Monday, 22 November 2010

Na specjalne życzenie Szanownych Czytelników: słów kilka o Insygniach 1/2, z pominięciem wonsza (który nadal stanowi dla mnie przyczynek do traumy).

Zdecydowanie najlepsza ekranizacja - bo wierna książce. W tym miejscu wypadałoby dodać, że siódmy tom nieszczególnie mi się podobał: przez pierwsze 300 stron nic się nie działo, a potem nagle zaczęło się dziać dużo wszystkiego. Istniała obawa, że pierwszy film również ciągnąć się będzie jak flaki z olejem - na szczęście, kompletnie nieuzasadniona. Owszem, akcja "namiotowa" zajmuje znaczny procent czasu ekranowego, ale nie nuży - buduje za to klimat przygnębienia i marazmu, charakterystyczny dla pierwowzoru.

Z drugiej strony, film przejawia wysoki faktor humorystyczny (wszystkie sceny z użyciem eliksiru wielosokowego - majstersztyk), po ekranie przemykają się tu i ówdzie prawdziwe ciacha (Bill Weasley - raz, młody Grindelwald - dwa; nie dziwię się, że Albus wpadł po uszy...), a w tych momentach, kiedy powinno być strasznie i dramatycznie, JEST strasznie i dramatycznie. Nie zawsze, dodam, z powodu wonsza. ;)

Jeżeli NAPRAWDĘ miałabym się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do nieobecności Dame Maggie, i zbyt krótkiej obecności Alana. Poza tym - nad wyraz przyzwoicie. Dawno już nie czułam się tak dobrze po obejrzeniu filmu potterowskiego.

Polecam - idźcie, choćby po to, żeby stwierdzić, czy czasem nie upadłam na głowę ;)

Miłego popołudnia.

6 comments:

Ala said...

No to pójdziemy. Choć jeśli nie ma mojej ulubionej pani psor i Alana "Słoneczko ty nasze" Rickamna, to już rozczarowuje. ;D

Pozdrawiam z deszczowego Gdańska

Jo said...

Pójdziemy, jak tylko pozbędziemy się kataru i uszy nam się odetkają.

Tenelilli said...

Ale za to jakie Rickman ma włosy jak już jest :PPP

Esther said...

Jak podobał Ci się "RockMann"? Planuję sprezentować rodzicielce. Warto?

Klonowa Wróżka said...

Esther - zasadniczo czytało się bardzo przyjemnie, tylko jakoś tak... gwałtownie się skończyło, bez wyraźnej puenty. A swoją drogą, jest to prezent dla mojej rodzicielki ;)

Esther said...

Dzięki! Pewnie zostanę przy tym pomyśle. Dorzucę jeszcze płytę Deep Purple i będzie całkiem niezły prezent gwiazdkowy. : )