Saturday, 24 January 2009

Into the West

Pojechali do 'firmy', jak się od wczoraj określa w naszym języku wiadomy zakład, a ja zostałam z rachunkami na najbliższe miesiące. Babci się wydaje, że da radę sama utrzymać ten wielki, zimny dom.

Nadal chcę wykreślić wczoraj z kalendarza.

Babcia w rozsypce. Nie wiem jak inaczej to nazwać. Chodzę i przytulam, mnie pociesza tata, szorstko, po męsku, ale tak jest dobrze.



Nie cierpiał. Przynajmniej nie długo. Nie musiał leżeć tygodniami w szpitalu. Jest to pewien Dar, tak sądzę. Jego ojciec, a mój pradziadek, odszedł w ten sam sposób, na ulicy, kiedy wybrał się po bułki, 31 lat temu. Patrzę na mamę i mówię surowo: W trzecim pokoleniu nie życzę sobie takich numerów.

Dziękuję Tenel i Jo za to, co wczoraj powiedziały/napisały. Się trzymam.

2 comments:

Siobhan said...

Sciskam mocno.

Anonymous said...

nie dołuj się :)