Friday, 23 April 2010

O tak zwanej literaturze kobiecej będzie. I o tym, dlaczego pewne szczegóły w tejże potrafią zmrozić człowiekowi krew w żyłach, z zupełnie niespodziewanych powodów.

Zdarzyło mi się ostatnio zmęczyć zbiór opowiadań Hanny Kowalewskiej "Kapelusz z zielonymi jaszczurkami". 'Zmęczyć' jest w tym momencie jak najwłaściwszym określeniem. O ile bowiem powieści pani Hanny (wielce smakowity cykl o Zawrociu) czyta się z dużą przyjemnością, o tyle krótsze formy przez nią uprawiane przypominają mi z bolesną wyrazistością "dzieła" jakie sama tworzyłam w okresie licealnym. Podobny styl, podobna egzaltacja, podobne wizje rodem z soczystych tripów (których, sądząc na oko, Autorka zaliczyła nieco więcej ode mnie)... Powrót do przeszłości, kompletnie nie zamierzony, i niezbyt radośnie powitany.

Eksperyment zakończył się porażką, obawiam się.

Wczoraj natomiast połknęłam nową Szwaję, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Młodsza Bliźniaczka zdziwiła się cokolwiek, kiedy przyznałam się do słabości do książek tej pani, ale właściwie czemu tu się dziwić? Na pewnym etapie kobieta wychowana na twórczości Musierowicz wyrasta przecież z tejże - a Szwaja wydaje się w tym momencie kolejnym logicznym krokiem, przejściem do literatury wielce przyjemnej, w której bohaterowie i bohaterki piją nie tylko herbatkę, ale i alkohol (czy ktoś byłby w stanie wyobrazić sobie rodzinę Borejków sączącą winko kalifornijskie leniwym popołudniem? Właśnie.),, przeklinają w chwilach emocjonalnego rozstrojenia (!), uprawiają seks (o zgrozo!), i nierzadko stają przed dylematami, których nie da się rozwiązać w sposób prosty i jednoznaczny.

Najnowsza książka pani Moniki, "Zupa z ryby fugu", dotyczy, izwienitie, problemu tak zwanej histerii rozmnażania, oraz matek-surogatek. Mocne? Mocne. Tak się jakoś złożyło, że ostatnio temat ten powraca do mnie z różnych stron i kierunków. Przyjaciółka współpracownicy jest już po kilku próbach in vitro i zabiegach inseminacji, jak dotąd, nieskutecznych. Nie znam kobiety osobiście, więc nie podejmę się orzekania w temacie jej poziomu histerii o podłożu rozrodczym, ale wnioskując z faktu, że nawet lekarze dają jej (tudzież jej mężowi) bardzo małe szanse, przypuszczam, że musi być dość wysoki. Czy na tyle, żeby w pewnym momencie zdecydować się na wynajęcie czyjegoś brzucha w charakterze inkubatora? Mam nadzieję, że nie. Bo tutaj nie ma sytuacji wygranych - chyba, że surogatka naprawdę traktuje całą sytuację wyłącznie w kategoriach "dobrego interesu": ale proszę mi wybaczyć, w takie bajki raczej nie wierzę.

A z drugiej strony są takie kobiety, jak moja znajoma, która w ciążę, owszem, zaszła, ale urodziła już w piątym miesiącu. I cudem jest, że jej córeczka, przeszedłszy sepsę na oddziale noworodków, wyszła z tego wszystkiego i prawie normalnie się rozwija.

A z trzeciej strony są kobiety, które rodzą jedno dziecko po drugim, z zabezpieczeniem czy bez niego, bo tak już po prostu mają w genach.

I zazwyczaj przedstawicielka jednej z powyższych grup chciałaby należeć do innej.

I o tym jest ta książka, między innymi.

Poza tym w książce występuje osoba, której celem życiowym jest naciąganie przyjaciół na wszystko, na co tylko się da, oraz oczernianie osób publicznych (bądź własnych znajomych) na forach internetowych. Nie macie pojęcia, jak się cieszę, że znalazłam sobie własne miejsce pod filarem u Błaznów, gdzie takie gierki nie mają miejsca. Powiem Wam - bardzo się cieszę.

I jeszcze jedno, to, od czego krew mi się ścięła na minut kilka. Jedna z bohaterek (szczęściem, nie najgłówniejszych) "Zupy" nosi imię Joanna.

Zgadnijcie, jak na nią mówią...

No comments: