Z przykrością stwierdzam, że pierwsze kroniki Amberu czytało mi się lepiej, niż drugie. Jakoś nie mogę przebrnąć przez te sny Merlina... Przynajmniej Random i Fiona są na miejscu. I tak być powinno.
Czytam więc inne rzeczy (brutalnie wykorzystując nieobecność szefa w biurze), albowiem nasza filia biblioteczna została ostatnio zarzucona książkami przez Stowarzyszenie "Pracownia Różnorodności"; na pierwszy ogień idzie u mnie Żurawiecki, na którego od dawna się czaiłam, dzienniki 'przyjaciółki' Marii Dąbrowskiej oraz Pamiętnik statecznej panienki Simone de Beauvoir. A potem są jeszcze eseje z pogranicza gender i queer, sam miód, no. I spory zapas ebooków od Esther. Jakoś przeżyjemy ten tydzień szefowych wakacji.
Poza tym - nihil novi. Ciepło na zewnątrz mnie rozleniwia. Wskazówka wagi zatrzymała się chwilowo po opadnięciu o siedem kilogramów: znaczy, od teraz trzeba będzie intensywniej naturze pomagać, bo jeszcze z dychę mogłabym stracić bez żalu większego. (Co więcej, mam nadzieję, że przy okazji diety rzeczywiście najpierw chudnie się w biuście. Wiem, dziwna jestem). Wciąż jeszcze mam nikłą nadzieję na ten wyjazd do JPN pod koniec lipca, ale zaczynam sobie uświadamiać, że to raczej marzenie ściętej głowy, i mieć tak zwaną olewkę na całą sprawę. Telefonów z drugiego końca kontynentu euroazjatyckiego odbierać nie zamierzam - zgubi się kolega, języka nie znający, trudno, jego problem. Gdyby nie ten przyjemny luz, panujący okresowo w mojej pracy, może bym się nawet zdecydowała na zmianę, ale w tej sytuacji - nie mam wystarczająco silnego bodźca. Czytam, piszę, markuję naukę do CPE, i jakoś ten czas mija.
A potem wychodzę z biura, i jestem tak zajęta, że na nic nie mam czasu, i padam z nóg.
Zadaniowy czas pracy poproszę.
Miłego weekendu, moi Drodzy. W niedzielę coś się zmieni.
3 comments:
Właśnie czytam a właściwie słucham audiobooka z 10 części. Niektóre elementy są doprawdy męczące, dłużą się strasznie (a przy niektórych najzwyczajniej w świecie przysnąłem), ale jednak styl Zelaznego jest unikatowy... i mimo wszytko strasznie wciąga.
Aczkolwiek słucham, słucham i najzwyczajniej w świecie brak mi Corwina.
Tez mi brakowalo, strasznie, przy pierwszym czytaniu (listu Pawla do Koryntian, hyhyhy...:P ).
Przy drugim- Corwin juz nie byl taki sjuper-djuper. Przy trzecim momentalnie mnie draznily te jego `Jestem schrypniety Brudny Harry, a to moj wierny Greyswandir`-owate wstawki, bo byly strasznie nadete. I przy tym wszystkim Merlin, z calym swoim nawiedzeniem, byl istnym powiewem swiezosci :)
A i tak najlepszy na swiecie jest...No? Kto zgadnie? :D
PS. Oczywiscie nie `momentalnie`, a `momentami`. Po pracy jestem, tak? ;D
Post a Comment