Monday, 6 July 2009

To BYŁY najlepsze urodziny pod słońcem, pomimo czerwoności nanośnej i naczolnej, plus pieczenia ramion, karku i kilku innych kluczowych miejsc. Ale móc sobie usiąść na molo i gapić się przymrużonymi oczyma, jak Mir stawia żagle - to było piękne, tak po prostu.

Relacja fotograficzna (a raczej, pierwsza jej część) na flickrze.

Tymczasem o ile udało mi się 'wrócić do siebie' w czasie urlopu, o tyle zanikam kompletnie w pracy, walczę z bólem głowy, i nadrabiam zaległości. Uff.

2 comments:

Kosmita Nikita said...

miałem urodziny dzień po tobie :D moje też były wspaniałe, chyba dawno takiego zaskakującego i miłego dnia nie miałem :)

Klonowa Wróżka said...

No żeż jasne z modrym, zapomniałam kompletnie! Jak mogłam?! (W tym roku nie wydano "Blaszanego bębenka" w dniu Twoich urodzin, może to dlatego... ;)) Wszystkiego dobrego!