To się wkurzyłam wczoraj. Zobaczyłam swoje finanse w perspektywie najbliższych miesięcy, i zgrzytnęłam zębami - pół biedy, że do września ani nowej kiecki, ani kosmetyku, ani książki (Bogom niech będą dzięki za puder prasowany Shiseido z Jusco, miniaturki Clinique oraz bibliotekę na Jęczmiennej), ale w dodatku wszelkie plany wyjazdowe (z wyjątkiem tych częściowo sponsorowanych przez przodków) powoli zaczynają się sypać. Nie chce mi się o tym myśleć. Stanowczo protestuję.
W ramach odstresowania się, spotkałam się wczoraj z siostrą w celu odbycia konsultacji w wiadomym przybytku usługowym, wypicia koktajlu (para)truskawkowego, sarkastycznego podsumowania co bardziej irytujących aspektów rzeczywistości miast T., P. i okolic, oraz wyprowadzenia teorii tyczącej się większej głębi i wiarygodności fanfików slashowych w opozycji do 'zwykłej' opcji het.
Udało nam się również zaobserwować kompletną nieefektywność cechującą działania toruńskiej Straży Miejskiej - dwóch funkcjonariuszy przybyło oto pod drzewo na Rynku, tuż przy knajpianym ogródku, w którym siedziałyśmy z siostrą, w celu spacyfikowania grupy panów o obliczach w różnym stopniu zabarwionych na interesujące odcienie fioletu. Jeden ze strażników odebrał panom niewinnie wyglądającą butelkę po wodzie mineralnej z cytryną (zawierającą pewien przezroczysty płyn), po czym włożył ją, zakręconą, do kosza na śmieci. - Oj, na wiele mu się to nie zda - wyprorokowałam ponuro, po czym ze złośliwą satysfakcją zmierzyłam wzrokiem jednego z panów, który powrócił na miejsce zbrodni niecały kwadrans po odejściu strażników, najspokojniej wydobył butelkę z kosza, po czym oddalił się z godnością.
Prewencja blues, czy jakoś tak...
No comments:
Post a Comment