Monday, 1 February 2010

Przyyyszło! I jest śliczne!

(Moje DVD z Władcy, znaczy się. Matko droga, jest przepotwornym nerdem. Przy czym uwaga: słowo "przepotworny" zostaje podkreślone przez edytor jako błąd, ale "nerd" już nie. Ha!)

Czwartkowy koncert był absolutnie zachwycający. Dwadzieścia utworów, w większości moich bardzo ulubionych (Take It Back! Kto by pomyślał...), dwie i pół godziny czystego, organicznego grania. No, pięknie, pięknie, jak mawiał Pan Kleks. Po koncercie nastąpił weekend: babeczki żurawinowe produkcji własnej, rozpijanie nalewek (dziadkowych i moich), wieszanie w oknach szaliczków ze sklepu indyjskiego (bo nie lubię firanek), kompletnie zaburzony cykl dobowy i przesypianie całych popołudni. Feeria snów, półświadome mieszanie wszystkiego ze wszystkim. Takie sobie dwa dni dla naładowania baterii. Bardzo, bardzo pozytywny czas dla siebie.

A we środę jadę do Wiednia!

No comments: