Zastanawia mnie, dlaczego nie mogę sobie swobodnie pozaglądać ludziom do blogów poprzez opcję "Next blog" na górnym pasku w oknie bloggera. W kółko i bez przerwy proponują mi pięć-sześć tych samych stron, w dodatku raczej specjalistycznych, i to nie w kierunku mnie interesującym. No, pech. A tak lubię zapuszczać żurawia w obce światy, poznawać jakieś wycinki innych rzeczywistości (bo przecież każdy z nas jest osobnym uniwersum, i dla każdego z nas "rzeczywistość" znaczy de facto co innego). Trudno.
Znalazłam za to blog-galerię z ręcznie robionymi torbami, i takową sobie zamówiłam. Nie powiem, jaka jest, dopóki "się nie zrobi" i nie przyjdzie, o ;)
Powoli wygrzebujemy się spod warstw archiwalnych dokumentów księgowych. Dla niewtajemniczonych (czyli tych, którym się jeszcze nie żaliłam telefonicznie bądź w cztery oczy): pracuje się obecnie w polskim oddziale japońskiej korporacji, a podlega się bezpośrednio oddziałowi czeskiemu. Tenże oddział czeski "obudził się" dwa miesiące temu, i "uświadomił sobie", że koniecznie należy sporządzić księgowy raport skonsolidowany dla obu jednostek prawnych.
Innymi słowy, w listopadzie zawitałam do Pragi, gdzie nauczono mnie obsługi czeskiego programu księgowego (prostego jak konstrukcja cepa), po czym razem ze współpracownicą przystąpiłam do żmudnego wklepywania w tymże programie WSZYSTKICH dokumentów księgowych z lat 2007-2009.
Proces ten, sam w sobie mało pasjonujący, przyprawiał mnie regularnie o spazmy, pomniejsze zawały i problemy ze szkliwem zębowym, startym od nadmiernego zgrzytania. Powodem tej irytacji był nie kto inny, tylko wspomniana uprzednio współpracownica (jedyna - jesteśmy firmą handlową, toteż cały personel oddziału stanowimy my dwie oraz nasz bezpośredni przełożony, Japończyk nazywany przeze mnie Czopkiem). Współpracownica jest, ogólnie rzecz biorąc, osobą miłą. Nie wiem, jak w P.T. Czytelnikach, ale w niżej podpisanej człowiek, o którym nie można powiedzieć nic ponad to, że jest miły, nie budzi ciepłych uczuć. Współpracownica (czy ktoś mógłby mi podrzucić jakiś zgrabny code word na to dziewczę?), starsza ode mnie o trzy lata, posiada dwuletnie dziecię, młod(sz)ego męża, siostrę, mamę, oraz rozliczne ciotki i kuzynki. Z wyżej wymienionymi krewnymi, nie wyłączając dziecka, rozmawia codziennie przez telefon, co najmniej raz z każdą z osób - nie pytajcie mnie, o czym, już dawno nauczyłam się jej nie słuchać. Będąc z wykształcenia anglistką, udziela popołudniami korepetycji, materiały do których przygotowuje w pracy: co w żadnym razie mi nie przeszkadza, o ile nie wpływa na wydajność jej pracy (ie. ja zap*rzam jak mały samochodzik, a ona spisuje sobie pytania do dyskusji). A wpływa, niestety.
Jakiekolwiek odstępstwo od standardu (faktury przesunięte z jednej kupki na drugą, występujące nagle pytanie o sytuację sprzed kilku tygodni/miesięcy/lat, dokonanie płatności przelewem za coś, co zwykło się płacić kartą), bądź zwyczajne rozkojarzenie i zmęczenie materiału, wywołuje lawinę pytań. "A czemu?", "A jak?", "A po co?" JEJ wolno tego nie wiedzieć. Mnie - w życiu. Dzwoniła do mnie z jakimś pytaniem w ubiegły czwartek, kiedy leżałam półprzytomna w łóżku - udzieliłam odpowiedzi na chybił-trafił, zaznaczając, że dobrze byłoby, gdyby na wszelki wypadek potwierdziła moje słowa z papierami. Nie potwierdziła. Dziś okazało się, że nie miałam racji - umysł mi wolniej pracował w chorobie, czy cuś. Kto temu winien? Jasne, że ja.
Matko droga, jak ja się męczę w towarzystwie osoby, która zadaje skomplikowane pytania, otrzymuje na nie wyczerpujące odpowiedzi, po czym dopytuje się o ich (odpowiedzi) szczegóły, bo nie zrozumiała. Bogowie, trzymajcie mnie. Na szczęście jutro kończymy archiwalia, a na bieżąco zamierzam się tym zajmować sama, choć szczerze nienawidzę wszelkich cyferek, a z matematyki jako takiej preferuję logikę i topologię. Zwyczajnie nie zniesę kolejnej serii pytań o fakturę, której "nigdzie nie można znaleźć" - po czym okazuje się, że przez cały czas leżała spokojnie na samej górze sterty własnoręcznie przez współpracownicę przygotowanej.
Jak mówiłam - ciężko jest. W pracy. W domu już mniej. Seriale amerykańskie wróciły po przerwie świątecznej, i chwała im za to. Znowu mam parcie na Lód, i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że po dwóch latach naprzemiennych faz zaczytywania się tą książką tudzież jej brutalnego ignorowania w końcu dobrnę do finiszu. Jutro idziemy z ekipą na Parnassusa, sprawdzić, czy rzeczywiście nawet Johnny nie ratuje tego filmu. A w ogóle to już za trzy dni zaczyna się weekend :) I jak tu się nie cieszyć?...
5 comments:
Czyli czeski film:)
A z Lodem to ja miałam tak, że do dziś niespecjalnie go pamiętam. To znaczy, mam jakieś takie przebitki, bardziej obrazów niż sytuacji (Dukaj i tak zawsze mówił do mnie obrazami), za to czytając zapominałam regularnie o czym było wcześniej.
O, no patrz, co za przedziwna zbieznosc! Ty tez mozesz sparafrazowac Skaze: `Zbyt czesto otaczaja mnie kretyni` -_-
Moze dziewcze ma nadzieje, ze jak zadad ci odpowiednio duzo durnych i zbednych pytan, zaczniesz myslec ( i naturalna koleja rzecz, takze robic) wszystko za nia?..
Anyway, trzymam kciuki za przejasnienie niebosklonu pracowego :)
Oby do czwartku, oby do czwartku... skończy się ta księgowa gimnastyka, zejdzie ze mnie powietrze, i cholera mnie minie, jak mawiał Zagłoba ;) Albowiem w codziennych interakcjach znieść o wiele więcej, niż gdy w grę wchodzą numerki...
Mam ikonkę z Christine Chapel z napisem 'I'm surrounded by idiots'. Jak by co to służę.
A o parnasussie nie słyszałam nic,
wiec nie słyszłam żeby był zły.
Mam nadzieję że nie będzie. Szakoda by było, nie tyle Johnnego co Heatha.
Współpcracowniac-> WND???
(pierwsze słowo to wrzód..:>)
Widziałam "Parnassusa" i nie jestem rozczarowana, bo wymyka się jednoznacznej interpretacji. A ratuje go Tom Waits, zdecydowanie. I Lily Cole: albo potrafi grać, albo jest sobą - i tak Ci się spodoba ;)
Post a Comment