Monday, 11 July 2011

Epickość, ulotność, i inne -ści

Let's swim to the moon
Let's climb through the tide
Penetrate the evenin' that the
City sleeps to hide

Let's swim out tonight, love
It's our turn to try
Parked beside the ocean
On our moonlight drive


Zlot był, jak można się domyślić, prześwietny. Jedyną jego złą stroną była długość, a raczej krótkość. W przyszłym roku obstawiam siedem (w porywach do jedenastu) dni.

Nie przypominam sobie, żeby mi się kiedykolwiek wcześniej zdarzyło dostać czkawki ze śmiechu trzy razy pod rząd.
Ani żeby trzeba się było modlić do duchów internetu o zasięg.
Ani żeby parskana kalarepa, ostry sos paprykowy, "czyraki" (żywy, nieżywy, i zombie) oraz wyrażenie "Bynajmniej ubierz swetr!" awansowały tak wysoko na liście rzeczy, od których poprawia mi się humor.

Poza tym: porozmawiałam z kilkoma osobami na tematy poważne i niepoważne. Oparzyłam sobie plecy w czerwonego smoka. Dałam sobie wyprzeć z mózgu (przynajmniej trochę) anty-asertywność, za co bardzo dziękuję Pewnej Wiewiórce.

I w ogóle - było fajnie. Gdybym mogła, wróciłabym sobie na przykład do piątkowego popołudnia/wieczoru, i tam już została. Czas mógłby sobie płynąć, jak chce, oby to czynił beze mnie.


Albowiem dziś, w dniu skądinąd bardzo przyjemnie rozpoczętym, okazało się, że wspomniany w poprzedniej notce człowiek wcale nie zamierza się z kimkolwiek godzić. On zaprosił do siebie wdowę po swoim przyjacielu z młodości nie po to, żeby poprosić ją o wstawiennictwo u jej córki i zięcia, którzy są zarazem jego synową i synem. Nie po to, żeby - jeśli tak trudno jest mu się przyznać do błędu - choćby spróbować wypracować jakiś punkt odniesienia, grunt do rozmowy. Do kompromisu, jeśli nie do zgody. Nie, moi drodzy. Nic z tych rzeczy.
Ten człowiek miał pretensje. Nie podobało mu się, mianowicie, że przez te wszystkie lata, kiedy pomiatał swoim synem i jego rodziną, teściowie rzeczonego syna nie utrzymywali z nim kontaktów towarzyskich. Że nie przychodzili na herbatę i ploteczki.
Zawezwał więc matkę mojej matki, żeby na nią... może nie dosłownie nawrzeszczeć, bo człowiek umierający nie bardzo ma chyba siłę podnosić głos, ale coś mocno zbliżonego w wymowie i charakterze.
A mój tata, zmęczony, sponiewierany, i bardzo, bardzo dzielny, spacerował wokół budynku szpitala, z nadzieją, że jego teściowa zadzwoni i powie mu: Twój ojciec chciałby się z tobą pogodzić przed śmiercią.

Chciałabym móc teraz wzruszyć ramionami i powiedzieć, że wykreślam tego człowieka (człowieka?!) z mojego życia raz na zawsze - ale nie potrafię. Może nadal mam cień nadziei: nie ze względu na mnie, ale z powodu taty. Może jednak nie jestem aż tak doszczętnie zepsuta i podła.

A może po prostu nawet na to nie mam już siły.

2 comments:

Avarila said...

Wiesz, chyba nikt porządny, mający jakiekolwiek uczucia nie jest zdolny do przejścia nad takim czymś do porządku dziennego. To dlatego ci "źli i nieczuli" mają lepiej.

Trzymaj się ciepło. Ściskam mocno!

Ala said...

Szkoda, że nie da się w życie przenieść tych filmowych happy endów, pięknych scen pogodzenia i puszczenia przeszłości w niepamięć.
Ale skoro się nie da, albo nie zawsze da, to po prostu ściskam Cię bardzo mocno i przesyłam dobre fluidy.
I jeszcze raz dzięki za wspaniały zlot, jesteś wielka, że się nie dałaś i go zorganizowałaś.