...objawia się między innymi tymi, że wchodząc do księgarni od razu zawieszam na czymś wzrok, a w sklepach obuwniczych (nawet w tym nowym, tuż obok wejścia do naszego biura, w którym mają bardzo "nietypowy" asortyment) - a gdzie tam.
Kupowanie butów uważam za jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą mnie spotkać w życiu moim codziennym. No, może poza kupowaniem torebek. I dentystą. I ropną anginą. Wiecie, co mam na myśli.
(Poza tym, używane książki łatwiej jest sprzedać na allegro. A pożyczanie od kogoś książek nie budzi we mnie obaw natury, powiedzmy, higienicznej).
Butów zatem, choć mi potrzebne, nie kupiłam. Kupiłam za to, już jakiś czas temu, W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach - smutny przykład na to, że i przy zakupach w empiku można się czasem pomylić. Pomysł ma pewien potencjał: młody Amerykanin przyjeżdża do Anglii na wiosnę roku 1940, aby zebrać materiały do książki o królu Arturze, i - w miarę możliwości - udowodnić, że monarcha był postacią historyczną, a nie tylko czczym wymysłem. W tym celu jeździ w przeróżne miejsca, co samo w sobie jest nawet ciekawe: po czym poznaje, w ciągu jednego tygodnia, C.S. Lewisa, Williamsa, Tolkiena, i swoją krajankę, śniącą pewien cykl wizji, które nie dają jej, nomen omen, spać. Wszyscy panowie zaczynają się zastanawiać, jakież to znaczenie ukryte jest w snach tej młodziutkiej Amerykanki, co daje początek pielgrzymce młodych Jankesów od jednego enigmatycznego miejsca do drugiego, przydługim perorom Lewisa o znaczeniu religii w życiu człowieka, wizytom w gabinecie Tolkiena oraz ogólnemu zamieszaniu w wątkach, które mogłyby stanowić materiał dla kilku opasłych tomów, a tutaj ledwo się bronią na dwustu pięćdziesięciu stronach.
Ostatecznie okazuje się, że bohaterowie odnajdują Włócznię Longinusa. P.T. Czytelników upraszam, aby w razie wątpliwości sami wyguglali, cóż to za prześwietny artefakt, albowiem w chwili obecnej pochłania mnie wykonywanie tzw. facepalmu. O.
A mogło być tak pięknie... bez zadęcia, bez parcia do cytowania pism Inklingów co drugi akapit. Bez cokolwiek wymuszonego wątku romantycznego. Czy teraz każda książka musi być o tym, że ktoś kogoś chce - przelecieć, poślubić, kwestia drugorzędna? Nie można było napisać po prostu o poszukiwaniu, o żądzy wiedzy, o przyjaźni?
Jak widać, nie do końca. Szkoda. Jestem zasmutkowana.
Dla równowagi: tak Zapiski... Brysona, jak Filary Ziemi, sprawiły mi dużą przyjemność natury bibliofilskiej. A i aktualnie nie narzekam na nudę: czytam Na psa urok Kevina Hearne'a, zgrabnie napisaną (i przetłumaczoną: dziękujemy Ci, DW Rebis!) historyjkę o pewnym druidzie (baczność!), ukrywającym się przed wrogami we współczesnej Arizonie. Druid ma cięty język, uroczą powierzchowność dwudziestojednoletniego Irlandczyka, dwa tysiące lat na karku, wilczarza, oraz tak zwane skomplikowane relacje z boginią Morrigan. I nieco mniej skomplikowane, a nieporównanie bardziej przyjemne, z Flidais. A to dopiero 60. strona...
Idę poczytać jeszcze trochę przed przyjściem T.
Miłego wieczoru, Moi Drodzy.
4 comments:
Ja wpadłam na pomysł Bezwstydnych Plagiatów W Celu Ulepszenia. Bierzesz spieprzony pomysł i ulepszasz.
Albo bierzesz, jak ja po lekturze Krajewskiego, Uber-lekturę, czyli "Wahadło Foucaulta" ;)
Ja mam tak ze spodniami. I z butami. Buty znaszam aż do dziur w podeszwach, ale skoro poza kilkoma sztukami w cenie od 500 zł wzwyż nie ma niczego godnego uwagi, no to cóż robić? ;)
Zmarnowane pomysły na książki... najbardziej bolą takie jak np. Żmija Sapkowskiego, inne po prostu trafiają do antykwariatu za rogiem. Tam kupią i sprzedadzą wszystko.
O, to miło, Filary ziemi trochę mnie przerażają objętością, stoją na półce i czekają na swoją kolej już parę lat, a w sumie wstyd, bo to prezent urodzinowy.
Buty. Nie wiem, czy o tym wspominałam: ostatnio potrzebowałam eleganckich butów i ostatecznie wydałam fortunę na piękne pantofelki w rozmiarze 36,5 (ale i tak muszę je nosić z wkładkami, bo spadają...). Masakra. : )
A co do książki: . ; D
Post a Comment