Friday, 25 February 2011

Gail Carriger, "Bezduszna" - czyli: BEZ SENSU...

Z góry bardzo przepraszam tych spośród P.T. Czytelników, których nie interesuje ani steampunk, ani zagadnienia translatorskie (czy ktoś taki w ogóle mnie czyta?!): będzie rant, jak stąd do Białegostoku (pozdrowienia, Esther!). Będą też spoilery, nieznaczne, ale jednak.

Jakiś czas temu przestałam liczyć, ilu osobom zdarzyło mi się truć w temacie panny Alexii Tarabotti, lorda Maccona et consortes. Osobiście uważam, że jestem całkowicie usprawiedliwiona w moim pragnieniu rozpowszechnienia twórczości Gail wśród ludzi, którzy docenią jej sprawne, nieco sarkastyczne pióro, obrazki wiktoriańskiego Londynu wzbogaconego o wampiry i wilkołaki - przy czym te drugie są zdecydowanie faworyzowane przez autorkę (Gail stwierdza, że przy tworzeniu postaci Alfy - lorda Maccona - inspirował ją, między innymi, Sean Bean: need I say more?...) oraz wywołujące ślinotok opisy ciast, ciasteczek i innych smakowitości. Dlatego też bardzo pozytywnie zareagowałam na wieść o tym, że Prószyński zakupił prawa do trzech z pięciu tomów sagi znanej jako The Parasol Protectorate.

Oczywiście, przez cały czas dopuszczałam teoretyczną możliwość, że coś się przy tej okazji weźmie i spieprzy, ułaskawcie mojego Francuza. Więc, rzecz jasna, jestem niezadowolona już na etapie tytułu.

"Bezduszna".

Zastanawiam się poważnie, co kierowało panią tłumaczką. Owszem, w oryginale książka nosi tytuł "Soulless" - ale ZNACZENIE tego słowa w kontekście postaci Alexii nie ma absolutnie nic wspólnego z potocznym znaczeniem przymiotnika "bezduszny" w naszym pięknym języku. Owszem, Alexia potrafi być zaskakująco chłodna i opanowana (szczególnie w sytuacjach, hmm hmm, intymnych, co zostało błyskawicznie wychwycone i zaadaptowane do własnych potrzeb przez kilka znanych mi kobiet), ale z pewnością nie jest "nieczuła, niezdolna do odczuwania, obojętna, oziębła" (nasz ulubiony Alfa może o tym zaświadczyć), które to synonimy słowa "bezduszny" podsuwa nam słownik.

Ale nie tylko o to chodzi. Idźmy dalej.

Idea zaprezentowana przez Gail (tak ją sobie tykam, odkąd wymieniłyśmy kilka wiadomości na Twarzoksiążce, a co) jest następująca: aby móc zostać zamienionym w wampira lub wilkołaka (bądź zostać duchem po dokonaniu ziemskiego żywota), trzeba mieć swoisty "nadmiar" duszy: być artystą, wynalazcą, człowiekiem kreatywnym. Delikwent po przemianie staje się członkiem społeczności nazywanej zbiorczo supernaturals: ponadnaturalni? Powiedzmy. Z drugiej strony mamy natomiast Alexię, będącą tak zwanym preternatural (poza-naturalny? Tu trzeba by pokombinować z łaciną...), czyli osobnikiem, który w ogóle nie posiada duszy. I aby oddać sprawiedliwość nomenklaturze wymyślonej przez autorkę, należałoby przetłumaczyć tytuł tak, żeby oddać w nim, choćby przez zgrabny neologizm, ową "poza-naturalność" głównej bohaterki.

Nie mówiąc już o tym, że przekładając "Soulless" jako "Bezduszną", tłumaczka zamknęła sobie IMVHO drogę do zgrabnego ujednolicenia tytułów kolejnych części, czyli "Changeless" i "Blameless". Gail, pisząc po angielsku, nie miała absolutnie żadnego problemu z tytułami: prócz trzech wspomnianych, w cyklu planowane są jeszcze "Heartless" i "Timeless". Przyrostek '-less' sprawdza się znakomicie, prawda? Gorzej z tłumaczeniem na inne języki, jeżeli chce się zastosować podobną "klamrę" leksykalną (a ja, jako istota językowo zboczona, tego właśnie bym sobie życzyła). Po polsku nie da się zastosować jednego przedrostka ('poza-', 'bez-', 'nie-' - cokolwiek) plus przymiotnika, i sprawić, żeby brzmiało to wiarygodnie, jeżeli nie stworzy się po drodze jednego czy dwóch neologizmów.

Ale można by, na przykład, ułatwić sobie sprawę i pójść w kierunku obranym przez tłumacza z Meksyku, który postawił na proste i dobitne "Sin alma". "Bez duszy", "Bez zmian(y)", "Bez winy", "Bez serca": takie to trudne...?

Najprostsze rozwiązania przychodzą nam do głowy na końcu, tak mówią. I pewnie mają rację. Tak czy inaczej: zamówiłam książkę, żeby podbić statystyki sprzedaży, i zobaczyć, co jeszcze uczyniono oryginałowi przy przekładzie. Szkoda byłoby zmarnować "głębokie" przemyślenia Alexii w temacie, chociażby, maksymalnego współczynnika rozszerzalności... to jest, wzrostu... to jest... ekhm. Sami sobie przeczytajcie :P

I miłego weekendu Wam życzę. Ja będę się nauczać takoż w sobotę, jak i w niedzielę. Uff.

7 comments:

Esther said...

Tak, tytuł został przetłumaczony beznadziejnie i Twoje oburzenie jest jak najbardziej uzasadnione. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że treści nie potraktowano równie bezdusznie. ; D Czekam na opinię, jak już dostaniesz książkę.
I dzięki za pozdrowienia. ; ))

Tenelilli said...

Dobra, zapodałaś mi głowny gist twego obruszenia w autobusie na Możdżera więc nie wczytywałm się w notkę aż tak dokładnie, bo wróce do niej jak przeczytam książkę (in Englisz of course), ale tylko chcialam powiedzieć że 'ułaskawcie mojego Francuza' wbiło mnie w podłoge :DDDD

Cintryjka said...

Mamy w Fahrenheicie na to patronat (tzn. dostaliśmy propozycję i ja po Twoich rekomendacjach doradziłam jej przyjęcie:), więc szybko się przekonam, co to tłumaczenie warte.

Klonowa Wróżka said...

Dziękuję jak najuprzejmiej, Cintryjko :) I bardzom ciekawa Twojej opinii o książce jako takiej - Esther już mi się udało zarazić ;)

Cintryjka said...

Daj znać, jak tam Monarcha:) Zimowy, of course.

Esther said...

Przeczytałam. : )) Mam ochotę na herbatę. I potrzebuję kapelusza. ; D
Jeśli chciałabyś pogadać na temat "Soulless", to ja się na to chętnie piszę.

Ala said...

Po pierwsze to dzięki za zarażenie.
Po drugie... chcę więcej. Może być i w oryginale, bo czekać nie zwykłam a nasi wydawcy miewają dziwne priorytety.
Po trzecie, tłumaczenie trochę mi się nie podoba, mimo, że oryginału nie znam. Ale tam coś zgrzyta. Zgrzyta ta "bezduszna", która okazuje się dość namiętną panną (i cóż, że starą?). Zgrzytał mi na początku szyk zdań, to fakt, i obfitość tych "iż", "gdyż", "azaliż" (no dobra, tego ostatniego chyba nie było; aale pasowało). Brak soczystych przekleństw, no bo na "kurzą twarz" to się popłakałam ze śmiechu, a w sytuacji, jakiej opis dotyczył, chyba nie powinnam.

Niemniej jak tu nie polubić tej pyskatej baby? I jej wilkołaka, takiego cudnie zmierzwionego i mokrego? Tradycyjnego oddanego sługi? I fabuły miksującej radośnie Agathę Christie (ten Londyn!) z Jane Austen, Kopciuszka z najnowszym wydaniem Sherlocka (znów - ten Londyn!)? No jak?
Toteż wiedz, moja droga, że wybieramy się do Torunia, Damian, by wypić z Tobą piwo (wiadomo jakie), ja by pogadać o książkach i pożyczyć conieco. :)))