Jakże się nie cieszyć...

Miłego dnia Państwu życzę :)

Sunday, 14 February 2010

Znowu cokolwiek monotematycznie, choć nie do końca.

O ścieżkach dźwiękowych z Władcy będzie.

Nie wiem, jak Państwu, ale mnie osobiście najbardziej podoba się motyw z Dwóch Wież, zatytułowany The King of the Golden Hall (w sumie nie ma się czemu dziwić - Rohańczyków ubóstwiam odkąd po raz pierwszy przeczytałam książkę). I tylko nie dawały mi spokoju zaprezentowane tutaj skrzypce - coś było w nich... obcego, innego, nieokreślonego. Posłuchajcie zresztą sami:



Dopiero wczoraj, przy okazji oglądania płyt z dodatkami do pełnej wersji trylogii, dowiedziałam się, że "przeszkadza" mi wibrato strun sympatycznych - bo to wcale nie skrzypce wykorzystano w tym utworze, a hardingfele, o których możecie Państwo poczytać sobie tutaj, a kilka obrazków obejrzeć tutaj. Piękne są. Następnym razem pojadę do Norwegii tylko po to, żeby się ich nasłuchać :)

Monday, 1 February 2010

Przyyyszło! I jest śliczne!

(Moje DVD z Władcy, znaczy się. Matko droga, jest przepotwornym nerdem. Przy czym uwaga: słowo "przepotworny" zostaje podkreślone przez edytor jako błąd, ale "nerd" już nie. Ha!)

Czwartkowy koncert był absolutnie zachwycający. Dwadzieścia utworów, w większości moich bardzo ulubionych (Take It Back! Kto by pomyślał...), dwie i pół godziny czystego, organicznego grania. No, pięknie, pięknie, jak mawiał Pan Kleks. Po koncercie nastąpił weekend: babeczki żurawinowe produkcji własnej, rozpijanie nalewek (dziadkowych i moich), wieszanie w oknach szaliczków ze sklepu indyjskiego (bo nie lubię firanek), kompletnie zaburzony cykl dobowy i przesypianie całych popołudni. Feeria snów, półświadome mieszanie wszystkiego ze wszystkim. Takie sobie dwa dni dla naładowania baterii. Bardzo, bardzo pozytywny czas dla siebie.

A we środę jadę do Wiednia!

Friday, 1 January 2010

Ziew.

Nie udało mi się przespać północy, choć bardzo się starałam. W dodatku nie wygrałam trzynastu milionów. Wiedziałam, że rok ubiegły nie zaliczał się do szczęśliwych, ale żeby aż tak?!... Cha, cha, cha.

Poranek rozpoczął się programem Cejrowskiego, po którym nastąpił koncert filharmoników wiedeńskich, częściowo na Kulturze, częściowo w Dwójce (z przerwą na wizytę w kościele, he, he). Najbardziej urzekł nas w tym roku dyrygent, nobliwy osiemdziesięciopięciolatek nazwiskiem Georges Pretre. Fenomenalnie "plastyczny" mimicznie, dziarski i rześki, prowadził orkiestrę (i publiczność, przy Marszu Radetzky'ego) jak po sznurku. Tylko podziwiać.

Porą popołudniową wybrałyśmy się z mamą na przebieżkę z kijkami do nordic walking. Pięknie było: z jednej strony nasyp CeeMKi, z drugiej - wiejskie chałupy, zanurzone w śniegu, otoczone rosochatymi, mazowszańskimi wierzbami. W pewnym momencie usłyszałyśmy w wierzbach odgłos zapuszczanego silnika spalinowego (względnie rżenie mocno zachrypniętego konia), po czym z krzaków po lewej stronie drogi wystartował... bażant. O, proszę. W drodze powrotnej przebiegły nam drogę dwie sarny. Wszystko to w odległości pięciu kilometrów do czterdziestotysięcznego miasta. Jak ładnie.

A teraz, powróciwszy, dodałam do listy czytelniczej blogi Ali i Joanki (które, mam nadzieję, nie obrażą się na mnie za bardzo), i zamierzam oddać się lekturze ebooków Tolkiena. Albo coś napiszę. (Czeka mnie teraz scena spotkania bohaterki z przerażającą ciotką - przydałoby się przebrnąć przez nią, póki mam tak zwaną wenę). Coś się wykombinuje :)

Jeszcze raz wszystkiego dobrego, moi mili.

Monday, 21 December 2009

Raport przedświąteczny. Nie do czytania przy jedzeniu.

-A wiesz, że zdejmowali mi całą rogówkę?
-To co, masz teraz wokół tęczówki szew z czerwonej nitki?
-No nieee wiem... Podobno całe oko wygląda jak przykryte soczewką barwiącą. Czerwoną.

Czyli: z dialogów telefonicznych z Młodym. Jadę do domu dopiero jutro, to jest czwartego dnia po jego operacji - może się nie rozpłaczę na widok tego wszystkiego. Może zwyczajnie nie będę miała na to czasu, aż do wieczora, który "u nas na wsi" jest zawsze długi, ciemny, cichy i spokojny. ZBYT spokojny.

Całe szczęście, znalazłam sobie rozrywkę na zbyt długie wieczory (zgadliście - ZNOWU mam popsuty kaloryfer w sypialni, i ZNOWU nie mogę spać): audiobooki tolkienowskie. Nie przypuszczałam, że będę sobie w ten sposób przypominać, na przykład, Władcę (a właściwie - odkrywać go na nowo, w oryginale), i że będę z tego zadowolona. A jestem. I jakoś wolniej chodzę po mieście, może właśnie wskutek zamiany rytmów latynoamerykańskich na stonowany głos lektora.

W okresie przedświątecznym planuję walkę z nowym przepisem kulinarnym (indyk z jadalnymi kasztanami w sosie żurawinowym), ubieranie choinki (Dlaczego.Zawsze.Ja?), i zakraplanie Młodemu wyżej wzmiankowanego oka cztery razy dziennie, albowiem mama nie jest na to dostatecznie odporna psychicznie. To, czy JA jestem, pozostaje kwestią otwartą. Ale ktoś musi, prawda?

A tak poza tym, to wczoraj upiekłam cztery blachy pierników, po czym poddałam się w obliczu przeważających sił wroga. Innymi słowy, został mi jeszcze prawie kilogram ciasta. Nic to - w nowym roku usiądę sobie w kuchni z ostrym nożem, i zacznę wykrawać jednorożce, gryfy i smoki, co przy moim absolutnym braku zdolności manualnych może dać co najmniej ciekawe rezultaty.

Życzę Wam spokojnego i radosnego Yule, drodzy. I oby rok 2010 był lepszy od tego paskudy, 2009.



PS. Stargard Szczeciński wywindował się na listę dziesięciu miast, z których najczęściej ogląda się mój blog. No, niech mnie gęś kopnie. Albo może lepiej nie.

PSS. Panowie, którzy zwinęli wiadomą tablicę z wiadomego obozu, pochodzą z województwa kujawsko-pomorskiego. Zawsze wiedziałam, że to naczelna siedziba złych mocy w tym kraju. Nie wyłączając T. oraz mnie, rzecz jasna.

PSSS. W nowym roku obiecuję wreszcie znaleźć sobie jakąś kozetkę.

Friday, 11 December 2009

Naszło mnie na fanfiki LOTRowe, a że w tym fandomie jakoś nie przepadam za slashem, ani za większością kanonicznych pairingów het, wiadomo, czym się to skończyło. (A jeśli twierdzicie, że nie wiadomo, to znaczy, że mnie w ogóle nie znacie...)

Różne rzeczy czytałam wczoraj wieczorem, zwinięta pod kołdrą z netbookiem na kolanach - i najbardziej zapadł mi w pamięć niezamierzony błąd jednej z autorek, która, opisując królewskie komnaty w Gondorze, napisała, że meble w głównym pomieszczeniu były nieliczne, i okryte plastikiem.

Poszłam spać rozchichotana, obudziłam się zziębnięta na dwie godziny przed wschodem słońca. Pierwszy raz od dawna nie śniłam o pracy, ani o innych złych i strasznych rzeczach.

Saturday, 5 December 2009

Born of Hope

Obejrzawszy, w początkowej fazie grypy. Doobre. Proszę zresztą zajrzeć tutaj i sprawdzić. Mam ostatnio fazę tolkienowską, mogę być stronnicza.

Tak czy owak, zwróciłam uwagę na Arathorna (w tej roli Christopher Dane, autor scenariusza) i nieszczęśliwie (a jakże) zakochaną w nim dziewoję (Kate Madison, reżyser), po czym postanowiłam sprawdzić, czy coś jeszcze zrobili wspólnie. Ku mojej radości - owszem, tak.

Niniejszym, moi drodzy fani Dobrego Omenu: behold The Horsemen, czyli: co by było, gdyby Neil i Terry mieli pieniądze wyłącznie na wydanie fanzinu, i stwierdzili, że filmik im się bardziej opłaci. Przyjemności życzę. I komentować, z wrażeniami, if U pliz.

Wednesday, 18 November 2009

Jejku, jej, jak mawiała pewna czarodziejka. Usiadłam sobie wczoraj na kanapie w pozycji lotosu, i obejrzałam raz jeszcze, na spokojnie, The Hunt for Gollum.

I jestem bardzo, bardzo zadowolona z faktu, że kolejny film tej ekipy, Born of Hope, będzie miał swoją premierę już pierwszego grudnia.

Wiadomo, THFG wywołuje miejscami mieszane uczucia (że zacytuję koleżankę z forum: To ma być Aragorn? Be-rzyyy-dal!; poza tym jestem nastawiona cokolwiek sceptycznie do idei Arweny made in India), ale generalnie szacun, czapki z głów i głęboki pokłon dla całej ekipy. Czułam się jakbym oglądała genialnie napisany fanfik, sfilmowany przez zdolnych i kreatywnych przyjaciół autora, którzy podczas pracy nad filmem niejeden kufel półtoraka z rzeczonym autorem obalili. I dzięki im za to.

A wiecie, kto mi zwrócił uwagę na istnienie THFG? Mój ojciec, który na sam dźwięk słowa 'fantastyka' dostaje krwawych wybroczyn. Dziękuję, Tato.

PS. Teamwork mniam. Dużo bardziej mniam niż Known Unknowns, IMHO.

Tuesday, 17 November 2009

Atak Troli.

O Matko Bosko.

Między Dukajem a Polskim Alef-Betem (omamusiujakietopięknenieważneżekosztowałoduuuużopieniędzy) takie kfjatki przyprawiają mnie o palpitacje serca. I wrzody.

Z przyczyn zasadniczych zdecydowałam się nie jechać do Breslau za dwa tygodnie. Nie chce mi się, nie mam weny, nie mam urlopu. Albo raczej - mam, ale mam również szansę pojechać w maju do Szwajcarii, prosto z Wiednia. Sami rozumiecie, że w takich okolicznościach Breslau schodzi na plan dalszy.

Ale to wszystko jeszcze daleko, daleko...

PS. The Hunt For Gollum. OMG.

Monday, 26 October 2009

...is that the camera at The Magic Box?

Innymi słowy, mój mózg trwa obecnie w stanie zawieszenia. Jak u Jonathana w scenie przywołanej w tytule.

Bardzo sympatyczny miałam weekend, stosunkowo aktywny w swej pozornej bierności. Dopisałam kilka stron (i dopiszę jeszcze, więc have patience), przeczytałam dwie książki, patrz: lista (Wodehouse jak Wodehouse, czysty relaks, tymczasem Brown ssał niepomiernie: chyba trzeba się świństwa pozbyć przez Allegro), ugotowałam dwa obiady, po czym doszłam do wniosku, że muszę się zresetować w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów.

Ogłosiłam Samotny Weekend Filmowy.

Nieoficjalna inauguracja dokonała się już w piątek wieczorem, Troją. Powzdychałam sobie do Erica B., pochichotałam przy scenach Achilles/Patrokles, uśmiechnęłam się do Odyseusza, bo jakże można inaczej?, i przez moment miałam wrażenie, że to wystarczy. A gdzie tam. Konieczny był reset kompletny, w postaci Lotra. Mówię zbiorczo, bo chodzi o wszystkie trzy części, rozszerzone, puszczone po cichutku z laptopa - bardziej w formie ścieżki dźwiękowej niż filmu jako takiego.

Oglądałam sobie po kawałku, pomijając co nudniejsze sceny (Frodo i Sam w Mordorze, blah), i w przedziwny, zaiste magiczny sposób odzyskując równowagę umysłu. A kiedy skończyłam, w niedzielę przed południem, postanowiłam zasięgnąć języka (IMDB) i sprawdzić, czym się obecnie zajmują niektórzy aktorzy, czego jeszcze nie widziałam, i co chcę zobaczyć.

Elijah zdubbingował 9, zaliczone. Cashmere Mafia z Mirandą - takoż. Druga część The Colour of Magic z Seanem A. i głosem Christophera Lee czeka na lepsze czasy. Billy wystąpił parę lat temu w serialu z wątkiem homoseksualnym pt. Empty: widziałam kilka klipów na jutiubie, całości nie mam niestety skąd wziąć, ale szukam nadal. Viggo udzielił kilku przeuroczych wywiadów przy okazji promocji A History of Violence - waham się, tytuł mnie jakoś nie przekonuje. Najseksowniejszy Australijczyk Naszych Czasów zagrał w niemieckiej produkcji o papieżycy Joannie (książkę czytałam nie dalej jak trzy miesiące temu): premiera odbyła się w tym tygodniu; zastanawiam się, czy nie jechać do Berlina. Nawet napisy nie byłyby mi potrzebne. Innymi słowy, fajnie.

A potem wpisałam w wyszukiwarkę nazwisko 'Karl Urban', i zmarłam z przerażenia własną głupotę, brakiem orientacji i tak dalej.

Widzicie, T. kilkakrotnie pytała mnie, czy chcę z nią iść do kina na Star Trek, a ja konsekwentnie odmawiałam. Mam na LJu przyjaciółkę kompletnie zakręconą na punkcie tego fandomu, która ostatnimi czasy zamieściła u siebie co najmniej dwie ikony z Bonesem. I co? I nic. Aż do wczoraj nie zaskoczyło.

Przeczytałam ST-ową listę płac: Karl, dobrze; Eric Bana - dobrze; Zach Quinto - może być; Jennifer M. - nie do końca, ale niech jej będzie, ostatecznie przecież znika z House'a. Odczekałam wymaganą ilość czasu. Obejrzałam.

O mamo, ale to dobre było. Aż sama się sobie dziwię. I chcę być maskotką Scotty'ego, od zaraz.

W stanie zawieszenia i konfuzji odszczekuję wszystko, co mówiłam tego lata ("ST jest ble" itd.). Nie uważam się za trekistkę, i pewnie nigdy takową nie będę, ale fajnie było. Ja chcę jeszcze raz.

Tuesday, 7 July 2009

Aragorn, you pervy hobbit fancier!



Can I marry Billy's accent? Thank you.

ETA:


Britney's songs should simply be sung by people other than her. Here's the secret. Do I get a cookie?