Wednesday, 3 March 2010

Zdaje się, że uzależniłam się od Grzędowicza. Wczoraj skończyłam pierwszy tom PLO, zakupiłam drugi, i już go czytam (w międzyczasie dokończyłam Untermana, więc nawet nie mam zbyt dużych wyrzutów sumienia). Jest mocny, zaprawdę trzepie i wbija w glebę. Ciekawe, czy uda mi się namówić Młodego, żeby sobie poczytał...

(Rzeczony Młody miał w piątek ostatni zabieg. Okulary poszły w kąt, ye, ye, ye.)

W realu, poza książkami, jest kiepsko. Nowe leki wyczuliły mnie maksymalnie na całe zło świata (między innymi na uwagi współpracownicy, która i tak nigdy do specjalnie taktownych nie należała), wywołały szaleńcze huśtawki łaknienia i suchość rogówki. No, trudno - miało być lepiej, jest beznadziejnie; wybierzemy opakowanie do końca, i robimy przerwę. Back to the old ways, that is -- painkillers. A whole lot of them.

A jutro pójdziemy dać się ukłuć. Może w końcu się dowiem, co mi siedzi w przysadce...?

5 comments:

Tenelilli said...

Zupełnie nie wiem kto zacz Grzędowicz. Ni du du. A te Twoje painkillery, to nie powinno byc rozwiazanie dear. :*

Klonowa Wróżka said...

Poszukaj w guglach hasła "Pan Lodowego Ogrodu". Mlask, mlask.

Ala said...

Wcale, ale to wcale mnie to uzależnienie nie dziwi. Przed nami łikend i tak sobie kombinuję, że może zacznę od powtórki pierwszego tomu, zanim łyknę kolejne dwa.

Mari said...

Mnie urzekl tomem `Popiol i kurz`, choc troche go znienawidzilam za to tez. To bylo za dobre. Jak po tym czlowiek ma sie sam zebrac do pisania?..-_-

Cintryjka said...

Jak chcesz się wyleczyć, polecam
"Wypychacza zwierząt":P