No, dobrze, przyznaję się: cytacik z niemieckiej ścieżki dźwiękowej filmu o katastrofie wielkiego statku padł dopiero w fazie rozchichotania, w jaką wpadłyśmy z Han-chan w niedzielę wczesnym popołudniem. Rozchichotanie miało sporo wspólnego z faktem, że siostra Han-chan jest tak samo zakręcona na punkcie pewnej zniewalającej, sześćdziesięcioletniej blondynki jak ja („Nowy film? Co to jest, i czemu nie gra w nim Meryl Streep?”). Drogą luźnych skojarzeń przeszłyśmy z Prime, które obie pokochałyśmy żarliwie stosunkowo niedawno, na Mamma Mię i jej czeski dubbing (zahaczając o nieprawidłowe tłumaczenia terminologii żeglarskiej), a stamtąd już blisko było do Rose i Jacka na dziobie cholernego transatlantyka.
Uwielbiam moich przyjaciół. Również za wielogodzinne przesiadywanie w Meze na Ratajczaka, i rozmowę telefoniczną przez okno pociągu. Stęskniłam się, no.
Tymczasem poprzedni wieczór pościęcony był spożywaniu drinków biorących swój początek w idei francuskiej rapid railway (Tequila, Gin, Vodka), która to okoliczność nie dla wszystkich zakończyła się super-fantastycznie. Ale powtarzam: było mi szalenie miło, uśmiałam się jak wariatka, i chociaż plan zakładający spicie mnie nie został do końca zrealizowany, spędziłam naprawdę uroczy wieczór z kochanymi ludźmi. Dziękuję raz jeszcze Jo, Państwu W. oraz Lisom.
A w piątek umarłam, i poszłam do akustycznego raju.
Niektórzy ludzie wyszli jeszcze przed końcem ostatniego kawałka ze Ściany, bo im się zdawało, że będą kolejki w szatni. Głupi ludzie. Bisy (MIĘDZY INNYMI Shine On You Crazy Diamond, The Great Gig In The Sky, One Of These Days i Wish You Were Here) trwały dobrze ponad godzinę. I powiem Wam – zwłaszcza tym, którzy nabijali się ze mnie bezlitośnie we czwartek – było cudownie. Mam w tej chwili galopującą fazę na Empty Spaces. Mrrr-ha.
Noch ein mal, bitte.
No comments:
Post a Comment