Tuesday, 26 October 2010

Living Dead Girl

Kiedyś wreszcie trzeba się zdecydować, i albo... wiadomo co, albo oswobodzić wychodek.

Niniejszym więc: przystępuję do opisywania wydarzeń z ostatnich dwóch tygodni, z nadzieją na spójny i czytelny efekt końcowy.

Copernicon – zadziwienia i zachwyty: dowiedziałam się, że Maja Lidia K. jest ślubną małżonką Jarosława G., który to Jarosław G. nie tylko pisze smakowite książki, ale również połowicy swej niezwykle urocze buty wybiera. Zawiść, zwłaszcza w kobiecym wykonaniu, to paskudne uczucie – ale dałam mu odpór! ;) W sobotę „na odwieczerz” pozbierałam z betonu szczękę, gdy przed budynkiem szkoły konwentowej (!) wpadłam na ekipę warszawską z Noreen, Zuzą i Skałą na czele. Zakupiłam koszulkę z Cthulhu na prezydenta (na to nigdy nie jest za późno) oraz kilka starszych i nowszych pozycji książkowych, które obecnie sukcesywnie pochłaniam. Opowiedziano mi (ustami Jędrka z Zamku Chojnik) o brudzie (czy raczej: jego braku) w średniowieczu (tudzież rzeczonego brudu niepowstrzymanej ekspansji w wiekach późniejszych): a była to wiedza tyleż interesująca, co przerażająca. Czas płynął jakimś nowym, magicznym korytem. Siedziałyśmy w Bunkrze, a potem w Morii (przy barze), układałyśmy wieżyczki z kości, a świat był uroczny. Piłyśmy chai masala w Konie, łaziłyśmy po Bulwarze, oglądałyśmy fireshow… co krok, to nowe cudo.

Czyli, oczywiście, później wszystko musiało rymnąć na dziób. Po pierwsze – w pracy zaatakował mnie sajgoński wir obowiązków (w wypełnianiu których nikt nie zechciał mi pomóc). Po drugie – pojechałam do Austrii (co samo w sobie nie było takie straszne: Alpy w jesiennej szacie, mgła snująca się rankiem w dolinach – wypstrykałabym pół karty, gdybym miała aparat), gdzie tuż przed opuszczeniem hotelu potłukłam się boleśnie na pseudo-marmurowej posadzce w toalecie przy sali śniadaniowej. Zaowocowało to sobotą spędzoną w pozycji horyzontalnej, pod kołdrą, z obolałą lewą stroną ciała. Powiadam Wam, przeżycia z gatunku niezapomnianych. Prócz tego, ta dziumdzia pierwszej wody, aka. partnerka mojego brata, aż się prosi żeby jej coś przemodelować na twarzy, albo wykąpać włosy w smole. Dojdziemy i do tego: poczekajmy tylko na wyniki MŚ, z pewnością nie najlepsze.

Aha – iPod znowu nie żyje. Tym razem chyba odszedł na zawsze.

Ale za to brakuje mi już tylko centymetra do zejścia z kolejnego rozmiaru. Walczę. Twarda jestem. Mam nadzieję…

Miłego popołudnia Państwu życzę. Obiecuję, że tym razem nie zniknę na BARDZO długo ;)

PS. Trzeci sezon Castle’a jest nie-sa-mo-wi-ty. A mamusia ogląda jedynkę w telewizorze, i chce być Marthą Rogers…

5 comments:

Esther said...

Wykąpanie w smole włosów dziumdzi - to dopiero pomysł pierwsza klasa. : D

Jo said...

List się pisze, a raczej zacznie pisać porządnie, w weekend, albowiem w tej chwili pochłania mnie straszne dwudziestominutowe wystąpienie na jutrzejszej konferencji. Będę mówić o wrażliwości kulturowej.
W sumie powinnam była zrobić z tego show biletowany.

Tenelilli said...

Bo Marta Rogers faajna jest :)))

Welcome back, jesli nie zalapałas tego znad mojego ranta o zupie dyniowej ;)

Obejrzałam odcinek. O mamo! <3

Jo said...

Kuuuuurde. Nie obejrzałam wczoraj Castle'a!
Przywożę do Was 250 GB przenośnego dysku, wolnego w 95% i życzę sobie, by ten stan wolności się zmienił!

Klonowa Wróżka said...

Jo - ze stanem dysku coś na pewno da się zrobić ;)

Tenel - trzy-dziewięć ;)