...czyli o tym, dlaczego rok 2009 nadal jest do bani, wywiady w gazetach powinny podlegać autoryzacji, a czwartkowe perwersje mailowe zahaczają o tworzenie delirycznych wizji girlsbandu w żółtych rajtuzach. Rajtuzach, powtarzam, nie rajstopach. Bo to bardzo istotna różnica.
Wspomniany girlsband, o wdzięcznej nazwie D(wór) J(ej) Mać, został niniejszym ukonstytuowany celem wyzwolenia rozlicznych frustracji i zwiększenia miesięcznego spożycia śliwowicy wśród kobiet przed trzydziestką. Próby rozpoczną się niezwłocznie po tym, jak zorganizuję koleżance-drugiej-flecistce odpowiedni instrument do... dęcia w, jak to ona określiła. Aha, no i cały skład zespołu powinien się w tym celu znaleźć choć na kilka godzin w tej samej strefie czasowej. Ech, wyzwania. Kto ich nie lubi?
Z zupełnie innej beczki: jedna z kolorowych polskich gazetek wydrukowała wywiad z moją mamą, odnośnie Młodego, rzecz jasna. Z wywiadu można się przede wszystkim dowiedzieć, że nie należy zostawiać swojej opowieści w rękach młodych dziennikarek, bo nie wiadomo, co może z tego wyniknąć. Wyłam ze śmiechu, natykając się w tekście bite dwadzieścia razy na nasze imiona (Młodego i moje, czyli) w wersji zdrobniałej, i wyobrażając sobie, co by było gdyby mama rzeczywiście tak do nas mówiła.
Dla uściślenia: Młody ma do wszelkiej maści zdrobnień, spieszczeń itd. taki sam stosunek, jak ja.
Zabójczy.
Nie wiem, skąd się to wzięło jemu. Co do mnie, nie mam wątpliwości, że gwoździem do trumny była piosenka o pannie zdążającej do Gogolina. Już wcześniej odczuwałam jako niesprawiedliwość dziejową fakt, że urodziłam się we własne imieniny, to jest na początku lipca (nikt mi nie bronił czekać na termin we wrześniu, ale trudno, pchałam się na świat jak głupia); po zapoznaniu się z twórczością ludową Ślązaków nabrałam natomiast przekonania, że moje imię musi stanowić karmiczną zemstę bogów za grzechy popełnione przez mnie w poprzednim wcieleniu. Od tego czasu cierpiałam niewymownie, aż do pewnych wagarów wiosną 1998, kiedy to Arek A. wpadł na genialny w swej prostocie pomysł nazwania mnie Leną. Zyskałam wreszcie ksywę/imię, jakiego nie nosił NIKT w moim roczniku, i którego na pierwszy rzut oka nie dało się zdrobnić*; pozostała mi więc jedynie walka z wszelkiej maści 'pieniążkami', 'kotkami', 'kawkami', i całą resztą nieprzetrawialnych przez mój organizm śmieci. Krucjata trwa do dziś, również na piśmie.
Wracając do ad remu, jak mawia moja przyjaciółka: nie wiem, czemu Młody nie znosi form zdrobniałych równie żarliwie jak ja. Faktem jest, że w domu zwracają się do nas pełnymi imionami, względnie per 'Młody' i 'Starsza'. Dlatego też artykuł pełen zdrobnień i innych pieszczotliwych słów kierowanych pod adresem obojga dzieci mojej matki wywołał u mnie atak histerycznego śmiechu oraz wysyp odpowiednio sarkastycznych komentarzy, którymi podzieliłam się z rodzicielką przez telefon. Dziennikarze, a zwłaszcza dziennikarki, to ciekawa rasa. Może kiedyś zwabię jednego do swojej jaskini i zatrzymam w celu przeprowadzenia serii wyuzdanych eksperymentów. Brzmi jak plan, jak mawia inna moja przyjaciółka.
Zanim jednak skomunikowałam się z rodzicielką, musiałam zadzwonić z informacją o publikacji artykułu do JEJ matki, a mojej babci, jak można logicznie wywnioskować z kontekstu. Dzięki kwadransowi wielce pouczającej rozmowy (a raczej monologu) dowiedziałam się, że dzieci są potwornie niewdzięczne oraz że rola matki jest ciężka i wiąże się wyłącznie z cierpieniem. Ha. Jak miło. Zwłaszcza że rzeczonym niewdzięcznym dzieckiem jest nie kto inny, a moja matka.
Czy powinnam się o to obrazić? Na własną babcię, która nie potrafi już przebywać ze swoją córką w jednym pomieszczeniu dłużej niż kwadrans, nie doprowadzając do kłótni?
Czy tylko zacisnąć zęby i mieć nadzieję, że tegoroczne święta nie zakończą się krwawą jatką, albo spaleniem strychu, na który zamierzamy się z mamą wymykać na odstresowującego dymka?
Czy może zabrać zamówionego wczoraj netbooka o roboczym imieniu Alfred, i uciec na Kajmany?
Obstawiam wyspy, a Wy?
*) Nawet teraz jedyną osobą, której na sucho uchodzi mówienie do mnie per 'Leniu', jest Ten Którego Imienia Nie Będziemy Wymawiać, o.
2 comments:
lenalena mozesz juz komentowac :D noreen
A kobiety po trzydziestce nie mogą zwiększyć swojego spożycia śliwowicy...? Czuję się dyskryminowana.
Obstawiam krwawą jatkę.
Post a Comment