Monday, 1 March 2010

It never ends well for the children of Corvinus.

Odgrażałam się, że opiszę moje doświadczenia po lekturze czwartego tomu sagi pani Meyer - niniejszym, to właśnie czynię, a osobom o obniżonej odporności psychicznej proponuję pospieszne oddalenie się.

Pierwsza fala mdłości już mi minęła - obecnie muszę się jedynie powstrzymywać przez rytmicznym uderzaniem głową o przypadkowo napotkane powierzchnie płaskie. Nie wdając się w szczegóły fabuły (czego...?), składam na ręce autorki interpelację - kobieto, przy okazji redakcji kolejnej książki (którą niewątpliwie postanowisz napisać) usiądźże spokojnie i przemyśl sobie, co następuje:

1) Narodziny pół-ludzkiego, pół-wampirzego dziecka nie muszą koniecznie równać się wybuchowi radosnego słowo-, a nawet imienio-twórstwa. Innymi słowy, nawet jeżeli biologiczni rodzice matki dziecka zwą się Renee i Charlie, a wampirzy rodzice ojca dziecka - Esme i Carlisle, to nazwanie nowo narodzonej hybrydy (płci żeńskiej) imionami Renesmee Carlie może nie być najlepszym pomysłem. Szczególnie że rzeczone dziecię potrafi gryźć nie gorzej od przeciętnego krwiopijcy... a kiedyś pewnie podrośnie, i zrozumie, co mu zrobiono.

2) Tak zwany imprint, to jest bezwarunkowe zakochanie się w wyżej wymienionym dziecku, przez wilkołaka, który przez trzy poprzednie tomy łaził za mamusią dziecka/główną bohaterką jak wierny pies, na pewno nie skończy się dobrze. W pewnym momencie oboje zainteresowani znajdą się w sytuacji prokreacyjnej, i co będziemy mieli? - wielkie, brzydkie stworzenia ze skórzastymi skrzydłami. Trzeba było oglądać filmy o wampirach, pani M. Wstyd!

3) Po swojej (upragnionej i wyczekiwanej z utęsknieniem) przemianie w wampira, Bella patrzy na swojego (upragnionego etc.) małżonka, i stwierdza, że "do tej pory jakby w ogóle go nie widziała, i nie miała pojęcia, jak jest piękny". Po cholerę były nam wobec tego całe rozdziały w poprzednich tomach, poświęcone opisywaniu powalającej urody 'Etwarta'?! Gdybym się w nie dokładnie wczytywała, miast przeskakiwać co bardziej nużące fragmenty (tom 2 i 3 czytałam metodą: 50 stron z początku i 20 z końca, nie tracąc nic z głównych wątków), czułabym się co najmniej zrobiona w bambuko.

Uff. Mówiłam, mdłości mi minęły - ale niesmak pozostał. Byłabym niesprawiedliwa twierdząc, że absolutnie nic mi się w tej książce nie podobało (bo podobał mi się coven irlandzki) - ale generalnie, nie polecam. Nie i nie.


(...co powiedziawszy, wróciła do pierwszego tomu Pana Lodowego Ogrodu, od którego wołami oderwać jej nie można :)))

3 comments:

Tenelilli said...

Proponuje nie tylko powierzchnie płaskie. Proponuje kanty. Może troche bolą ale skracają cierpienie.

Imprint na szczęście kojarzy mi się tylko z Dollhousem.

I jeszcze raz i ja zakrzyknę: "o mój boże cóż to za badziewie' odnośnie sagi (tfu,tfu i na pohybel) pani M.

Jo said...

A nie lepiej rąbnąć głową pani Meyer o kant, żeby już więcej nie pisała?

Klonowa Wróżka said...

Hmm... jest to jakaś opcja ;)