Thursday, 12 February 2009

Zrealizowane / do realizacji

Środa
07:00 dzwoni budzik.
07:40 jeszcze nie ubrana, za to już po śniadanku i sprawdzeniu poczty/LJa/blogów, odbieram telefon od klienta (z Nowej Soli) – komponenty, które miały dotrzeć we wtorek o szóstej rano jeszcze nie dojechały.
07:51 wsiadam do autobusu i jadę do pracy.
08:20-08:55 następuje dochodzenie, kto zawinił: producent w Nadarzynie, czy firma docinająca komponent pod wymagany wymiar – w Kowalach pod Gdańskim. Materiał okazuje się być nadal u podwykonawcy, chociaż o terminie dostawy wiadomo od miesięcy, a cięcie trwa godzinę.
08:57 kupuję w delikatesach Prince Polo, wodę mineralną i ‘coś tam jeszcze’. Rachunek wynosi 6,66.
09:00 wsiadamy w samochód i udajemy się do Kowali. Szef nie dowierza już producentowi, który gorączkowo próbuje coś wykombinować w ostatniej chwili.
11:00 zabieramy materiał (jedno nieduże pudełko) i jedziemy z Gdańska do Nowej Soli. Dostaję soczek truskawkowy.
17:30 dojeżdżamy do Nowej Soli. Japończyk od klienta dziwny. Gada i gada. W końcu nas wypuszcza.
18:20 zjadam zapiekankę z oliwkami, salami i sosem Tysiąc Wysp na stacji Lotos.
19:30 połykam ostatni ibuprom Max.
23:01 wchodzę do domu.
23:14 wyprysznicowana, wysmarowana balsamem i z wyszorowanymi ząbkami, kładę się spać.

Czwartek
06:58 wstaję.
08:30 zaczynam tłumaczyć telekonferencję z ludźmi, którzy nie potrafią normalnie mówić po angielsku.
09:35 jestem po uszy zagrzebana w rezerwowaniu hoteli i samolotów na przyszły tydzień, a mojej współpracownicy uruchamia się tryb „zrób dla mnie to i tamto, i powiedz mi jak mam wykonywać swoją pracę”.
09:36 jestem, łagodnie mówiąc, niemożebnie zirytowana.
10:30 załatwiwszy większość rzeczy z agendy porannej, lecę do banku podpisać umowę kredytową, i do fotografa odebrać zdjęcia do dowodu.
11:20-11:50 tłumaczę dokument, o którym za kilka godzin dowiem się, że brak w nim kilku danych i trzeba go uzupełnić. Dokument trafił do mojej współpracownicy dzień wcześniej. Dane o których mowa znajdują się w teczkach na półce w firmie. Nie komentuję.
12:00 jadę do klienta.
12:50 zaczyna się migrena.
14:40 wracam, zahaczając po drodze o aptekę (ibuprom) i sklep spożywczy (drożdżówka na obiad).
15:03 piszę niniejsze słowa.

Przewidywany plan działania na dalsze godziny i dni:
16:45 wyjazd z pracy w kierunku Piotra i Pawła, albowiem mama nie może dostać u siebie sałaty radicchio. Sałaty jeszcze pociągiem nie wiozłam.
18:00 farbowanie włosów E., która nie śpi po nocach z powodu kaszlu i kataru, ale nie idzie na zwolnienie. Nigdy tego nie zrozumiem.

Jutro
11:00 notariusz – sąd – towarzystwo ubezpieczeniowe – bank.
16:30 pociąg do domu. Miejmy nadzieję.
19:00 kopiowanie rodzinnych płyt, sprzątanie, gotowanie etc. Być może uchlanie się na okoliczność zakupienia mieszkania.

Sobota
11:00 wizyta u wujka-lekarza.
13:00 sprawienie sobie dawno zapomnianej przyjemności.
14:00 wizyta u Maryśki.
16:00 zabawianie gości rodziców.

I tak dalej.
W tej chwili nienawidzę mojego życia.
(Odnośnie „dawno zapomnianej przyjemności” – szczegółowy raport najpóźniej w niedzielę wieczorem.)

No comments: