To z Tangled - tak mi się jakoś narzuca w związku z hiatusem, w jaki weszło moje tak zwane życie.
Wczoraj w nocy byłam już o krok od wymyślania pseudo-optymistycznych powodów, dla których obecny stan rzeczy nie powinien mnie martwić. Wiecie, coś w rodzaju: "Nie mogę zrobić prania, bo pralka wciąż stoi na środku pokoju i czeka na ułożenie płytek na podłodze, ani dostać się do moich szaf, zaklejonych folią dla ochrony przed kurzem - ale ostatecznie dzięki temu mam szansę zedrzeć do cna tych kilka rzeczy, które od ponad trzech tygodni leżą w mojej malutkiej walizce urlopowej, i zrobić miejsce na nowe ciuchy, które kupię, jak kiedyś wyjdę z długów!..." Tyle tylko, że to nie działa.
Wobec czego - kupiłam wczoraj chilijskiego merlota, przyjęłam pół butelki na pusty żołądek, i poszłam spać. I już mi trochę lepiej - na duszy. Na ciele nie zanotowano zmian na lepsze lub gorsze. Mówiłam, że układ trawienny mam po słoniu.
Co nie zmienia faktu, że chciałabym kiedyś w końcu posprzątać mieszkanie. Pozbyć się kurzu, resztek gruzu i wszechobecnej folii. Ogarnąć ten sajgon przed piątkowym przyjazdem rodziców. I wziąć długi, gorący prysznic.
Podjęłam stanowcze kroki w kierunku realizacji tego planu. Zobaczymy.
Tymczasem: zaczął się drugi sezon Downton Abbey, serialu genialnego (czego dowodem są trzy nagrody Emmy, otrzymane onegdaj przez jego twórców, i czwarta - dla Dame Maggie Smith). Gdybym miała po temu warunki, zwinęłabym się dziś po południu na kanapie pod kocem, zaparzyła herbatę z orzechami laskowymi i płatkami kakao, i obejrzała ten pierwszy odcinek - ale ponieważ jest, jak jest, odkładam arcyprzyjemne obcowanie z Dame Maggie, Michelle, błękitnymi oczami Dana Stevensa oraz zapierającymi dech w piersi kostiumami z drugiego dziesięciolecia ubiegłego wieku - na niedzielę. A w oczekiwaniu na tę niewątpliwą przyjemność, podczytuję sobie fanfiki: ten najlepszy, najwspanialszy i najbardziej bolesny: "Any Other World", i różne inne, jak chociażby skrzyżowanie świata Downton z Sherlockiem, które wywołało dziś u mnie radosny pisko-kwik. Mniam.
Z powodów oczywistych, największą sympatię żywię do Lady Mary. Lubiłabym ją nawet, gdyby nie grała jej Michelle: ta kobieta po prostu JEST mną, w bardzo wielu aspektach charakteru i elementach biografii (niestety, ja zdecydowanie nie jestem NIĄ - mój ojciec nie jest earlem, a przynajmniej nic nam na ten temat nie wiadomo; no i nie mam takich fantastycznych sukienek...). Jest tak... potłuczona, poraniona duchowo, że po prostu nie można jej nie współczuć. Zresztą, proszę mnie nie słuchać: najlepiej zrobicie, wyrabiając sobie na jej temat własne zdanie, drogą kontaktu wzrokowego z materiałem dowodowym. Polecam.
Na zakończenie, z cyklu: Rozczarowanie tygodnia - Martwe Jezioro Marcina Mortki. Czy to NAPRAWDĘ pisał ten sam człowiek, który popełnił jakże smakowitą Karaibską krucjatę?! Wierzyć mi się nie chce...
Miłego poniedziałku.
4 comments:
DA teraz już na pewno obejrzę.
No i kolejny dowód, że trzymanie się z dala od MJ było świetna decyzją.
Gdybyś miała problemy z odzyskaniem forsy od nierzetelnego fachowca, służę pomocą w postraszeniu go sądem:)
Za remont to my kciuki trzymamy. Żebyś jak najszybciej mogła cieszyć się nowym prysznicem. I pić wino przed telewizorem, w czystych, pachnących ubraniach.
A co do DA - na razie, w końcu, oglądam pierwszy sezon, ale wciągnęło mnie bardzo. Bardzo, bardzo nawet. :)
Osobiście pozwolę się z Tobą nie zgodzić w temacie Martwego Jeziora. Książka jest to zupełnie różna od tego, czym Mortka raczył nas w poprzednich swych powieściach, aczkolwiek inną od początku miała być.
Być może trąci nieco RPGową strukturą i do tego nie jest super skomplikowaną fabularnie, ale na duży plus należy Mortce policzyć pomysł na świat oraz ponury, post wojenny klimat. Osobiście czekam na kolejny tom, który zapewne sporo zmieni.
A tak w ogóle, Mortka na swoim blogu napisał, że właśnie skończył thriller/powieść grozy/miasteczko Twin Peaks-like.
Drogi W., w sensie merytorycznym książka nie jest zła: problem polega głównie na tym, że w ogóle nie widać po niej pracy dwojga wymienionych w stopce korektorów. W sensie językowym rzecz jest kompletnie niestrawna, a miejscami wręcz niepoprawna gramatycznie - może jestem purystką, ale takie rzeczy mi przeszkadzają.
W Karaibskiej krucjacie tego typu 'kfjadkuf' nie było - stąd moje rozczarowanie.
Post a Comment