Monday, 22 March 2010

Informacja o drugiej części "Hobbita" wywołuje u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, ufam panu Del Toro na tyle, żeby czekać na nią z pewnym podekscytowaniem, ale z drugiej... dosyć się w życiu naczytałam kiepskich fanfików, żeby wiedzieć, w co się to może przerodzić. Miejmy nadzieję, że Peter będzie trzymał rękę na pulsie, i nie pozwoli idei rozejść się na szwach.

Coś przedziwnego kazało mi uwierzyć, że zmiana czasu na letni nastąpiła była onegdaj - w związku z czym de facto zyskałam godzinę, wstając stosunkowo wcześnie, i spędziłam ją w łóżku z The lovely bones (książką, całkiem zresztą do rzeczy) i Alfredem. Dopisałam kilka wstawek, rozmasowałam nadgarstek, i poszłam do kina na Beats of Freedom. Najprostszy komentarz: ZA KRÓTKIE... Ja chcę jeszcze raz! Przypomniała mi się moja młodość, durna i chmurna, i radosne były to wspomnienia.

A potem chodziłam w deszczu, paląc jak smok (po raz pierwszy od półtora miesiąca) i słuchając głupawych piosenek. Zupełnie jakby czas cofnął się o jakieś dziesięć lat. No i fajnie, no.

Z informacji istotnych chyba tylko dla mnie, acz ważkich w swej prostocie: spędzamy Wielkanoc u nas, a nie u babci. To oznacza, że w sytuacji krańcowego wyczerpania emocjonalnego będę mogła uciec na strych, zamknąć się w gościnnej sypialni i gapić się na chmury przez okno dachowe. Innymi słowy: może jakoś to wszystko przeżyję, i nie będę musiała płakać i krzyczeć przy świątecznym stole, jak to miało miejsce w roku ubiegłym.

Jakże się nie cieszyć...

Miłego dnia Państwu życzę :)

2 comments:

Tenelilli said...

Cieszę się że książka jest niezła, ale z wiadomuych przyczyn mam chwilowe obawy w składaniu mojego zaufania na barkach Pana Jacksona.Nawet jeśli Del Toro zrobił Labirynt Fauna i jeśli (ponoć) Hellboye nie były złe. (*trust noone mode on*)

Cheers w kwestii Wielkiej nocy. Wdech, wydech :)

niejaki tomek said...

Ha, niezbadane są ścieżki Eru! Nie dalej jak wczoraj (po przypomnieniu sobie ekranizacji Władcy w weekend) zastanawiałem się jak też ma się produkcja Hobbita, o której słyszałem lat temu kilkoro. Nawet zamierzałem sprawdzić co tam w sieci piszczy na temat, a tu proszę - zupełnym przypadkiem trafiłem akurat tutaj.
Ogólnie koncepcja podziału filmu pomiędzy historię znaną i nową opowieść jest obiecująca, bo da twórcom miejsce do popisania się inwencją tak, żeby nie musieli znowu zmieniać drastycznie oryginalnego tekstu (wszyscy pamiętają niechlubny przypadek Faramira?). Jestem dobrej myśli :)