Monday, 5 December 2011

because what else is there?

Tytuł dzisiejszej notki sponsoruje Frank O'Hara. Mniam, proszę państwa, mniam.

A propos nie-bardzo-mniam: po lekturze dwóch niezwykle przyjemnych pozycji z cyklu o Matthew Swifcie (autorka ma na koncie jedenaście powieści, a jest z rocznika 1986 - los nie jest sprawiedliwy...) oraz niepokojącego Przeciwnika, spróbowałam się zapoznać z Końcem pieśni młodego Zembatego. Na razie odrzuciłam w kąt, i kwiczę - może mi kiedyś przejdzie. Po dużym kubku grzanego wina. Albo i nie. Kiepsko napisane, i z denerwującymi powtórzeniami, i... szkoda, no. Potencjał był, może nadal jest, i podoba mi się przechrzczenie Morgaine na Morrigan: ale muszę poczekać. Zająć się czymś innym.

Jeszcze co do Matthew Swifta, którego zaczęłam wielbić bałwochwalczo: gdyby ktoś wpadł kiedyś na pomysł ekranizowania tej serii, głównego bohatera powinien zagrać Dan Stevens. Dowód poniżej.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Wybrałam się do kina w sobotę. Na Szpiega, który był piękny, i wyważony, i znakomicie zagrany, i z obsadą smakowitą (Laura Carmichael w dwuminutowym epizodzie, i Mark Strong, i Roger Lloyd-Pack!). Do nowego centrum handlowego, które jest głupie, bo nie ma w nim ani jednej księgarni. Ale podobno jest Subway. Subwaya lubimy.
Aby dostać się ode mnie do rzeczonego przybytku konsumpcjonistycznej rozpusty, trzeba wsiąść w autobus, i dojechać do krańcówki, zwanej na pewnych obszarach kraju pętlą.
Albo - przespacerować się. Co też uczyniłam, niepomna faktu, że w sobotę obchodzono dwudzieste urodziny pewnego radia.
Niektórzy z Was pewnie wiedzą, że dach siedziby rzeczonej toruńskiej rozgłośni widać z okna mojej kuchni. No cóż, peszek. W sobotę rano, między tostem z masłem solonym a kawą z kardamonem, obserwowałam ponuro autokary wypluwające na przystanek pod moim blokiem pielgrzymów z, powiedzmy, Nowego Targu, ale nic bardziej ekstremalnego się nie działo. Uspokojona, wyszłam z domu, przyjęłam kurs na kino - i przypomniałam sobie, że muszę przejść obok kościoła redemptorystów.
Oszfak.
Ale idę, bo idę.
Wytrzymałam w stanie względnej powagi do pierwszego skrzyżowania, na którym minęła mnie silna grupa z Gdyni Pogórza, prowadzona przez starszego dżentelmena w czerwonym płaszczu o krzyżackim kroju, uszytym z "flagowego" materiału. Dżentelmen miał nad jedną piersią naszytego orzełka, nad drugą - krzyż, a na plecach - obraz Najświętszego Serca Jezusa.
Przedarłam się przez wielotysięczny tłum emerytów, otaczających namioty z zestawami do odbioru pewnej stacji telewizyjnej, po czym spróbowałam się znieczulić nikotyną. Nie pomogło.
Ludzie są... Są. I czasami już sam ten fakt stanowi poważny problem.

Miłego tygodnia, moi drodzy. Ja sobie tu spokojnie z szoku powychodzę.

5 comments:

Mari said...

Ach, a`propos Subwaya- ostatnio znowu mnie tu zamurowalo w firmie. Podczas poludniowej przerwy wyszedl temat kupowania gotowego DOBREGO jedzenia w okolicy, i ja wyrazilam swoj zal, ze nie ma tu nigdzie dobrego baru kanapkowego (wspomnialam przy tym zwykly sklepik w Dublinie, w ktorym z Nataszka i Pibisem kupilismy sobie pyszne kanapki). `Choc w sumie czy w Polsce poza Subwayem jest jakas inna siec barow kanapkowych?` zapytalam wspolbiesiadnikow.
Zapadla cisza.
Wreszcie jedna z kolezanka odparla slodko, acz co ta slodycz skrywala, heh..` Wiesz, my tu u nas nie znamy takich wielkoswiatowych nazw`.
Na bogow. Do glowy mi nie przyszlo, ze mozna nawet nie slyszec nigdy o Subwayu XD Ja sie tam zwyczajowo, nie zywie, ale---ale znam, slyszalam, na bogow XD Tak samo, jak nie przeszloby mi przez mysl, ze mozna nie kojarzyc Rossmana- a ludzie z Wykrot nie kojarzyli; pierwszego Rossmana otworzyli w Boleslawcu 2 miesiace temu XD
Gorze mi.....

Esther said...

Oszfak, indeed! : D Szkoda, że tego nie widziałam. Szkoda, że nie masz zdjęć. ; )

Właśnie obejrzałam "Sense and Sensability" z Danem Stevensem. Gdyby tak wybrać co najlepsze i połączyć ekranizację filmową i serialową, ech... : )))

A w Subwayu byłam ostatnio po raz pierwszy. Zamówiona przeze mnie kanapka dnia okazała się być kanapką z klopsikami. Zue połączenie. : P

Cintryjka said...

Jest MOC w tym obrazie.
Ciesze się, ze Swift podszedł, a pan ze zdjęcia oczka ma zaiste niebiesko-elektryczne-anielskie.
Mnie trzeci tom podobał się bardziej od drugiego, jak z tym było u Ciebie?

Klonowa Wróżka said...

Cintryjko, a poznajesz, że ten pan z obrazka gra w Downton Abbey? ;)

Trzeci tom był bardziej mroczny, i jakby... skondensowany, co rzeczywiście bardziej mi podeszło. No i sprowadzony awaryjnie "adwersarz" Matthew (nic więcej nie mówię, bo Sepulka jest dopiero po "Szaleństwie...") - cóż to był za uroczy pomysł, włączyć go do akcji... ;)

Ala said...

A gdyby miał (ten pan) ten krzyż na plecach (a serce na piersi), czy nie byłoby bardziej na miejscu?

Spokojnego wychodzenia z szoku, nad winem albo i dwoma. :)