Wpis numer 201, podobno.
Dobrze było wczoraj: drinki firmowe w Lizardzie (gdzie oni chowają to tabasco, bo nie wiem?), poprawione martini w Moskwie (brr....), dużo gadania ("Czemu w T. nie ma klubów gejowskich? Zawsze do takich chodzę za moją żoną i jej przyjaciółmi", by J.), sprowadzanie mnie na złą drogę ("You're just too easy") - po czym spieszny powrót do domu, gdzie wciąż filtruje się nalewka. Pyszna wyszła, nawiasem mówiąc.
Pani Ania walczy z chorobą. Ja walczę z pracą. Kończę książkę o kobietach chasydów, słucham glam rocka, a śnią mi się wizje rzeczywistości idealnej, w której najbardziej bucowaty Japończyk w naszej firmie staje się nagle miły i uroczy. Talk about wishful thinking...
Aha - wczoraj przed wyjściem do miasta rozprawiłyśmy się z A. z butelką wina, oglądając Instant Karma. Ponownie utwierdziłam się w przekonaniu, że wszystko jest ze mną w porządku, skoro nawet trzydziestoletnia, dzieciata mężatka dostaje ślinotoku na widok Lisy E. ;)
No comments:
Post a Comment