Wbrew optymistycznemu (na pozór jeno, na pozór...) tytułowi, jest mi ostatnio raczej źle, miewam depresję, a zamknięta wczoraj Tigana jeszcze dodatkowo pogłębia ten nastrój. Choć będzie to, prawdopodobnie, jedna z Bardzo Ważnych Książek W Moim Życiu.
Poza tym niedawno wróciłam z kina, z bólem gardła i gorączką. Przypuszczam, że jest to rodzaj reakcji obronnej - organizm protestuje przeciwko masakrowaniu twórczości Dumasa oraz niszczeniu przepięknych sterowców. Jak to miało być? Film mocno średni, rozpoczynający za to nowy gatunek, tzw. "cloakpunk"? Pan Piskorski się nie pomylił, tyle powiem.
To ja już pozostanę przy czwartym sezonie Merlina, shall I? Albowiem Katie wyrosła, dojrzała, i jest z niej całkiem przyzwoita Morgana - a całość trzyma poziom poprzednich sezonów, więc jest nieźle.
A tak w ogóle, to chciałam napisać, że byłam w Austrii i wróciłam, i widziałam się wczoraj z K., i z Młodym, i nawet miejscówka (Złote Tarasy) mi nie przeszkadzała. I że tytuł blogu się zmienił (niewiele, ale jednak), bo Wujek Google zbyt często sprowadzał tu dziwnych ludzi po starym tytule, o. A tego sobie nie życzymy.
I wreszcie: chciałabym, za przykładem Ali, napisać, co bym zrobiła z wielką kasą, gdybym takową miała. A nie mam, niestety.
Załóżmy jednak, na potrzeby eksperymentu, że weszłam w posiadanie sumy, która nie tylko umożliwia mi rozliczenie się z kredytu hipotecznego przed rokiem 2030., ale także pozwala na pewną elastyczność.
W pierwszej kolejności - wyjeżdżam Oz-Busem w trzymiesięczną podróż z Londynu do Nowego Jorku. Potem lecę na Kubę, odpocząć po trudnej marszrucie. A potem - potem kupuję jakąś ładną kamienicę w Warszawie, i otwieram hotel w kooperatywie z siostrą stryjeczną. I spędzam odtąd czas w dyskretnie oświetlonym barze, wymyślając zabójcze dla ciała i umysłu koktajle, lub w fotelu przy recepcji, witając gości i rozwiązując nierozwiązywalne problemy (przy dyskretnym wspomaganiu ze strony wzmiankowanych koktajli). A w przerwach jeżdżę do miast, które lubię, melduję się w hotelach, które należą do kogoś zupełnie innego, i pozwalam, żeby się mną zajmowano.
Aha. I idę na ten kurs hydroterapii, o którym mi wczoraj naopowiadał Młody, żeby móc pokazać dzieciakom z porażeniem, autyzmem etc., jakie fajne mogą być delfiny.
I to by było na tyle. Miłego wieczoru, zakasłała i powlokła się pod prysznic...
5 comments:
Ciekawe, ciekawe. Niesamowite, jak każdy inaczej odbiera książki. Dla mnie osobiście "Tigana" znajduje się na dość dalekim miejscu, jeśli chodzi o twórczość Kaya. Nie odbieram jej wartości, ale nie pochłonęła mnie tak samo jak "Lwy Al-Rassanu" czy "Sarantyńska Mozaika"
Nie wiem, czy wiesz, co piszesz, albowiem, gdybyś już ten hotel prowadziła, miałabyś mnie na głowie pewnie co jakiś tydzień z haczykiem. I pomagałabym ci w kwestii tych koktajli - wypijania.
W. - "Lwy..." jeszcze przede mną, ale wiele sobie po nich obiecuję, więc wszystko możliwe ;)
Alu - a nie sądzisz, że dobry hotel powinien mieć własnego pijarowca? Bo to by chyba rozwiązało sprawę, nieprawdaż? :)))
Też uważam, że Lwy i Mozaika stoją o kilka poziomów wyżej. W Tiganie to właściwie głównie wątek Brandina i Dianory był dobry.
Hotel powinien, ale czy wchodzi w grę pijarowiec zdalny, dojeżdżający? ;)
Post a Comment