Wednesday, 28 October 2009

Umpararara.

Posiadanie zredukowanych do minimum spojówek owocuje dwudziestoma minutami płaczu w drodze do pracy. Pod słońce. Pomimo fotochromów. Jak miło. Ale przynajmniej wyrzuciłam z siebie partię łez, która w innym wypadku zostałaby wyzwolona przez napad histerii lub bezsensowną emocjonalność. Wierzcie mi, wiem, co mówię.

Dziecko się dowiedziało, że pociąg z Warszawy do Wiednia kosztuje w najlepszym razie 58 EUR, a w najgorszym 600 PLN w obie strony. Samolot? Jaki samolot...?

Zamyślałam się dzisiaj. Chyba było mi to potrzebne.

Rzeczy, które napisałam wiele miesięcy/lat temu, wracają do mnie tej jesieni z bardzo dziwnym oddźwiękiem. Dobrym, owszem, ale dziwnym.



(Pamiętacie fantazję House'a o striptizie w wykonaniu Cuddy? Właśnie oglądam wydłużoną wersję tej sceny. OMG. Komuś linka?)

3 comments:

Siobhan said...

:) Wieden, mowisz. :)

Daj scene, daj.

Jo said...

Linka! Linka!
A Wiedniem się nie przejmuj, coś się wykombinuje. Ja uprzejmie informuję, że w przyszłą sobotę widzę Kevina Spacey na scenie Old Vic.
Jak to się dzieje, że najbardziej się ukulturalniam w Londynie? (oba Tate mam zamiar wreszcie zaliczyć, z naciskiem na Britain: Turner i prerafaelici)

Tenelilli said...

poprosze