Czyli: przeczytałam nowego Wegnera, i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w międzyczasie stałam się świadkiem spektakularnego body hijacking.
Pierwszy tom opowiadań o pograniczach Meekhanu jaki był, wiemy wszyscy (a jeśli nie wiemy, to najwyższa pora nadrobić to rażące niedopatrzenie, moi Mili Czytelnicy). Na tom drugi czekałam z mniejszą niecierpliwością, niż, na ten przykład, na kolejną część PLO, ale z dużą przyjemnością pożyczyłam Wschód-Zachód od kolegi G., i w stosownym momencie przystąpiłam do lektury.
Wschód czytało mi się arcyprzyjemnie, czego należało się zresztą spodziewać po osobie, która najchętniej poprosiłaby o azyl polityczny wśród Eorlingów, gdyby tylko miała taką możliwość. A potem… potem wpadłam w Zachód, i poczułam się oszukana.
Coś dziwnego zaszło na tym krótkim kawałku pustego miejsca między jedną częścią, a drugą. Transplantacja osobowości i stylu pisarskiego? Niewykluczone. Zachód jest dziwny. Kompletnie nie pasuje mi do klimatu, jaki pan Wegner serwował we wszystkich wcześniejszych opowiadaniach. I Altsin mnie denerwuje. O.
Cierpię niniejszym na niedosyt, i zbyt niską zawartość Wegnera w Wegnerze. Wzdech.
Cóż jeszcze robiłam przy okazji weekendu? Oglądałam Lornę Doone, albowiem Richard Coyle jest uroczy i ujmujący nie tylko w roli Naczelnego Poczmistrza Ankh-Morpork. Patrzyłam komuś w oczy w piątek wieczorem, i czułam (oboje czuliśmy), jak napinają się nitki przytrzymujące nas w pewnej odległości od siebie. (Jeszcze chwila, i pękłyby, uwalniając po drodze olbrzymie ładunki emocji. Może to i dobrze, że się w ostatniej chwili zatrzymaliśmy, bo wciąż jeszcze nie jestem gotowa na katastrofę nuklearną. Nie i nie.) Czytałam Dziewczynę z zapałkami na wyjątkowo nudnych zajęciach.
A wczoraj wieczorem podreptałam do G., oddałam Wegnera i drugie Kroniki Amberu, a wzięłam pierwszy tom Czarnej Kompanii, Szostaka, i Pjankową. Albowiem nic mi tak nie poprawia humoru, jak Raywen w… powiedzmy, że w Morii, tak? Doprawdy, muszę sobie wreszcie sprawić własny egzemplarz, a nie bezczelnie żerować na koledze. ;)
Miłego poniedziałku Wam życzę.
5 comments:
Ach Czarna Kompania... :)
W pełni podzielam ocenę Zachodu, niestety:/
To pisałam ja:)
O, tak - Kompania! : ))
Jejku, dotąd nie udało mi się przeczytać wszystkich części. : /
A ja i tak wolę Zachód od Południa. ; ))
Zachód moim zdaniem jest po prostu dużo inny niż pozostałe trzy części, które pisane były w bardzo podobnym klimacie.
Nota bene mi Zachód przypomina "Kłamstwa Locke'a Lamory" Scotta Lyncha, które bardzo polecam.
I wydaje mi się również, że Zachód miał mieć znacznie silniejsze powiązania z planowaną powieścią...
Post a Comment