...albowiem zebrało mi się trochę komentarzy, na które wypadałoby odpowiedzieć. Zatem:
W temacie książkowym:
Tuszyńska wykonała w Oskarżonej... kawał dobrej roboty. Nie popadła we właściwy niektórym biografom syndrom fanatycznego uwielbienia dla przedmiotu swoich badań: zachowała rzeczowy obiektywizm, przedstawiła fakty, zadała sobie trud rozmowy z osobami, które brały bezpośredni udział w "koncercie nienawiści" wobec Wiery Gran. Ale mimo wszystko - nie jestem pewna, czy kupiłabym sobie tę książkę, gdybym nie miała możliwości przeczytać jej w ramach DKK. Coś mi tu nie pasuje, choć nie do końca wiem, co - Sepulka tak ma z Amberem, ja - z Wierą G. Ciekawostka.
W temacie kulinarnym:
Ptak w borówkach w wykonaniu niżej podpisanej składa się, jak sama nazwa wskazuje, z ptaka, którego najpierw moczy się w marynacie, a następnie poddaje obróbce cieplnej. Przy czym - o ile skład marynaty nie podlega zmianom, o tyle cała reszta: jak najbardziej.
Marynata składa się z borówek, takich ze słoika. Towarzyszyć im może, choć nie musi, tarnina do mięs (ewentualnie żurawina, równoważąca smak tejże). Prócz tego: ocet balsamiczny, kropla ciemnego sosu sojowego, odrobina oleju/oliwy, szczypiorek i młoda cebulka drobno skrojone. Suszona papryka porwana na kawałki - opcjonalnie. Soli się, będąc mną, nie dodaje - wychodzę z założenia, że zawsze można postawić na stole solniczkę. Tak przygotowaną marynatą pokrywa się ptaka: miałam okazję próbować i na cienkich plastrach piersi kurzęcej, i na kilogramowym filecie z indyka - sprawdza się tak samo dobrze, byle było jej sporo (w stosunku do mięsa).
Najlepiej zostawić jedno z drugim na noc w lodówce, w misce lub naczyniu żaroodpornym. Dnia następnego można odsączyć mięso z marynaty i rzucić na patelnię grillową - tak uczyniłam w domu z kurczakiem, pod koniec grillowania dodając grube plastry gruszki, na kilka minut zaledwie, żeby złapały ciepła. Można też ptaka w marynacie wstawić do piekarnika i piec do miękkości - tak zrobiłam indyka u rodziców. Pasuje do niego żurawina z chrzanu. Jeśli doda się sporo chrzanu, brak soli w dekokcie przestaje być odczuwalny nawet dla największych entuzjastów królowej przypraw.
Tak czy inaczej - smacznego!
A w ogóle to stwierdziłam, że coś za rzadko się pojawiam w blogosferze, i trzymam P.T. Czytelników w napięciu. Zatem - jeżeli nawet nie będę akurat miała nic ciekawego do powiedzenia (moje życie składa się ostatnio z pracy, pracy, i rzadkich okresów wytchnienia - jak choćby wielce uroczy miniony weekend), będzie dostawać ode mnie coś na pocieszenie (he, he, he).
Na pierwszy ogień pójdzie Helen. Bo nie mam wątpliwości, że sobie poradzi...:
Miłego popołudnia Wam życzę.
5 comments:
Oh, poradziła sobie znakomicie!
Opis kuciaka w marynacie pobudził moje ślinianki.
: D
Łoł, łoł, taką Helen Mirren wolę chyba nawet od jej ostatniego wcielenia. Niezła żyleta - choć podobno za młodu znana była z szaleństw i... z rozbieranych scen w filmach. :)
Nienawidzę Cię teraz za tę kurę, wiesz? ;) Mam w lodówce w tej chwili pół pomidora, mleko i marchewkę. Nic nawet koło kury nie leżało, o borówkach nie wspominając. Sadystka. ; )
Ze swej strony bardzo dziękuję za obszerną informację o Tuszyńskiej (poczekam, aż będzie w bibliotece) i trzymam za słowo, jeśli chodzi o regularniejsze wpisy:)
A ja dziękuję za przepis na pticę :)Nie omieszkam wypróbować :)
Post a Comment