Tuesday, 16 June 2009

Powrót do przyszłości

Jestem, Kochani.

Przez ten krótki czas mojej nieobecności zdążyłam wybyć za granicę, powrócić, udać się na wschodnie rubieża Polski (czyli do Azji, jak to zgryźliwie określa pewien Wielkopolanin), dokonać desantu na własne mieszkanie (tak, tak, jestem przeprowadzona!), oraz wykorzystać dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Do zmontowania kanapy.

Wracając do wojaży wszelkiego typu - Barcelona nie przestaje mnie zachwycać. Snułam się po Rambli wczesnym wieczorem, i czułam, jak powietrze wokół mnie wibruje zmysłowością, napięciem, seksem. Wstawałam rano, pędziłam do Barri Gothic, obfotografować wilgotne zaułki przed pierwszym spotkaniem 'byznesowym' - i byłam szczęśliwa.

Po czym wróciłam do domu, przepakowałam walizkę, i udałam się z rodziną do Sandomierza.

Bardzo urokliwe miejsce. Wszystkie uliczki biegną pod kątem, z góry na dół i z powrotem - nawet rynek jest nachylony. Studenci ASP siedzą na ławeczkach i (nie rycząc do siebie) szkicują fragmenty zabudowy miasta. W zbrojowni zrobiliśmy z Młodego średniowiecznego inwalidę obronnego (pomysł taty), a z rodziców parę szalonych wikingów. Popłynęliśmy w rejs po Wiśle. Dałam się zaciągnąć na Bramę Opatowską, co przy moim lęku wysokości zasługuje na uznanie. Kompulsywnie łaziłam po cmentarzach, i starałam się nie zgrzytać zębami na znajomych moich rodziców.

Trzeciego dnia, kiedy wyruszaliśmy w kierunku Lublina, spadł deszcz. W tym deszczu obejrzeliśmy Żywe Muzeum Porcelany w Ćmielowie i lubelski zamek - a potem poszliśmy na obiad do Mandragory.
Wpadłam jak śliwka w kompot. Znalazłam miejsce, w którym mogłabym siedzieć godzinami, popijając absolutnie herbaciane olśnienie pod nazwą Złoty Ogród, słuchając muzyki klezmerskiej i obserwując, jak refleksy światła pływają po wypucowanej powierzchni niezliczonych menor. Do tego jeszcze - mają księgarnię... Ostatkiem sił powstrzymałam się przed nabyciem Słownika Polsko-Jidysz, chociaż wiem, że przydałby mi się do pracy nad książką. Może następnym razem.
To kto miałby ochotę przejechać się ze mną do Lublina?...

Z odkryć muzycznych przedłużonego weekendu: 'Alkimja' sąsiadki, oraz 'The Ballad of John Henry' Joego Bonamassy, z zachwycającym coverem pewnej piosenki Toma Waitsa, której polskiej wersji w wykonaniu Kazika słuchaliśmy z S. dawno temu, w Dziupli pod dworcem Poznań Główny. Wesoło nam było wtedy.

A teraz pada. Deszcz obudził mnie o drugiej w nocy - jakoś udało mi się spacyfikować kanapę, na skręceniu której spędziliśmy wczoraj co najmniej godzinę, ja i moi Szanowni Goście. Dzisiaj wciąż jeszcze będę biegać, załatwiać i odbierać resztę rzeczy z poprzedniego mieszkania - a potem zasnę. I obudzę się. I znowu będzie dzień.

No comments: