Monday, 25 May 2009

Raport z oblężonego miasta

W piątek urządziłam sobie 'wieczór panieński' i odbyłam długą kąpiel w towarzystwie białego wina oraz Wiśniewskiego, którego już następnego dnia porzuciłam w ramionach własnej matki (cóż za niekonsekwencja...). Prawie się utopiłam na wzmiankę o tym, że a) Ameryka nigdy nie została zbombardowana podczas drugiej wojny światowej, i b) jak wielkim szokiem był dla Amerykanów atak bombowy na Pearl Harbor. Uff.
Z tej części weekendu nie będzie zdjęć, o.

Sobota - przedpołudnie pod hasłem 'ile wody utlenionej dodać do farby, aby uzyskać ciemnoróżowy kolor włosów?', popołudnie na hali w Łomiankach.

Młody z Moniką zajęli drugie (i ostatnie) miejsce w swojej kategorii. Po miesiącu treningów to i tak cud, że ich zwyczajnie nie wygwizdali.

Martyna i Emil zakończyli karierę. Wszystko wróciło - nasza pierwsza Holandia, siedem lat temu, w zupełnie innej erze. Grzesiek, któremu robiłam wtedy opatrunki na spękanych, czerwonych dłoniach, i którego samodzielnego ubierałam we frak - nie żyje już od kilku lat, zginął w okropnym wypadku samochodowym. Blanka, Dorota, Dorotka, Monika, Sonia, Zosia, Karolina - już nie tańczą, z takich czy innych względów. To było szaleństwo absolutne, ekipa jak marzenie, wódka zapijana Bolsem Creme de Bananas (jeden z moich lepszych pomysłów), obozy w Mińsku, zarwane noce i poranne przebieżki o siódmej. To się już nie powtórzy. Już do tego nie wrócimy.
Zaproszenie na ślub i wesele Martyny w pierwszy weekend sierpnia. Buduje coś, wstępuje na nową drogę - chcę i muszę tam być.
Marcin L. ogląda moje dłonie: "Nie masz obrączki? Wolnaś? Pamiętaj, jestem pierwszy w kolejce." Cudowny, uroczy przyjaciel, taki młody i radosny, aż się przy nim staro czuję. Widzimy się raz na dwa, trzy lata, i zawsze jest pięknie.
Sobota wieczorem - rozmowy w kuchni ("Ja bywam wierząca..."), haiku na lodówce, zdjęcia, rozmowy i martini w pokoju Calixa. Wyszłam stamtąd uśmiechnięta i naenergetyzowana. Tak chyba powinno być.

Niedzielny poranek u siostry i szwagra, w ich kuchni, którą lubię najbardziej na świecie. Pakujemy się w autobus i jedziemy (moje ego i ja) walczyć z tłumem w Pekinie.

Piękny wpis do pamiętnika od Pani Joanny (na całą stronę...), sympatyczna rozmowa z Panem Jackiem. Też się kiedyś zawezmę, i pojadę w końcu na Syberię. Zobaczycie.
Jeszcze nie wieczór - uważnie i ciepło sfilmowany (natychmiastowe skojarzenie z Pora Umierać), opowiedziany soczyście i dosadnie. Starość, niedołężność, skazanie na zapomnienie - wszystko to, o czym nie chcemy myśleć. Trzeba o tym pamiętać. Trzeba to widzieć. Trzeba wiedzieć.
Wracałam do domu z Deszczem Sidneya Polaka.
Cicho mi wewnętrznie.

5 comments:

baluk said...

Kuchnie są moimi ulubionymi pomieszczeniami w całych domach. Uwielbiam je.
Baluk dziś marzyciel

Klonowa Wróżka said...

A o czym marzą Baluki?

baluk said...

Hmm, ostatnio głównie o kobietach i magicznych domach
(a do wpisania pojawiło mi się słówko "quers", znamienne).

Klonowa Wróżka said...

Faktycznie, wpisało się w rzeczywistość jak rzadko kiedy.

Też marzę o magicznych domach. Czekam na swój.

baluk said...

Ech, to czekanie.